Bakcyl euforii (na marginesie Euro)

Czytam blog pewnego ojca dominikanina i nie mogę się nadziwić jak można wpaść na pomysł porównania gry w piłkę nożną z powstaniami narodowymi. A raczej jak można euforię kibiców piłki nożnej porównywać z przeżyciami powstańców?
Widać można, jeśli chce się zdeprecjonować wszystko co polskie. Każdy powód jest dobry, by choć trochę obrzucić błotem Bohaterów. A jeśli można to zrobić w sposób wyrafinowany – to lepiej. Przecież wtedy nikt nie powie, że autor bloga deprecjonuje, ośmiesza czy znieważa. On się po prostu zastanawia…
Zastanawia się czy Polacy mają wszczepionego bakcyla euforii wbrew faktom? Długo się rozwodzi nad tym, że nasza drużyna narodowa jest słaba, przypomina jak przegrała 10 lat i 6 lat temu i jeszcze niedawno. Wspomina wyniki meczów i nadziwić się nie może, że przy takiej statystyce znaleźli się ludzie i to wielu ludzi, którzy dopingowali piłkarzy i wierzyli, że mogą wygrać. Jeździli po Polsce z flagami, śpiewali pod oknami zakonnika „Polska, Biało-czerwoni”, a Premier i ministrowie w identycznej tonacji jak zaprawieni alkoholem młodzieńcy na krakowskich Plantach krzyczeli, że wygra Polska. (Wyjaśniam od razu – nie jestem zwolennikiem tego Rządu, jednak uważam, że nie jest to właściwy sposób wyrażania się o własnym rządzie, szczególnie jeśli się jest zakonnikiem. Po zakonnikach spodziewam się innego języka.)
Więc o. dominikanin nie może się nadziwić jak to jest z tymi Polakami. Miał nadzieję, że 20 lat wolnego rynku zrobi z nas ludzi racjonalnych i kalkulujących, ale widzi, że niewiele się zmieniło w polskiej mentalności. (Domyślnie – nie wiele się zmieniło na lepsze.)
Zastanawia się czy nasi narodowi bohaterowie ginący w obronach i powstaniach wierzyli, że wygramy, mimo że trzeźwo patrząc nie było na to żadnych szans? No i konkluduje: Do tej pory dominowało we mnie przekonanie, że podejmowali walkę w imię honoru, ze świadomością, że lepiej zginąć stojąc niż żyć na kolanach. Patrząc na dowczorajszą euforię i optymizm kibiców zastanawiam się czy powstańcy z listopada, stycznia i Warszawy jednak nie nosili w sobie wiary, że wbrew faktom da się jednak zwyciężyć. No i która postawa jest lepsza – zimna kalkulacja czy romantyczna brawura, obezwładniający sceptycyzm czy euforyczny optymizm.
Szanowny ojciec użył bardzo finezyjnego sposobu na ukazanie swego stosunku do Powstań Narodowych. Powstańców porównuje do kibiców piłki nożnej, dając do zrozumienia, ze są oni głupi. Jednym ruchem pióra poniża wszystkich – współczesnych Polaków, którzy kibicowali polskiej drużynie (czyli zasadniczo cały Naród) i tych Bohaterów, którzy walczyli o Polskę. Oni wszyscy – to po prostu ludzie zarażeni bakcylem euforii – euforii, dodajmy bezpodstawnej, zakażeni jakimś nie usprawiedliwionym zapałem, wesołkowatą głupkowatością.
Szanowny ojciec odpowiedzi na postawione przez siebie pytanie nie daje w sposób bezpośredni. Nie mówi co jest lepsze – zimna kalkulacja czy romantyczna brawura. Ale daje do zrozumienia, że nic się nie zmieniło. Tak samo jesteśmy głupi gdy kibicujemy piłkarzom, jak gdy wstajemy do powstania, strajkujemy, czy w jakikolwiek sposób bronimy Polskę. I nie tylko Polskę, tak samo jesteśmy głupi w oczach szanownego ojca, gdy bronimy Krzyża. I to nie tylko my, zwykli świeccy, zwykli kibice stadionów i telewizorów. Również biskupi. Bo przecież swego czasu z ust tego samego zakonnika słyszeliśmy o pasterskim biadoleniu purpuratów na to, że ktoś walczy z krzyżem, o obsesyjnym skoncentrowaniu się biskupów na siłach ciemności atakujących Kościół , o tym że Kościół w Polsce nie potrafi wykorzystać ani beatyfikacji Jana Pawła II, ani sukcesu wyborczego antyklerykalnego ruchu, ani programu duszpasterskiego i że większość Episkopatu przed szkodą i po szkodzie jak do tej pory śnił w oderwaniu o rzeczywistości. Takie poglądy od lat prezentuje tenże o. dominikanin.
No więc, nie powinnam się dziwić. I nie dziwię się. Jednak przejść obojętnie nie mogę.

Maria K. Kominek OPs
19 czerwca 2012

PS. Ciekawe jakby ten sam ojciec określił euforię kibiców rosyjskich. Wszak oni także nie wierzyli, że przegrają i że wrócą do domu jak niepyszni. Przyjechali przecież by zwyciężać, pokazać swoją siłę, niosąc ogromne flagi z wizerunkiem krwiożerczego niedźwiedzia i samochodami z napisem „Na Warszawu”. Wyjaśniam od razu, że te słowa nie tłumaczy się w sensie „idziemy do Warszawy” jak chciał pewien dziennikarz, a w sensie „idziemy zdobyć Warszawę”. To samo hasło przyświecało Rosjanom w roku 1920. Zimna kalkulacja wtedy pokazywała, że mają takie pozycje, że muszą zwyciężyć. Ale stało się inaczej…
Więc zachęcam ojca dominikanina do napisania o euforii Rosjan. I o rozpaczy prasy rosyjskiej. I o awanturach w hotelu Bristol. Może wtedy wyciągnie tez wnioski na temat wielu spraw związanych z historią Rosji…

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty Marii Kominek OPs. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s