94 dni szczęścia: dzień 29 – 28 czerwca

Jest godzina 22.20. Wyszedłem na chwilę do ogrodu, usiadłem na fotelu, by popatrzeć na księżyc (dużeje) i wtedy zobaczyłem jego. Już nie pamiętałem, ze istnieją. Ostatni raz widziałem ich kilka dobrych parę lat temu w Nałęczowie. Pamiętam, że chyba w 1995 roku, gdy spędzaliśmy 3 miesiące wakacji w Kosewku koło Pomiechówka był ich wysyp. Uwielbiam je. Nadleciał nagle. I to był on: świetlik. Był niezdecydowany. Małe światełko leciało tam i z powrotem. Wreszcie przeleciał powoli kilka centymetrów nad moją głowa i zniknął gdzieś w ciemnościach. Może będzie ich więcej.
Żona przyjechała wczoraj wykończona. Pociąg spóźni się ponad godzinę. Powitałem ja różami, kawiorem kieta i szampanem (a precyzyjnie prosecco). Potem był już tylko koktajl truskawkowy.

Istnieje kilkanaście rodzajów kawioru czerwonego i czarnego. Niektórzy się od niego uzależniają. Jest wspaniały. W Polsce jest bardzo tani, bo mało kto go kupuje. Znam tylko dwa miejsca w Warszawie, gdzie jest w stałej sprzedaży. Najlepszy czerwony z kiety (kulki wielkości grochu) kosztuje tylko 400 zł kg, a to oznacza, że jedna kanapka z kawiorem kosztuje grosze. Najlepszy czarny z bieługi kosztuje w Polsce „tylko” ok. 25 000 zł kg (z hodowli ok. 20 000). Nie zdecydowałem się go kupować (jest w sprzedaży również w opakowaniach po 50 g).
Kawior to wielkie szczęściątko, szczególnie w połączeniu z kieliszkiem musującego wytrawnego białego wina dobrej jakości.

Dziś rano (czyli przed 11,00) poszliśmy do kościoła. Potem śniadanie na trawie – jajko po kapucyńsku w modyfikacji Krajskiego, czyli na gorącą grzankę posmarowaną masłem kładzie się plasterek wędzonego łososia, a na niego jajko sadzone. Do tego pomidory bawole, oliwki duże, marynowane małe borowiki i indyk w galarecie. Dzień spędzamy w ogrodzie. Jest upał, a w niedzielę i tak nie warto nigdzie iść czy jechać, bo wszędzie tu (Nałęczów, Kazimierz, Firlej itd) pełno ludzi. Obiad w dwóch etapach. Pierwszy etap: ślimaki po burgundzku i szparagi. Drugi etap chłodnik z kartoflami. Kolacja to tylko chleb ze smalcem (mojej roboty) i ogórki kiszone (roboty mojego czytelnika z tych okolic). Po drodze lody.

Gdy robi się chłodniej moją żona zasiada z gospodynią pod jaśminem i przy białym winie (produkcji gospodarza z własnej winnicy) bawią się babską rozmową. Towarzyszę im milcząco i donoszę zakąski (w tym włoskie ciasteczka z migdałami, które warto jeść tylko po zamoczeniu ich w winie – wtedy są wyborne).
Słucham teraz : MÚSICA ROMÁNTICA DE LA GUITARRA ESPAÑOLA – Flamenco Apasionado Español. Dobre nie tylko na wieczór i jako dyskretne tło spoglądanie na rozgwieżdżone niebo.
Patrzę na winnicę (widzę ją w świetle półksiężyca) wypatrując świetlików. Żadnego nie widać. Gdzieś w oddali szczekają psy.
Kocham księżyc (w tym półksiężyc). Wielki wpływ kiedyś wywarło na mnie opowiadanie Marii Kuncewiczowej „Dwa księżyce”. Dałem temu wyraz w książce pt. „Świat Michała”. Czuję się człowiekiem tego drugiego księżyca.
Akt strzelisty na jutro: „O Panie, zbaw”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii 94 dni szczęścia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s