94 dni szczęścia: dzień 55 – 25 lipca

Śniadanie trzeba było zamówić na określoną godzinę i wieczorem zamówić gorące danie (wymogi koronawirusa). Zamówiliśmy jajka po benedyktyńsku. Do tego dali nam jeden na dwoje niewielki talerzyk (cztery plasterki sera, cztery plasterki wędliny i mała miseczka białego sera).

Byliśmy w życiu w wielu hotelach 5,4 i 3 gwiazdkowych. Tak kiepskiego śniadania nie spotkaliśmy nawet w żadnym hotelu 3-gwiazdkowym (oszczędności kryzysu koronawirusa?). Ni popsuło nam to jednak humoru. Jaka po benedyktyńsku były w bardzo głębokiej miseczce (jak w niej je kroić?). W poniedziałek w Nałęczowie zrobiłem je (w wersji własnej) żonie, szwagierce i sobie. Sporo roboty. Zapiekamy w piekarniku grzanki z masłem (zrobiłem z chleba). Żółtka oddzielamy od białek. Białka bijemy na pianę (niezbyt sztywną). Wylewamy je na patelnię. Żółtka umieszczamy w białkach tak by nam wyszły jajka sadzone na „grubych” białkach. Wyjmujemy grzanki z piekarnika. Umieszczamy na nich plastry wędzonego łososia, a na nich jajka.

Po śniadaniu przeszliśmy się po sklepach i żona zakupiła kilka „szmatek” (prezent ode mnie z okazji rocznicy). Następnie wypiliśmy kawę w naszej ulubionej włoskiej restauracyjce przy deptaku i poszliśmy odpocząć do hotelu. Obiad zjedliśmy w „Królewskiej Gruzji: żona – gołąbki w liściach winorośli, ja szaszłyk wieprzowy (zabrakło z jagnięciny).

Powłóczyliśmy się po Starym Mieście i okolicach i znowu odpoczynek w hotelu (w tym kawa z ekspresu znajdującego się w pokoju).

Po kawie usiadłem na balkonie i myślałem patrząc na gęstniejący w dole tłum. I w pewnym momencie otworzyła mi się „klapka w głowie”: „Wakacje 1939”. Książkę o takim tytule przywiozła do Nałęczowa w 2019 roku moja żona. Przypomniałem sobie jej treść i stwierdziłem, że odnosi się ona dokładnie do wakacji 2020, że ci ludzie na Starym Mieście w Lublinie mrowiący się w jego uliczkach prawie 24 godziny na dobę to czuja, czują, że zbliża się koniec ich świata, że to ostanie w nim wakacje i….szaleją. W mojej głowie powstał pierwszy, nieplanowany dotąd rozdział książki pt. „Masoneria polska 2020. Na skraju przepaści”.

Późnym wieczorem wyszliśmy na ulice Starego Miasta, wmieszaliśmy się w tłum, zaglądaliśmy do kawiarenek, restauracyjek, pizzerii i piwiarni. Do wielu lokali, gdy się już całkowicie ściemniło były wieloosobowe kolejki oczekujących na miejsce przy stole. Tłum gęstniał tak, że w pewnych momentach czuliśmy się jak w autobusie w Warszawie w godzinach szczytu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s