Stanisław Krajski, Narodziny Metanoi (powieść)

Metanoja – saga przyszłości
Narodziny Metanoji
Gdy rzeczywistość przypomina senny koszmar zaczynamy śnić na jawie. Nasze sny nie tylko dają nam siły. One także mogą zmienić nasze życie.
George J. Brown
Od autora

Oddaję Państwu do rąk swój debiut powieściowy. Dziś zdaję sobie sprawę z tego, że pierwszą książkę powinno się, w zasadzie, napisać tylko tak dla wprawy, by zaraz wrzucić ją do ognia. Nigdy bowiem, chyba, nie da się w niej uniknąć jakiejś nieporadności, chropowatości, różnych warsztatowych błędów i wpadek. Oczywiście wszystko to starałem się usunąć, poprawić, skorygować. Nie wiem czy do końca to mi się udało. Nie mogłem jednak zniszczyć tej książki. Opisuje ona przecież ważny początek wielkiej historii, początek, bez którego by jej po prostu nie było.
A poza tym wydarzenia w niej opisane stały się, w jakiejś mierze, cząstką mnie samego. Polubiłem swoich bohaterów. Pokochałem ich wręcz jak swoją rodzinę. Wiem, że trudno mi będzie któregoś z nich skazać w przyszłości na śmierć.
„Narodziny Metanoji” to pierwszy z przynajmniej pietnastu tomów powieści-rzeki. Tyle ich bowiem wymyśliłem w wolnych chwilach, przeważnie w pociągach wiozących mnie, przynajmniej raz na tydzień, w różne części Polski na zaproszenia osób i środowisk pragnących wysłuchać tego, co mam do powiedzenia. Jeżeli znajdą się ludzie, którzy będą chcieli czytać tę sagę powstaną jej kolejne tomy. Jeśli nie „Narodziny Metanoji” pozostaną historią niedokończoną, a nawet, w jakiejś mierze, nie zaczęta. Choć wcale tego nie jestem pewny bo jak już stwierdziłem polubiłem, a nawet pokochałem tych swoich bohaterów i być może opisałbym ich dalsze życie zgadzając się na to, że śledzić je będzie niewielu czytelników. Warte jest ono tego bo i ciekawe i wplecione w ważne wydarzenia.
Jak mógłbym wiedząc, z grubsza, co się stanie opuścić ich, nie towarzyszyć im w ich małych i wielkich radościach i sukcesach, małych i wielkich tragediach i cierpieniach, w szczęściu i rozpaczy. Ja przecież wiem co ich czeka, jakie burze, dziejowe nawałnice, katastrofy. Ale wiem też jak to się skończy, jaki wspaniały będzie finał. Oni przecież doczekają tego czego i my byśmy chcieli doczekać – Wolnego Świata, który będzie realizacją Królestwa Chrystusowego na ziemi, Wolnej i Prawdziwej Polski, Europy, z której każdy z nas mógłby być dumny, Kościoła takiego jaki jest w naszych wyobrażeniach i snach.
Tak więc rozpoczynam za chwilę tę historię, która jakoś będzie „nie z tej ziemi” ale rozegra się na niej i być może nie tylko na kartach mojej powieści ale także poza nimi bo przecież wszystko jest możliwe na tym świecie. Dlaczego więc nie miałoby być możliwe to, co pojawia się w naszych snach w nocy gdy w dzień czujemy gorycz jakiejś beznadziei wpatrując się i wsłuchując w otaczjący nas świat.

Rozdział I

1 stycznia 2100 r.
Jest ósma rano. Wszyscy w domu śpią. Nawet Rudy, nasz kundel, wielkie bydlę, jak mówi moja żona Jadwiga, skrzyżowanie dorsza z kangurem, chrapie w najlepsze. Czuję jakiś jaskółczy niepokój. Nie mogę sobie znaleźć miejsca. Ubieram się, zdejmuję z wieszaka smycz. Rudy jest już przy mnie. Za spacer dałby sobie zawsze łapę uciąć. Wychodzimy. Siąpi deszcz. Ulice są puste. Uświadamiam sobie, że ten fakt, iż obudziłem się w nowym wieku jakoś mną wstrząsnął. To powód, żeby spojrzeć za siebie, zrobić choćby mały, życiowy rachunek sumienia. Nie jest dobrze. Coś wielkiego straciłem, czegoś ważnego nie odnalazłem. No i w ogóle. Zastanawiam się nad tym „w ogóle”.
No tak. Polski nie ma już od 50 lat. Tęsknię za nią bardzo, choć nawet nie mogę jej pamiętać. Znam ją z opowieści dziadka i z książek. Wciąż mówi o niej ojciec. W naszej rodzinie jest ona żywa. Żyjemy w tym euroregionie Mazowsze, euroregionie, który staje się coraz bardziej pusty i martwy, i tęsknimy za Polską.
Młodzi najczęściej wyjeżdżają na całe lata albo i na stałe do Bajdocji (tak w naszej rodzinie nazywamy Zachód). Bajdocja, to nie tylko kraina absurdu, ale również, od już chyba kilkunastu lat, gigantyczny dom starców, bogatych, hipochondrycznych, egocentrycznych, zdziwaczałych starców, którzy za wszelką cenę pragną wciąż być dwudziestolatkami i korzystać z życia ile wlezie. Gdy idzie się ulicami Berlina, Paryża, Londynu czy Amsterdamu, ze wszystkim stron słychać sygnały karetek pogotowia. Staruszkowie mrą na ulicach jak muchy.
Jesteśmy pokoleniem opiekunów i pielęgniarek, służących, śmieciarzy, pomywaczy i grabarzy. Następne pokolenie będzie już pewnie tylko pokoleniem grabarzy.
Rudy zobaczył kota. Kocha je, jak Alf – włochaty kosmita z ulubionego serialu moich dzieci, serialu powtarzanego w telewizji od ponad stu lat, który wciąż mówi o pieczonych, duszonych i smażonych kotach. Zresztą, nota bene, Rudy z wyglądu bardzo przypomina Alfa. Znajomi mówią, że ma ryj, a nie pysk. Kot jest wielki, łaciaty, stary. Zauważył Rudego, ale wyraźnie go zignorował. Rudy, idiota, cały zjeżony, groźnie warcząc pędzi w kierunku kocura. Kot ani drgnie. Przypomina to, jako żywo, sytuację z mojej ulubionej lektury – „Trzech panów w łódce nie licząc psa”. Rudy rozwija już prędkość dwudziestu kilometrów na godzinę. Wznosi coś w rodzaju okrzyku radości. Kot spokojny i opanowany przestaje myć łapę, podnosi się i przyjmuje bojową postawę. Jego ogon sztywny jak drut przypomina bojową chorągiew. Rudy hamuje wszystkimi czterema łapami naraz, robi w tył zwrot i chowa się za moimi nogami. Kot znika w zaułku. „Widzisz kretynie – mówię do Rudego – jaki to bohater z ciebie.” Rudy udaje, że nie słyszy.
W Warszawie mieszka dziś 500 tys. ludzi, choć zameldowanych jest milion. Reszta jest na Zachodzie. Wieś mazowiecka umarła już dawno. Wyludnione wsie, ugory, lasy, w których nikt nie zbiera grzybów. W soboty tłumy ciągną do okalających miasto Parków Rozrywki. W tych gigantycznych kompleksach wesołych miasteczek, obiektów sportowych, sztucznych jezior, w których pływają mechaniczne, skomputeryzowane potwory, safari pełnych dzikich zwierząt, średniowiecznych zamków, w których straszą plastikowe duchy, barów, restauracji, kin, hoteli, mieszkańcy miast spędzają każdą wolną chwilę, również urlopy.
Ludzie poszaleli. Pracują ponad miarę. Bawią się bez miary. Religia, ojczyzna, rodzina, moralność, a nawet miłość i szczęście, to dziś dla większości z nich puste słowa. Pełne teraz są tylko kufle, kieliszki i strzykawki, knajpy, gabinety „masażu”, wreszcie szpitale psychiatryczne. Te ostatnie zresztą pękają w szwach od kiedy zalegalizowano tzw. miękkie narkotyki i przemysł farmaceutyczny zaczął wypuszczać tysiące specyfików, które – jak głoszą to ich reklamy – „pomogą ci odnaleźć siebie, radość i spokój”. Na Mazowszu konsumpcja narkotyków nie jest jeszcze taka, jak na Zachodzie czy choćby w takich euroregionach, jak Nadodrze czy Pomerania, ale i tu narkotyczny trans jest dla tysięcy codziennością. Swoje żniwo zbiera przede wszystkim „Rare Bird” – osiągnięcie współczesnej chemii, który wstrzyknięty domięśniowo powoduje szczególny, a często też dosłowny odlot. Po pierwszym każdego miesiąca trzeba uważać, gdy się idzie ulicą. W powietrzu latają bowiem nie tylko ptaki i samoloty. Kiedyś opryskał mi całą twarz mózg jakiegoś nastolatka, który rozbił się o chodnik po wyskoczeniu z czwartego piętra. Gdy leciał słychać było jego krzyk. Przypominał krzyk mewy. Dawno temu Marks powiedział, że religia jest opium dla ludu. Dziś można by powiedzieć, że opium stało się religią ludu.
W śmietniku grzebie jakiś człowiek. Ubrany jest w zieloną kurtkę, pomarańczowe spodnie i niebieskie buty. To strój „Papug” – współczesnych kloszardów, którzy wywodzą się najczęściej z inteligencji i tworzą przedziwną, ulubioną przez mass media, subkulturę. Trochę przypominają starożytnych stoików. Rudy przystaje, przekrzywia śmiesznie łeb i zdezorientowany wpatruje się w „Papugę”. Człowiek również patrzy na niego i przekrzywia głowę, jakby przedrzeźniał psa. Wreszcie przenosi smutny wzrok na mnie i zaczyna piać, jak kogut. Rudy dostaje szału, warczy i szczeka. Sierść jeży mu się na karku. Chwytam go za obrożę i odciągam. Wchodzimy do parku.
Na Mazowszu, jak zresztą w pozostałych euroregionach byłej Polski, na scenie politycznej funkcjonują w zasadzie tylko dwie partie – Sojusz Centrolewicy i Unia Centroprawicy. Ta pierwsza, akcentuje socjal, który zresztą jest – można powiedzieć – wszechobecny – dziesiątki zasiłków, zapomóg, bezpłatnych świadczeń i wciąż rosnące podatki. Ta druga, akcentuje tzw. uniwersalne wartości – tolerancję, wolność, równość, braterstwo, demokrację, prawa człowieka i obywatela skutecznie ubezwłasnowolniając państwo i zapewniając bezkarność chuliganom, przestępcom, narkomanom, satanistom i dziesiątkom innych sekt, które zagnieżdżają się już w szkolnictwie i mass mediach i przenikają struktury państwa.
Kościół katolicki, do którego przyznaje się 10% społeczeństwa skupia się na działalności charytatywnej. Parafie funkcjonują w oparciu o tzw. wspólnoty podstawowe – niewielkie grupki katolików, którzy modlą się i odwiedzają biednych i chorych. W życiu społecznym czy politycznym katolików nie widać. Stapiają się z resztą świata przyjmując jego reguły i warunki. Powołań kapłańskich jest coraz mniej. Już dziś na dwie parafia Mazowsza przypada jeden ksiądz.
Mass media, głównie anglojęzyczne, osiągnęły już dno. Prasa to przeważnie pisma kobiece, w których więcej kolorowych obrazków niż tekstu, tzw. pisma dla mężczyzn, które kiedyś nazywano świerszczykami i brukowce, które karmią swoich czytelników plotkami i wyssanymi z palca niesamowitymi historiami typu „Kosmici znów wylądowali”. Najlepsze wśród stacji telewizyjnych są te, które nadają tylko stare dwudziestowieczne filmy. W programach pozostałych królują głupie konkursy, programy poszczególnych sekt (Kościół katolicki też ma swoje półgodzinne, cotygodniowe okienko), tasiemcowe seriale, w których życie gwiazd pokazywane jest minuta po minucie nie pomijając oczywiście życia seksualnego, a nawet wizyt w ubikacji i wiadomości co dwie godziny, w których relacjonuje się wyłącznie ostatnie posunięcia władz Unii Europejskiej i władz lokalnych, katastrofy, wypadki, sport, krwawe walki gladiatorów i tzw. wydarzenia kulturalne czyli, przeważnie, koncerty neorockowe, superhardmetalowe i najczęściej satanistyczne, uliczne happeningi. Reklama zajmuje co najmniej połowę czasu antenowego. Jest ordynarna, nasycona seksem i przemocą, nachalna. Przeciętny obywatel Unii, także obywatel Mazowsza spędza przed telewizorem ponad sześć godzin dziennie.
Największą oglądalność mają konkursy, których uczestnicy wygrywają kwoty pozwalające po kupieniu dużej posiadłości z domem i basenem kąpielowym, żyć w niej spokojnie do końca życia. Kto chce wziąć udział w takim konkursie musi wykupić, za duże pieniądze, tzw. voucher. Każdego dnia odbywa się, oczywiście również w telewizji, losowanie. Szczęśliwcy stają do kilkuetapowego konkursu, który jest relacjonowany na żywo. Nie pozwalamy dzieciom ich oglądać, bo upokorzenia, jakim muszą poddawać się ci „szczęśliwcy” w ramach poszczególnych konkurencji nie mają już granic. Tak więc np. w jednym z takich sylwestrowych konkursów panie biorące w nim udział musiały doprowadzić do wzwodu swoich partnerów.
Radiostacje nadają głównie muzykę skomponowaną i wykonywaną przez komputery. Przetykana jest ona obficie reklamami i wypowiedziami radiosłuchaczy, za które muszą płacić, ale za to mogą mówić, co tylko chcą. Nazywa się to Hyde Park. W większości są to wiązanki przekleństw skierowane pod adresem przełożonych w pracy, władz państwowych czy sąsiadów, sprośne propozycje pod adresem spikerek lub coś, co można nazwać ogólnym świntuszeniem.
W parku także jest pusto. Rudy szaleje. Goni gołębie i kaczki omijając szerokimi łukami majestatyczne łabędzie. W pewnym momencie mija nas na oko czterdziestokilkuletnia kobieta, która prowadzi na smyczy trzy kundle. Zatrzymuje się przy mnie i zagaja. Dopytuje się o wiek, płeć i stan zdrowia Rudego. Pyta się, czym go karmię. Oburza się, gdy mówię, że resztkami naszych obiadów. Robi mi cały wykład na temat racjonalnego żywienia psów. Opowiada o swoich dzieciach (tak nazywa te kundle). Mówi, że są całym jej światem. Pyta się, czy kocham swojego psa. Odpowiadam, jak mi się wydaje zgryźliwie, że kocham żonę i dzieci, a Rudego cenię i szanuję. Kiwa głową poważnie. „Psy to wartościowe, godne szacunku istoty.” – stwierdza. Naszą konwersację przerywa Rudy wgryzając się w ucho jednego z kundli.
-„Niedobly piesek” – szczebiocze kobieta. Rozdzielamy psy (w międzyczasie jeden z nich rozdziera mi nogawkę spodni). Kobieta kwituje to stwierdzeniem: „Widzi pan, jaki zmyślny.”
Psy żegnają się wściekłym warkotem.
Dość już mam tego „w ogóle”. Co ja tu robię w tym świecie? To nie jest mój świat. Co będzie ze mną? Co będzie z moją rodziną? Czy nie utoniemy w tej „rzece Babilonu”? Skończyłem studia filozoficzne na Katolickim Uniwersytecie w Warszawie ucząc się nowinek, które delikatnie mówiąc, pachną modernizmem i pogaństwem, i studiując równolegle św. Tomasza z Akwinu i pozostałych Doktorów Kościoła. Rozpocząłem pracę w naszym rodzinnym wydawnictwie, które po śmierci ojca prowadzimy wraz z trzema braćmi. Wydajemy wszystko, co się tylko sprzeda od książek kucharskich po dziewiętnastowieczne romanse. Cóż z tego, że kontynuujemy tradycję wydawnictwa wypuszczając w niewielkich nakładach w oryginale i pięciu językach Doktorów Kościoła, jeżeli stanowi to 5% naszej działalności. Rozpraszamy życie na głupoty. Tracimy czas. Stajemy się maszynkami do robienia pieniędzy. Mam 40 lat i co? I pstro. Nul. Zero. Dzieci mi rosną jak na drożdżach, a ja nie mam dla nich czasu. Jak tak dalej pójdzie mogą gdzieś zabłądzić w tych wszechobecnych strukturach grzechu, stopić się z tym światem. A to, praktycznie, oznacza śmierć duszy. Czy mogę patrzeć na to, jak umierają moi synowie? Jak potem, kiedy będzie już za późno, będę się czuł? Mam wspaniałą żonę. Mijamy się w przelocie. Rzadko poświęcamy sobie czas. Czy czegoś tutaj nie marnuję, czegoś nieodwracalnie nie tracę? Jaki to wszystko ma cel i sens?
Deszcz przybiera na sile. Ulice są w dalszym ciągu puste. Zimny wiatr wieje mi prosto w twarz. Przygniatają mnie czarne chmury. Przyspieszam kroku. Wyślemy synów do dziadka. Usiądziemy z Jadwigą przy kominku i porozmawiamy. Może coś razem wymyślimy? Może jest jakieś wyjście z tego labiryntu?

Rozdział II

Rozruchy
Budzi mnie telefon. Patrzę na zegarek. Jest 7.00. Zrywam się z łóżka. Podnoszę słuchawkę.
– Włącz radio – słyszę głos Leona, mojego najstarszego brata.
– Nie wychodźcie z domu – dodaje i odkłada słuchawkę.
Idę do kuchni, nastawiam radio, robię sobie kawę. Spiker mówi szybko podnieconym głosem. Od trzeciej w nocy na ulicach Warszawy trwają zamieszki. Jest już 20 zabitych, w tym 18 policjantów i 100 rannych, w tym 80 policjantów. Zaczęło się od tego, że w nocy samochód policyjny jadący na sygnale wpadł na grupę tzw. Aniołów Śmierci, reprezentujących szczególnie agresywną subkulturę marginesu, którzy wybiegli nagle na jezdnię goniąc jakiegoś zapóźnionego przechodnia. Trzech Aniołów zostało rannych, jeden bardzo ciężko. Dwóm policjantom udało się uciec. Kierowca został zatłuczony na śmierć. Natychmiast przyjechały policyjne posiłki i zaczęła się regularna bitwa, która ze Śródmieścia przeniosła się w kilka godzin do innych dzielnic. O trzeciej w nocy zmarł w szpitalu ranny Anioł. Wiadomość o tym rozeszła się szybko po wszystkich subkulturach i gangach młodzieżowych poprzez komórki ich przywódców. Kilkusetosobowe bandy uzbrojone w noże i pałki elektryczne szły przez miasto, niszcząc po drodze samochody i wystawy sklepów, w kierunku Komendy Głównej Policji, skandując: „Śmierć za śmierć, śmierć glinom”. Wbrew oczekiwaniom policji zamieszki nie skończyły się nad ranem. Trwają nadal i przybierają na sile.
W pokoju dzwoni budzik. Za chwilę wchodzi do kuchni zaspana Jadwiga. Za nią sznurkiem dzieciaki. Referuję sytuację.
– Dzieci nie pójdą do szkoły – stwierdza żona. – Ty też lepiej siedź w domu.
O 8.00 nowe wiadomości. Spiker jąka się z przejęcia. Znaczna część Śródmieścia się pali. Straż pożarna nie może dojechać. Wszędzie barykady. Coraz więcej zabitych i rannych. Policja dalej używa tylko broni obezwładniającej i granatów gazowych. W studiu radiowym jakieś zamieszanie, szybka niezrozumiała wymiana zdań, jakby kłótnia. Po chwili słychać głos dziennikarza, który jest w samym środku walk. Mówi przez komórkę:
– Jestem w pobliżu sklepu z bronią myśliwską i sportową przy ul. Giordano Bruno. Tłum wyłamał właśnie drzwi. Wdzierają się do środka. Najbliższy oddział policji znajduje się około 50 metrów stąd. Próbują się tu przedrzeć. Nie mają jednak większych szans. Atakuje ich kilkudziesięcioosobowa grupa młodzieży. Są obrzucani kamieniami i butelkami z benzyną. Jedna z butelek rozbija się o ścianę domu. Stojący obok policjant zamienia się w żywą pochodnię. Koledzy próbują go ugasić. Nie są mu jednak w stanie pomóc, bo właśnie zostają zaatakowani od tyłu przez grupę Aniołów Śmierci. Ze sklepu wylegają młodzi ludzie uzbrojeni w sztucery i karabinki sportowe. Zaczynają strzelać w kierunku policjantów. Dwóch policjantów pada. Wszyscy krzyczą. Uciekają. Coraz więcej osób strzela. Płonący policjant przewraca się na ziemię. Jeszcze się rusza. Jego twarz czernieje.
Głos dziennikarza nagle się urywa. Przez chwilę słychać muzykę. Przerywa ją spiker mówiąc o tym, że został powołany specjalny sztab rządowy, który zastanawia się w tej chwili, czy należy rozdać policjantom ostrą amunicję.
Ściszam radio. Siedzimy przez chwilę w milczeniu.
– Trzeba zrobić większe zakupy – mówię. – Wyprowadzę też Rudego.
– Tylko uważaj – Jadwiga jest przerażona.
Wychodzę na ulicę. Jest spokojnie. W sklepie kolejka. Ludzie zdenerwowani, podekscytowani, komentują dzisiejsze wydarzenia. Wszyscy robią zakupy na kilka dni. Wychodzę ze sklepu obładowany jak wielbłąd. Już tu słychać strzały i wybuchy. Czuć swąd spalenizny. Nad Śródmieściem unosi się czarny dym. Przystaję. Czekam aż Rudy się wybiega. Uświadamiam sobie, że pierwszy raz od wielu miesięcy będę miał czas dla siebie i rodziny.
– Co tak długo, już się niepokoiłam – stwierdza Jadwiga.
Rzucam zakupy w kąt. Dzieci rozłożyły już jakąś grę planszową.
– Wreszcie możemy spokojnie porozmawiać – mówię. – Wczoraj nie doszliśmy do żadnego wniosku.
– Byłam zmęczona – usprawiedliwia się Jadwiga.
– Wiesz, myślę, że najlepiej byłoby gdzieś uciec, zaszyć się, przynajmniej na kilka lat, w jakiejś dziurze. Zajęlibyśmy się sobą i dziećmi. Mielibyśmy masę, morze czasu – rozmarzyłem się – Chodzilibyśmy na długie spacery. Siedzielibyśmy wieczorami przy kominku, rozmawiali albo słuchali muzyki. Latem włóczylibyśmy się po lesie, pływali łódką, wieczorami siadalibyśmy przed domem i patrzyli na rozgwieżdżone niebo.
– No dobrze. Ale co z wydawnictwem, szkołą chłopców. Z czego byśmy żyli. Mówisz o domu, kominku, lesie, pływaniu łódką. Nie mamy przecież żadnego domu – żona była jak zawsze praktyczna.
– Wynajęlibyśmy komuś mieszkanie – stwierdziłem – To już byłoby sporo grosza. Trochę mamy pieniędzy na koncie. Wystarczy, żeby kupić, gdzieś na Mazurach, jakąś opuszczoną chałupę. Robilibyśmy redakcję i korektę książek. Z tego też coś by było. Wydawnictwo mogłoby przestać dawać te prace na zewnątrz. Spróbowałbym coś pisać. Z tego mogłyby być większe pieniądze. Poza tym, jakby nie było, jestem przecież właścicielem wydawnictwa w jednej czwartej. Jakiś dochód mamy tu więc zapewniony. Pieniędzy mielibyśmy aż za dużo. Na wsi życie kosztowałoby nas jedną piątą tego co tutaj. Chłopaki chodziliby do wiejskiej szkoły, a my byśmy ich douczali. Mielibyśmy przecież masę czasu dla nich. Moglibyśmy ułożyć własny program nauczania, taką prawdziwą szkołę. Bracia by sobie poradzili. Myślę, że nie robiliby tu trudności.
– Wiesz, że boję się wsi, pustych przestrzeni, ciemności, piorunów, krów, gęsi i pająków. Dom na odludziu. Jeszcze nas napadną – Jadwiga ujawniła swoje niepokoje. – Jakoś nie mogę sobie tej naszej sielanki wyobrazić.
– Ale pomyśl – byłem trochę poirytowany. – Bylibyśmy całą dobę razem. Mamy Rudego. Kupilibyśmy jakiegoś obronnego psa. Mam pistolet gazowy. Jakbyś chciała, to sprawiłbym sobie normalny. Kupilibyśmy dom obok jakichś ludzi. Tutaj cię szybciej zabiją. Widzisz, co się dzieje.
– Nie denerwuj się – żona uśmiechnęła się trochę, jak mi się wydawało, z przymusem. – Może i masz rację. Daj mi więcej czasu.
– No, dobrze – burknąłem. – Przemyśl sobie to wszystko.
Byłem już zdecydowany. Poczekam – pomyślałem – Jadwiga musi się zgodzić. Zawsze prędzej czy później, zgadzała się ze mną. Okoliczności są sprzyjające. Rozruchy, jak wszystko na to wskazuje, dopiero się rozkręcają. Za kilka dni będzie inaczej śpiewać.
Trzy dni później siedzieliśmy całą rodziną przy śniadaniu i słuchaliśmy radia. Od rozpoczęcia rozruchów nie wychyliliśmy nosa z domu. Było coraz gorzej. Walki docierały już nawet do naszej dzielnicy. W mass mediach królował, jak dotąd, ton optymizmu. Wciąż słyszeliśmy:”Nadciągają posiłki z innych euroregionów. Niedługo to się skończy. Zamieszki powoli wygasają.” Dziś, pierwszy raz, ton był inny. Spiker mówił powoli, uroczyście, zgnębionym tonem:
– Zamieszki przybierają na sile. Trwają nie tylko w Warszawie, ale również w większości miast Mazowsza. Zginęło już 420 policjantów i 50 cywili, w tym 40 osób przypadkowych. Rannych jest 1000 policjantów i 400 cywili, w tym 200 osób przypadkowych. Spłonęło 113 budynków, zniszczono 2300 samochodów, zdemolowano i okradziono 1200 sklepów. Aresztowano 2000 osób. Dziś rano tłum zaatakował jadący pod eskortą samochód wicepremiera Mazowsza Samuela Grinberga. Ochrona otworzyła ogień zabijając 5 osób. Napastnicy odpowiedzieli ogniem ze sztucerów i broni krótkiej i obrzucili samochód kamieniami i butelkami z benzyną. Zginął wicepremier, jego sekretarz i 6 członków obstawy. Komendant warszawskiej policji oświadczył wczoraj późnym wieczorem, że jeżeli nie pozwoli się policji na użycie ostrej amunicji, jej oddziały wycofają się z ulic. Obradujący dziś w nocy parlament Mazowsza wprowadził od 4.00 stan wyjątkowy na terenie naszego euroregionu i uchwalił ustawy specjalne zezwalające policji na zastosowanie wszelkich środków mogących doprowadzić do przywrócenia spokoju, wprowadzających godzinę policyjną między 21.00 a 6.00, umożliwiających premierowi podjęcie, w razie konieczności, decyzji o użyciu wojska w tłumieniu zamieszek. Dziś rano komendant warszawskiej policji wezwał mieszkańców Warszawy do pozostania w domach i oświadczył, że policja może strzelać bez ostrzeżenia do osób podejrzanych.
Jadwiga zdenerwowana upuściła kubek z herbatą parząc sobie dotkliwie kolana. Zgasiłem radio. Albert, ośmiolatek, dla którego ostatnie dni były tylko przedłużeniem przerwy świątecznej, zrozumiał jedno:
– Dalej nie będzie szkoły – krzyknął uradowany. – Hip, hip, hura! Hura! Hura!
Rudy natomiast, jakby wyczuwając nastrój, skomląc cicho wczołgał się pod fotel. Starsi synowie widząc przerażenie żony patrzyli na mnie pytająco.
– No cóż – stwierdziłem uspokajająco. – Nie mamy się czego bać. Nic nam w domu nie grozi nie grozi.
Wypowiedziałem te słowa chyba w złą godzinę. Za chwilę bowiem usłyszeliśmy za oknem pisk hamulców, głuchy huk, krzyk przerażonych kobiet i dzikie, pijackie wycie, dobywające się z wielu gardeł. Wyszedłem na balkon. Po przeciwnej stronie ulicy wgnieciony w latarnię stał policyjny samochód. Kierowca, wyraźnie nieprzytomny, leżał na kierownicy. Drugi policjant próbował wydostać się z wraku. W kierunku samochodu leciały kamienie. Śledząc ich lot zobaczyłem biegnący w jego stronę tłum wyraźnie pijanych i rozwścieczonych młodych mężczyzn. Dobiegli do samochodu. Jeden z nich miał w ręku pistolet. Przystawił go do głowy szamocącego się policjanta i nacisnął spust. Zobaczyłem, jak jego mózg dosłownie rozpryskuje się dookoła. Cofnąłem się do mieszkania.
– Nie podchodźcie do okien – krzyknąłem do żony i synów.
Gdzieś blisko z hukiem rozprysła się szyba. Uświadomiłem sobie, że ten hałas dochodzi z kuchni i że nie ma w pokoju Alberta. W tym samym momencie usłyszeliśmy jego krzyk.
– Na ziemię – krzyknąłem do Jadwigi i synów, i pobiegłem do kuchni.
Albert, moje dziecko, leżał na podłodze przyciskając ręce do twarzy. Spod palców płynęła mu obficie krew. Cicho jęczał. Cała kuchnia była w odpryskach szyby. Obok Alberta leżało pół cegły. Oderwałem mu ręce od twarzy. Oczy miał zamknięte, zalane krwią, wielki guz na czole, odłamki szkła powbijane dosłownie wszędzie. Zacząłem coś mówić do niego. Uświadomiłem sobie, że jest nieprzytomny. W tym momencie wbiegła do kuchni Jadwiga. Zatrzymała się nagle, zbladła, zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Uderzyłem ją kilka razy w twarz otwartą dłonią. Natychmiast oprzytomniała.
– Szybko, zanieś go do samochodu – wyjęczała.
Wziąłem Alberta delikatnie na ręce. Jadwiga z kluczykami od samochodu w ręku już była na klatce schodowej.
– Szybciej, szybciej – łkała.
Gdy dochodziłem do samochodu niosąc wciąż nieprzytomnego Alberta, Jadwiga siedziała już za kierownicą. Ruszyła z piskiem opon. Przejechała przez trawnik łamiąc krzaki i dewastując budkę telefoniczną, która z trzaskiem się przewróciła. Na ulicy było akurat pusto. Gdy jednak skręciliśmy w kierunku szpitala czerniakowskiego zobaczyliśmy tłum idący środkiem jezdni, tłum podpitych wyraźnie, wrzeszczących mężczyzn, rzucających kamieniami w witryny sklepów i okna domów. Zobaczyłem, jak twarz Jadwigi tężeje, staje się surowa. Żona nacisnęła klakson i przyspieszyła. W naszym kierunku posypały się kamienie. Jeden trafił w dach samochodu. Zbliżaliśmy się z zawrotną prędkością do tłumu. Młodzi ludzie zaczęli uciekać na boki. Dwóch wyraźnie pijanych stanęło w rozkroku na środku ulicy. W rękach trzymali kamienie, gotowi do rzutu. Krzyczeli coś obelżywie. Ich twarze wykrzywiała wściekłość. Jadwiga tylko się pochyliła. Samochód jeszcze przyspieszył. Jeden z mężczyzn rzucił w naszą stronę kamieniem. Przednia szybka pokryła się drobną pajęczyną pęknięć. W tym samym momencie samochód wpadł na nich. Mężczyzna z lewej odepchnięty uderzeniem upadł na chodnik. Ten z prawej próbował odskoczyć. Już nie zdąrzył. Jego ciało głucho uderzyło w maskę samochodu i przetoczyło się przez dach. Nawet się nie obejrzeliśmy.
Wjeżdżając na szpitalne podwórko Jadwiga nacisnęła klakson i nie przestała go naciskać aż do momentu, gdy w drzwiach ukazali się sanitariusze. Wszystko odbyło się szybko i sprawnie. Albert był już we wnętrzu szpitala. Jadwiga krzyknęła jeszcze:
– Wracaj szybko do domu. Zadzwonię.
Do domu wróciłem piechotą, podwórkami. Było bardzo cicho. Widocznie zamieszki przeniosły się do innej dzielnicy. Dzieci przestraszone siedziały wciąż pod parapetem. Przywitały mnie, jakby wrócił z dalekiej podróży. Ulica za oknem była pusta. Włączyłem telewizor. Zacząłem przygotowywać posiłek. Spiker stwierdził, że sytuacja się uspokaja, że policja i wojsko rozproszyły największe bandy i aresztowano tysiące ludzi. Przestrzegał jednak przed wychodzeniem z domu. Gdy skończyliśmy jeść zadzwonił telefon. Głos Jadwigi był spokojny:
– Nie ma żadnego niebezpieczeństwa – powiedziała – będzie zdrowy. Zostanę z nim. I wiesz co, miałeś rację. Uciekajmy stąd, jak najprędzej.

Rozdział III

Narada rodzinna

W początkach marca w Warszawie panował już spokój. Tylko służby miejskie miały jeszcze pełne ręce roboty. Usuwały wraki spalonych samochodów, kładły chodniki. Ekipy budowlane uwijały się wokół wypalonych budynków. W innych miastach zamieszki powoli wygasały. Naszą decyzję o przeniesieniu się na wieś przekazaliśmy już całej rodzinie. Na jutro została zwołana u mego najstarszego brata Leona, specjalna narada rodzinna dotycząca tej sprawy. Narady takie zwoływano w naszej rodzinie od niepamiętnych czasów we wszystkich ważniejszych sprawach. Brali w nich udział wszyscy dorośli. Praktyka pokazywała, że taka rodzinna burza mózgów dawała wiele, że wspólne głośne myślenie, dyskusja, pozwalały odnajdować optymalne rozwiązania. Poza tym, gdy w sprawę angażowała się dosłownie cała rodzina można było być pewnym, że podstawowe związane z nią, przynajmniej materialne, problemy zostaną pokonane.
Siedzieliśmy przy kolacji. Albert czuł się już dobrze. Otrząsnął się z szoku. Minione wydarzenia nie pozostawiły na nim żadnego śladu. No, może nie do końca. On chyba najbardziej chciał, i to jak najszybciej, opuścić Warszawę.
– Ale gdzie znajduje się ta Księżycowa Dolina – Jadwiga nawiązała do powieści Jacka Londona.
– Myślę, że dobre byłyby Mazury – powiedziałem. – Trzeba przejrzeć mapy, wsiąść w samochód, objechać wybrane miejsca, znaleźć jakieś siedlisko, kupić je i zamieszkać w nim. Jeżeli będziemy mieli szczęście za tydzień możemy rozpocząć nowe życie.
– Co powiedzą twoi bracia. Wszystko to jest takie niekonkretne, niejasne. Wyśmieją nas – Jadwiga wyraziła swój niepokój.
– Nie bój się. Myślę, że nas nie wyśmieją. Raczej doradzą. Pomogą.
– Nie jestem tego taka pewna. – Jadwiga nie była wciąż do końca przekonana.

***

Spotkanie rodzinne zaczęło się, jak zawsze, pacyfikacją dzieciarni. Gdy jest ich równo dwunastka w wieku od 2 do 15 lat, nie słyszymy nawet swoich głosów. Robert wypędził je więc do ogrodu zobowiązując najstarszego, piętnastoletniego Andrzeja, syna Antoniego, do czuwania nad bezpieczeństwem i spokojem całej gromadki. Następnie otworzył posiedzenie rodzinne uderzając łyżeczką od herbaty w szklankę.
– Proszę wstać, sąd idzie – zażartował – co oskarżeni mają na swoją obronę?
Zreferowałem krótko nasze plany. Była to tylko formalność. Ze wszystkimi rozmawiałem już na ten temat kilkakrotnie przez telefon. Kobiety omówiły już tę sprawę na swoim babskim spotkaniu. Pierwszy zabrał głos Tomasz, najmłodszy z moich braci.
– W porządku – powiedział. – Czasami sam odczuwam chęć takiej ucieczki. Nas jednak na nią nie stać – stwierdził, jakby ze smutkiem, patrząc na swoją żonę.
– No wiesz – powiedziała. – Jak można mieszkać gdzie indziej niż w Warszawie. Czy naprawdę sobie to wyobrażasz?
– Pewnie, że tak. Oczywiście wiązałoby się to ze zmianą całego trybu życia. Ale pomyśl ta cisza, spokój, brak stresów, pośpiechu i ta masa czasu, którą moglibyśmy przeznaczyć tylko dla siebie.
– To mrzonki – Zocha, żona Tomasza, parsknęła śmiechem.
– Dla nas to nie są mrzonki – mruknąłem – Jesteśmy zdecydowani, zdeterminowani, silni, zwarci i gotowi.
– To wszystko na razie teoria – stwierdził Robert. – Prosimy o konkrety.
– No tak. A więc… No cóż. Myślę, że… – zacząłem się plątać.
– A ja mam lepszy pomysł – przerwał moje jąkanie Cyryl. – Chyba wszyscy zapomnieliście, że mamy małą posiadłość pod Warszawą pod dziadku. Kiedy ostatni raz byliście w Kosewku? To dla nich idealne miejsce. 50 km od Warszawy, 3 km od Pomiechówka. Dom w niezłym stanie. Wszystkie wygody. Sad, ogród, 2 hektary ziemi. Zabudowania gospodarcze. Domek letni. Wszystko to nad rzeką i blisko lasu. Gdyby tam się przenieśli Wawrzyniec mógłby często wpadać do Warszawy i praktycznie nic nie zmieniłoby się w jego pracy dla wydawnictwa. Jakby jednak chciał nie opuszczać wsi, także nie byłoby kłopotu. Mógłby robić redakcję, korekty. Może też coś, by wreszcie napisał. Przydałby się nam jakiś bestseller. Jeśli Wawrzyniec zacząłby pisać, miałby blisko wszystkie źródła, archiwa, biblioteki. Każdą rzecz szybko by otrzymał. Ale zobaczcie. Chce wsi, to niech będzie konsekwentny. Na wsi żyją rolnicy. Niech będzie rolnikiem, nietypowym, ale rolnikiem. Mówicie, że mam hopla na punkcie zdrowej żywności. Sami jednak wiecie, co my jemy. Sama chemia, hormony, inżynieria genetyczna. Niech zacznie uprawiać ziemię, hodować zwierzaki. Pomyślcie, wszyscy mielibyśmy smaczne, zdrowe ziemniaki, cebulę, inne warzywa, owoce, jajka, mleko, mięso, a oni mieliby i radość, i utrzymanie. Jakby jeszcze Wawrzyniec dorabiał w wydawnictwie, żyć nie umierać.
– Jesteś genialny – Jadwiga była zachwycona.
– Mógłbyś też Wawrzyńcu zostać pszczelarzem – Tomasz przypomniał sobie o swoim odwiecznym bólu.
Wciąż przy każdej okazji wspominał o miodach pitnych, jakie robił jego teść i miodzie gryczanym, który dostarczał całej rodzinie, póki miał siły.
– Pomógłbym ci w produkcji trójniaków, dwójniaków i… półtoraków – rozmarzył się.
Wszyscy zaczęli mówić naraz. Halina, żona Roberta, krzyczała coś o spędzaniu wiosennych, letnich i jesiennych weekendów, o grzybach, spacerach po łąkach, pływaniu łódką.
Zocha, zwracając się do swojego męża, stwierdziła:
– Wreszcie miałbyś, gdzie uciekać i – dodała po chwili – skąd wracać.
– Będę ci Wawrzyńcu pomagał w zagospodarowaniu w każdej wolnej chwili – zapewniał Tomasz.
Robert zaczął walić pięścią w stół.
– Hej, cisza, spokój – krzyknął. – No to co, wszystko postanowione. Kto jest przeciw. Nie widzę. Kto się wstrzymał? Nie widzę. Kiedy wyjeżdżacie?
– Choćby jutro – uśmiechnął się Wawrzyniec.
– Za tydzień – sprostowała Jadwiga poważnie.
W tym momencie do pokoju wpadła z krzykiem dzieciarnia domagając się włączenia telewizora. Alf – przedpotopowy serial i ulubiony film większości dzieci zaczynał się za pięć minut.
Robert włączył telewizor. Dzieciaki porozsiadały się na podłodze. Starsi przeszli do ogrodu. Marcowy wieczór był niespodziewanie ciepły. Niebo było bezchmurne, czyste, gwieździste. Robert rozstawił leżaki, rozdał koce. Rozmowa się jednak nie kleiła. Każdy wracał już myślą do swoich problemów. Antoni zaczął szeptem kłócić się o coś z żoną. Zocha, jak to ona, zaczęła plotkować z Renatą, żoną Cyryla, o jakiejś Mariannie. Tylko jeszcze Cyryl próbował podtrzymać wątek. Wawrzyniec umówił się na następny dzień z Tomaszem i Cyrylem, by omówić różne szczegóły. Towarzystwo jeszcze trochę pogadało. Wypito po szklance gorącego ponczu. Wreszcie zaczęto się rozchodzić. Żegnając się z Wawrzyńcem i Jadwigą, Robert życzył im wszystkiego najlepszego „na nowej drodze życia”. Tomasz ściskając dłoń Wawrzyńca szepnął:
– Nie wyobrażasz sobie, jak wam zazdroszczę.

Rozdział IV

Wiosna

Połowa kwietnia. Wiosna w pełni. Ciepła jak nigdy. Pogoda jak drut. Niebo bez jednej chmurki. Wszystkie sprawy zamknięte. Ostatnie dni, to był młyn. Nie mieliśmy nawet czasu zajrzeć do Kosewka. Dziś więc jedziemy tam pierwszy raz. Radość, ale i zaniepokojenie. Czy nam się spodoba? W jakim stanie jest dom? To jednak było wariactwo dokonywać tak ważnego wyboru, tak w ciemno. Dojeżdżamy do Pomiechówka. Skręcamy w lewo. Droga staje się wąska i kręta. W asfalcie pełno dziur. Szosa prowadzi wzdłuż rzeki. Wspaniałe widoki. Teren górzysty. Stary las. Dzieciaki piszczą coraz bardziej podniecone. Rudy szczeka. Jadwiga jest uśmiechnięta. Dojeżdżamy. Mijamy grupę zaniedbanych domków letniskowych. Widać, że od lat nikt w nich nie mieszkał. Dalej ruiny typowo wiejskich zabudowań. Wreszcie zaczyna się Kosewko. To dziś tylko kilka budynków w niewielkiej dolinie, otoczonej lasem, którą przez środek przecina rzeka, teraz szeroko rozlana, majestatyczna.
Z daleka rozpoznaję dom dziadka ukryty w zieleni, nieotynkowany dom z czerwonej cegły. Od pierwszej chwili mi się tu podoba. Otwieram starą, zardzewiałą bramę. Wszyscy wyskakują z samochodu. Dzieciaki rozbiegają się po ogrodzie, buszują w sadzie. Otwieram dom. Wszędzie pajęczyny i mysie bobki. Jednak sucho, żadnej wilgoci, zacieków. Ściany i podłoga w dobrym stanie. Oglądamy pokoje. Jadwidze podobają się stare wiklinowe i ratanowe meble. Rudy biega z nosem przy ziemi, parska i kicha, poszczekuje radośnie. Dzieci tylko zajrzały do wnętrza i już są z powrotem na dworze. Słychać ich podniesione, podniecone głosy. Idziemy wszyscy nad rzekę. Podwórko przy zabudowaniach gospodarczych porośnięte jest wysoką trawą i dziewannami. Drewniany domek, także nasza własność, stoi nad samą rzeką. Wygląda dobrze, choć cały obłazi z farby. Cicho. Słychać tylko daleko śpiew skowronków. Wiatru prawie nie ma. Kładziemy się na łące nad rzeką. Pachnie miętą i tatarakiem. Z daleka słychać kumkanie samotnej żaby. Odzywa się też na chwilę kukułka. Kwietniowe słońce pieści nasze twarze. Kładę się na plecach. Zapadam się w wysokiej trawie. Widzę tylko niebo. Samotne, pierzaste obłoczki, poruszają się leniwie.
Szczęście – myślę – nazywa się Kosewko i zaraz głośno wypowiadam tę myśl. Jadwiga nic nie mówi, bierze mnie za rękę i uśmiecha się jakoś tak miło i promiennie. Nigdy nie widziałem takiego uśmiechu na jej twarzy. Idziemy powoli wzdłuż rzeki. Nikogo. O obecności ludzi świadczy tylko dym unoszący się z komina jednego z domów.
Sprzątamy dom. Wybieramy dla siebie pokoje. Zmęczeni siadamy na tarasie i wpatrzeni we wschodzący księżyc, snujemy plany na najbliższe dni. Chłopcy pytają, kiedy sprawimy sobie łódki, kajaki, wędki, rowery. Rudy utytłany, jak świnia, leży pod naszymi nogami i głośno chrapie.

***

Już tydzień mieszkamy w Kosewku. Jesteśmy skonani, ale szczęśliwi. Pokoje wymalowane, wysprzątane, umeblowane. Trochę mebli przywieźliśmy z Warszawy. Reszta miejscowe. Ogródek skopany. Niektóre warzywa już posiane w ogródku, inne w skrzynkach w domu. Zajmują aż dwa pokoje. Posadziliśmy też kilka drzewek owocowych tak, żeby w sadzie były wszystkie owoce, jakie tylko rosną w naszym klimacie. Posadziliśmy również porzeczki, agrest, maliny i jeżyny, wiele krzewów ozdobnych i bylin. Trochę nadszarpnęło to nasz budżet, ale trzeba myśleć o przyszłości i samowystarczalności. Po podwórku chodzi 10 kur i wielki, prawdziwie polski kogut, jak ze starego obrazka, z wielkim czerwonym ogonem. Rudy wciąż z nim wojuje. Od czasu jednak, gdy dostał parę razy dziobem po łbie, trzyma dystans i próbuje koguta zaskoczyć od tyłu. Ten jednak ma się na baczności. W klatkach siedzi kilka królików, a na łące upalikowana pasie się nasza duma i już ulubienica, koza Łatka.
Poranek jest słoneczny. Wszyscy jeszcze śpią. Wychodzę na taras, z którego widać rzekę. Patrzę, jak oniemiały. W ciągu nocy rozkwitły wszystkie akacje porastające jej brzegi. Rzeka wygląda, jak panna młoda. Nieskazitelna biel odcina się ostro od świeżej zieleni lasu. Budzę Jadwigę. Nawet nie pijemy kawy. Akacje wabią nas i kuszą. Idziemy. Nad rzeką pięknie. Zapach akacjowych kwiatów jest odurzający. Trawa pokryta rosą lśni i skrzy się, jak diamentowe pole z baśni Leśmiana o Sindbadzie Żeglarzu. Zabłąkany w obłoku skowronek śpiewa niestrudzenie. Objęci, milczący, zstępujemy z pagórka idąc prosto w słońce, które grzeje delikatnie.

***

Początek maja. Ogródek obsiany do końca. Zdecydowaliśmy się też posadzić wcześniej pomidory, paprykę, brokuły itd. Jest tak ciepło. Na podwórku obok kur stadko kaczek. Od kilku dni zajmuję się tresowaniem byka sąsiada. Zaczęło się od tego, że gdy stałem przy płocie, podszedł do mnie, przełożył łeb między drągami i obwąchując moje ramię ryknął nagle. Odskoczyłem odruchowo. Pogłaskałem go. Wyciągnąłem w jego stronę ogryzek jabłka, które właśnie jadłem. Nie odmówił. Dziś przybiega truchcikiem do płotu, gdy tylko mnie zobaczy. Nazwałem go Bucuś. Nauczyłem reagować na to imię. Rozpieszczam go różnymi smakołykami. Najbardziej lubi skórki od banana i… bezy.
Rudy początkowo go obszczekiwał. Szybko jednak mu się to znudziło. Bucuś całkowicie go ignorował. Zresztą Rudy rzadko teraz bywa w domu. Poznał się z miejscowymi kundlami i włóczy się z nimi całymi dniami. Dzieciaki jeżdżą do szkoły w Pomiechówku rowerami. Wracają późno. Trudno im się rozstawać z nowymi kolegami. Po powrocie do domu coś zjedzą i znowu gdzieś znikają. Tak jak Rudy włóczą się po okolicy. Poznają wszystkie kąty. Jadwiga polubiła szczególnie pracę w ogródku. Sadzi, piele, podlewa, coś tam podcina. To już jej królestwo. Mnie nie wolno niczego dotykać. Oprócz zwykłych zajęć domowych karmi też kury i kaczki. Dzieci zajmują się królikami, ja kozą. Nauczyłem się ją doić. Z jej mleka robię sery. Dużo czytamy. Chodzimy rano i wieczorem na długie spacery.

***

Obchodząc wieczorem całe nasze gospodarstwo wykryłem w zaroślach bzu przy letnim domku słowika. Udajemy się tam teraz wieczorami na koncerty, tak jak inni udają się do filharmonii. Bierzemy leżaki, koce, kawę w termosie. Rozsiadamy się. My na leżakach, chłopcy na kocach i czekamy w ciszy na zmrok. Gdy pokazują się pierwsze gwiazdy nasz słowik rozpoczyna swoją pieśń. Maluchy zasypiają przy niej szybko i trzeba je potem zanosić do domu.
Dziś koncert był szczególnie udany. Niebo bez jednej chmurki, niezamglone. Wieczorny wiatr ucichł i nawet wiejskie psy zamilkły. Krwista, olbrzymia kula słońca powoli zaszła za las. Przestaliśmy rozmawiać. Od czasu do czasu pisnęło tylko któreś z dzieci. Powoli, bardzo powoli, zaczął zapadać mrok. Niebo ciemniejąc ukazywało naszym oczom coraz więcej gwiazd. Gdy w całej okazałości zalśnił nad nami Wielki Wóz słownik rozpoczął koncert.
Wzięliśmy się z Jadwigą za ręce. Wpatrywałem się w niebo i trwałem tak nieporuszony, zanurzając się wręcz dosłownie w tym śpiewie, w gwiazdach i zarazem zapadając się, to było przedziwne uczucie, w siebie, w swoją duszę. Na chwilę poczułem straszną pustkę. Ścisnąłem mocniej dłoń Jadwigi i w pewnym momencie stanął mi przed oczami przydrożny krzyż, który mija się przy wjeździe do Kosewka.
Chrystus przybity do niego ogromniał mi w oczach aż zacząłem widzieć tylko Jego spokojną twarz. Nagle otworzył oczy i spojrzał na mnie.
Drgnąłem. Znowu zobaczyłem rozgwieżdżone niebo. W tym momencie przeszyła je bezgłośnie błyskawica. Słowik umilkł. Jadwiga zerwała się z miejsca pospieszając dzieci do domu. Zawsze bała się burzy. Wracałem, jak z dalekiej podróży. Serce biło mi, jak po długim biegu. Boże, Boże – powtarzałem bezgłośnie. – Boże mój. Gdzie ja Ciebie zgubiłem?
***
Początek czerwca. Wczoraj przywiozłem trzy kajaki. Dni i noce są gorące. Łąki kipią od kwiatów. Ptaki jakby zwariowały. Drą się jak opętane. Dziś sobota. Dzieciaki tylko wstały zaraz zaczęły dopominać się o wycieczkę kajakową. Postanowiliśmy z Jadwigą, że rzucimy wszystko w kąt i poświęcimy na nią cały dzień. Dzieciaki z własnej inicjatywy nakarmiły i napoiły zwierzaki. Jadwiga zrobiła w kosewskim sklepiku specjalne zakupy – napoje, konserwy, kiełbaski, kartofle, pieczywo, słodycze. Załadowaliśmy to wszystko do kajaków i ruszyliśmy w drogę w dół rzeki.
Wspaniałe widoki. Zupełnie inna perspektywa niż z brzegu. Jakbyśmy poruszali się w zielonym tunelu. Rzeka cicha i spokojna płynęła leniwie przyspieszając tylko na niektórych zakrętach. Spływaliśmy bardzo powoli nie używając w zasadzie wioseł w ciszy przerywanej tylko śpiewem ptaków i pluskiem wyskakujących z wody ryb. Położyłem się na chwilę na dnie kajaka patrząc na małe pierzaste obłoczki, których dziś nie brakowało na niebie. Uświadomiłem sobie, że od przyjazdu do Kosewka właściwie nie myślę. Po prostu nie mam na to czasu. Po prostu jestem szczęśliwy. Jadwiga odmawia co wieczór z dziećmi cały różaniec, a ja padam skonany na łóżko z jakimś kryminałem i czytam. W ogóle się nie modlę. Nie zajmuję się też, tak naprawdę, synami. Nie rozmawiam z nimi. Jesteśmy razem, ale jakby nie do końca. Czy nie zapomniałem o Bogu? Jak trwoga to do Boga. Teraz jestem szczęśliwy. I gdyby nie to przeżycie z przydrożnym Chrystusem, gdyby nie niedzielna Msza święta, byłbym, jak barbarzyńca, który tylko w przyrodzie znajduje ukojenie i radość. Odmówiłem dziesiątek różańca śledząc jeden z obłoczków. Dopływaliśmy do Pomiechówka. Zamiast nieba ujrzałem „brzuch” mostu. Usiadłem. Wzięliśmy się za wiosła.
– Długo tak będziemy płynąć? Ciężko będzie wracać pod prąd. Może się zatrzymamy i przejdziemy po sklepach i będziemy wracali, a gdzieś w drodze powrotnej zrobimy sobie mały piknik – powiedziała Jadwiga.
– Na lody. Do pizzerii. Na automaty – dzieciaki zaczęły krzyczeć na wyścigi.
– Nie ma mowy – stwierdziłem. – Płyniemy dalej. Do Pomiechówka możemy pójść piechotą, pojechać na rowerach lub samochodem.
Rudy, który siedział w kajaku Bazylego i Bernarda zobaczył w tym momencie na brzegu kota i nagle z głośnym pluskiem wskoczył do wody żądny „krwi i chwały”. Jednym ruchem wiosła ustawiłem swój kajak pomiędzy nim a brzegiem i wciągnąłem go na pokład.
– Spokój idioto – powiedziałem.
Las się skończył, gdy minęliśmy Pomiechówek. Zaczęły się podmokłe łąki. Rzeka rozlewała się tu na dużym obszarze. Poziom wody był jeszcze wysoki.
– Popłyńmy na skróty – krzyknąłem.
Wpłynęliśmy w zarośla. Lawirując pomiędzy krzakami wikliny płynęliśmy równolegle do głównego nurtu. Jadwiga zrywała piękne kwiaty, chyba irysy, których główki zaledwie wystawały z wody. Rudy o mało nie oszalał, gdy zobaczył wydrę uwijającą się na płytkiej wodzie w pogoni za rybami. Musiałem zdzielić go parę razy wiosłem po łbie, żeby się opamiętał.
Zaczęliśmy płynąć pomiędzy drzewami. Nigdy jeszcze nie płynąłem kajakiem przez las. Teren zaczął się podnosić. Wróciliśmy do głównego nurtu rzeki. Pomiechówek został daleko za nami. Rzeka zwęziła się i przyspieszyła. Dopływaliśmy do ujścia. Przed nami, jak okiem sięgnąć, brunatne wody Bugo-Narwi. Zrobiło się płytko – po kolana, po chwili nawet po kostki, tak że kajaki zaczęły szorować po piasku. Wyskoczyliśmy z nich. Złoty piasek pod naszymi stopami układał się w drobne zmarszczki, jak na twarzy uśmiechniętej, starej, wiejskiej kobiety. Przepchaliśmy kajaki przez łachę, wskoczyliśmy do nich z powrotem i zaczęliśmy płynąć w górę wielkiej rzeki.
– Jaki tu niski poziom – zdziwiła się Jadwiga.
– Zatrzymali wodę w Zalewie Zegrzyńskim – wyjaśniłem. – To jedyna znana mi rzeka, gdzie są odpływy i przypływy. Ktoś tam w górze raz zakręca, a raz odkręca kurek. Lądujemy – krzyknąłem.
Przybiliśmy do wielkiej, piaszczystej łachy, której brzeki omywały dwie rzeki. Za nią zaczynały się łąki porośnięte krzakami wikliny i, jak później stwierdziliśmy, dzikimi porzeczkami, malinami i jeżynami. Wciągnęliśmy kajaki na piasek. Dzieciaki od razu zdarły z siebie ubrania i gołe, jak je Pan Bóg stworzył, rozbiegły się z rozdzierającym wrzaskiem. Rudy gonił za nimi, poszczekując wskakiwał do wody za patykami, które rzucali mu najmłodsi, tarzał się w piasku.
Wyciągnęliśmy się z Jadwigą na piasku. Był czysty, wręcz nieskalany i gorący. Cisza. Słychać było tylko plusk wody i daleki, bardzo daleki śpiew skowronka. Zamknąłem oczy. Powoli zacząłem zapadać w drzemkę, gdy z krzykiem nadbiegły maluchy.
– Tato, tato. Wielka ryba. Uwięziona. Złapiemy ją. Szybko. Wstawaj.
Wstałem. Zaprowadziły mnie na koniec łachy. Był tam naturalny basenik, długi na jakieś trzy metry, szeroki na dwa, a w środku wielki szczupak pływający nerwowo z kąta w kąt.
– Skąd ta ryba się tam wzięła? – zapytał Bazyli.
– Jak był wysoki poziom wpłynęła tu, a później, jak woda opadała, nie zdążyła uciec. Może przysnęła – wyraziłem przypuszczenie.
– Musimy ją złapać – stwierdził Bernard.
Okazało się, że to nie takie łatwe. Szczupak omijał wyciągnięte ręce. Przepływał między nogami. Rzucał się jak szalony. W pewnym momencie udało mi się go schwytać. Zacząłem krzyczeć:
– Mam go, mam go.
Nagle walnął mnie ogonem w twarz i wyśliznął się z powrotem do wody. Wreszcie udało mi się wyrzucić go na piasek.
– Co z nim zrobimy? – zapytał Franek.
– Jak to co? – roześmiałem się – Zjemy go. Rozpalimy ognisko i upieczemy na węglach.
Tak też zrobiliśmy. Za pół godziny nie było śladu po szczupaku.
– Ale był pyszny – westchnęła Jadwiga.
Poszliśmy na łąki. Rudy buszował wśród traw. Momentami nie było go w ogóle widać. Jego obecność wskazywało tylko falowanie trawy. Łąki kwitły tysiącem kwiatów. Przeważały białe, żółte i fioletowe. Gdzieniegdzie czerwieniały drobne maki. Zapach ziół, szczególnie mięty i ruty, był delikatny, ale na dłuższą metę odurzający. Położyliśmy się na plecach. Zatonęliśmy w trawie i ziołach. Wpatrzeni w niebo wsłuchiwaliśmy się w szum wiatru. Maluchy długo tak nie wytrzymały. Zaczęły się bawić w Indian, czołgając się i wyskakując na nas z krzykiem. Wreszcie Jadwiga dała hasło do powrotu nad rzekę.
– Czas na obiad – powiedziała.
A na obiad były kiełbaski na patykach, kartofle z ogniska, wołowina pieczona wprost na gorących węglach. Wszystko to popijaliśmy pachnącą dymem herbatą z małego kociołka, który Jadwiga zapobiegliwie zabrała z domu. Po obiedzie zarządziła sjestę. Położyliśmy się na kocach w cieniu nadbrzeżnych krzaków i wdychając zapach mięty, gwarzyliśmy o wszystkim i o niczym coraz bardziej rozleniwieni i senni. Wreszcie dzieciaki posnęły. Jadwiga przytuliła się do mnie i poszliśmy w ślady dzieci pozostawiając czuwanie Rudemu.
Obudziłem się pierwszy. Słońce zaczęło się już powoli zniżać ku zachodowi. Spojrzałem na zegarek. Spaliśmy aż dwie godziny. Obudziłem całe towarzystwo i pobiegliśmy wszyscy do rzeki. Woda była ciepła i aksamitna. Pływaliśmy, nurkowaliśmy, pryskaliśmy się wodą, aż zaczęła się nad nami unosić mała tęcza. Gdy suszyliśmy się w słońcu, leżąc na gorącym piasku, Jadwiga powiedziała:
– Czas wracać.
– Mamo, jeszcze nie, jeszcze trochę – dzieci zaprotestowały chórem.
– A może zanocujemy – zaproponowałem. – Zbudujemy szałasy. Będziemy jak Robinson Kruzoe. Czy tu nie jest tak jak na bezludnej wyspie?
– Tak, tak, tak – krzyczały dzieci.
Jadwiga była trochę mniej zadowolona, ale nie zaprotestowała. Zaczęliśmy klecić pierwszy szałas. Gdy był juz gotowy wpadł do niego Rudy z rozpędu uderzając w tylną ściankę. Szałas złożył się jak domek z kart.
– Będziemy spali pod gołym niebem przy ognisku, jak prawdziwi traperzy – stwierdziłem.
Nie trzeba było stawiać szałasów. Mieliśmy więc masę czasu. Poszliśmy na małą wycieczkę. Odkryliśmy krzaki dzikich porzeczek i malin. Niestety owoce nie były jeszcze dojrzałe.
– Gdy dojrzeją przypłyniemy tu i zbierzemy je – powiedziała Jadwiga.
Dzień zaczął się kończyć. Słońce gwałtownie opadało za horyzont. Dalej jednak było gorąco.
– Żeby tylko nie było burzy – przestraszyła się Jadwiga – Nie przeżyłabym jej na takim pustkowiu.
– Nie martw się, na pewno nie będzie – stwierdziłem stanowczo żeby ją tylko uspokoić.
Zaczęliśmy zbierać drewno na ognisko na całą noc, zrywać trawę, ścinać drobne gałązki i mościć z nich posłania. Noc zapadła szybko, gwiaździsta, cicha, gorąca i parna. Ognisko było wysokie na parę metrów. Dzieciaki szybko zasnęły. Jadwiga zaraz poszła w ich ślady. Rudy wykończony zwinął się w kłębek w nogach Bazylego i zaczął chrapać, jak stary pijak. Odszedłem parę metrów od ogniska i zacząłem się modlić.
– Panie Boże! Dziękuję Ci za wszystko, za żonę, za dzieci, za zdrowie i za Kosewko, za to lato, noc, gwiazdy, rzekę i łąki, za skowronki, za radość i szczęście, które ostatnio stały się moim udziałem i proszę Cię daj mi Siebie i miłość, którą mógłbym zwrócić się do Ciebie i płonąć nią, żyć nią, budować nią każdy dzień i każdą noc.
Opadłem na piasek. Obróciłem się na plecy i zapatrzyłem w gwiazdy. Tak właśnie zaczyna się metanoja – wielka przemiana wewnętrzna – pomyślałem. Tak zaczyna się prawdziwe życie.
Nie spałem tej nocy. Rozmyślałem i modliłem się. Modliłem się i rozmyślałem. Świt przychodził powoli. Budziły się pierwsze ptaki. O dziwo wraz ze świtem nie przyszedł wcale chłód. Pojawiła się tylko rosa, której jednak nie dopuściło do nas ognisko, do którego wciąż dorzucałem drewna. Patrzyłem na wschodzące słońce. W oczach miałem łzy. Tej nocy Bóg dotknął mojego serca.
Zrobiłem kawę we włoskim ekspressie, stawiając go na rozżarzonych węglach. Obudziłem pocałunkiem Jadwigę. Piliśmy kawę kontemplując wschodzące słońce. Opowiedziałem żonie o tym, co wydarzyło się tej nocy. Uśmiechnęła się tylko nic nie mówiąc i uklękła na piasku. Poszedłem w jej ślady. Trzymając się za ręce odmówiliśmy radosną część różańca.
***
Do kuchni wpadł zapłakany Bazyli.
– Mamo, mamo – rzucił się Jadwidze w ramiona.
– Co się stało? – Jadwiga przytuliła go mocno.
– Jak rozbieraliśmy się do lekcji WF-u wszedł do szatni nauczyciel, zobaczył, że mam medalik na szyi, zerwał go, rzucił na ziemię i zaczął strasznie krzyczeć „Nie wolno ci tego świństwa nosić w szkole”. Poszedł ze mną do wychowawczyni. Ona też zaczęła na mnie krzyczeć. Powiedziała, że obniży mi stopień ze sprawowania i że mam jutro przed lekcjami przyprowadzić matkę albo ojca.
– Bandyci – Jadwiga była wściekła i to słowo samo wyrwało się jej z ust.
– Pójdziemy do wychowawczyni oboje – powiedział Wawrzyniec do Bazylego – nie martw się.
– Ja nie chcę więcej iść do tej szkoły – wyszlochał Bazyli.
– Nie pójdziesz już do niej, ale i tak musimy porozmawiać z wychowawczynią i odebrać twoje papiery – uspokajała go Jadwiga.
Następnego dnia wkroczyli rano do pokoju nauczycielskiego. Była tam tylko wychowawczyni Bazylego i jakaś kobieta.
– Muszą państwo chwilę poczekać, aż skończę z tą panią – powiedziała nauczycielka – Proszę usiąść – wskazała im fotele pod oknem.
– Słucham panią – zwróciła się do kobiety.
– Wczoraj jedna z matek w szatni, gdzie była prawie cała klasa i kilku rodziców powiedziała do innej matki wskazując na mojego syna: „Chyba nie powinniśmy się zgadzać na to, by nasze dzieci chodziły z małpą do jednej klasy. A swoją drogą ci jego rodzice są jacyś dziwni. Przecież jest aborcja, eutanazja. Mogli go uśpić. Po co taki żyje?” Mój syn, jak pani wie, jest po porażeniu mózgowym i oprócz skrzywionej twarzy i częściowego niedowładu jednej ręki i jednej nogi jest zupełnie normalny. Słyszał to. Popłakał się. Słyszały to inne dzieci. Śmiały się. On teraz nie chce chodzić do szkoły. Co pani zamierza z tym zrobić?
– Wie pani – twarz nauczycielki zrobiła się surowa – w pełni zgadzam się z tą matką. Pani syn jest odmieńcem, kaleką. To stwarza nam wszystkim w szkole poważne problemy. Najlepiej byłoby, jakby pani posłała go do innej szkoły. Dla takich są przecież szkoły tzw. integracyjne czy specjalne. Ja też dziwię się państwu. Po co pozwoliliście mu żyć. Tyle niepotrzebnych kłopotów, wydatków. Przecież tzw. szeroka eutanazja jest dozwolona od ponad pięćdziesięciu lat. Wszyscy z niej korzystają, bo to wielkie udogodnienie i błogosławieństwo dla społeczeństwa. Nie lepiej było go uśpić i sprawić sobie nowe, normalne dziecko?
Kobieta zerwała się z miejsca i wybiegła z pokoju. Jadwiga wyszła za nią.
– Pan jest ojcem Bazylego – stwierdziła nauczycielka patrząc na Wawrzyńca – Czy państwo nie znacie przepisów Unii Europejskiej? W szkole nie wolno manifestować swoich poglądów religijnych. Na szczęście nasze szkoły są neutralne światopoglądowo. Pana syn obraził uczucia religijne nauczyciela WF-u, który jest satanistą. Mam nadzieję, że się to nie powtórzy, ale i tak pana syn będzie miał obniżoną ocenę ze sprawowania.
– Chcielibyśmy natychmiast odebrać syna ze szkoły – powiedział Wawrzyniec.
– To niemożliwe. Jest koniec roku szkolnego.
– Wie pani co? – Wawrzyniec był na pozór spokojny, każde słowo wypowiadał powoli – zaprowadzę zaraz syna do poradni zdrowia psychicznego i powiem, że wywołaliście państwo u niego głęboki stres. Psycholog z nim porozmawia. Zrobi mu parę testów. Wyda odpowiednią opinię. Z tą opinią udam się do sądu i oskarżę was o spowodowanie u mojego syna trwałego urazu psychicznego i zażądam odszkodowania. Może panią pochwalą, że tak gorliwie strzeże pani neutralności światopoglądowej szkoły. Może nawet dostanie pani za to premię, ale i tak nie wypłaci mi się pani do końca życia.
Wychowawczyni Bazylego była wyraźnie i to ciężko przerażona. Ręce jej drżały.
– Zaraz napiszę opinię i wniosek o to, by wydano państwu w sekretariacie papiery syna. Z dyrektorem sama załatwię.
– Nie dziękuję pani i nie mówię do widzenia – Wawrzyniec wziął pismo, które nauczycielka szybko sporządziła i wyszedł z pokoju nauczycielskiego.
Jadwigę znalazł przed szkołą. Siedziała na ławce z kobietą, która przed nim rozmawiała z nauczycielką. Kobieta ocierała chustką zapłakane oczy.
– Pani mówi, że jest dobra szkoła katolicka w Płońsku – Jadwiga obejmowała kobietę ramieniem – Postanowiła, że jej syn nie przyjdzie już w tym roku szkolnym na lekcje, a po wakacjach przeniesie go do tamtej szkoły. Może zrobimy tak samo?
– Dobrze, wszystko już załatwione – powiedział Wawrzyniec, pokazując teczkę z papierami Bazylego.
Kobieta mieszkała w Nowym Dworze Mazowieckim. Powiedziała, że może wreszcie skończy się jej gehenna, gdy dziecko znajdzie się w szkole katolickiej. W ich miejscu zamieszkania były w szkole te same problemy, a najbliższa szkoła integracyjna jest w Warszawie. Wawrzyniec i Jadwiga zaprosili ją, by z mężem i synem odwiedziła ich w Kosewku.
***
Połowa czerwca. Obudziłem się o świcie. Nagła decyzja – trzeba wybrać się do lasu. Drogą przeszedłem przez sosnowy młodniak. Między drzewa wkroczyłem dopiero wtedy, gdy zaczęły się stare dęby i buki. Włóczyłem się wśród nich, tak bez celu, dla samej radości wędrówki. Uczyłem się tego lasu, podziwiałem go. Chłonąłem las. Oszołomił mnie prędko i zarazem jakoś zaskoczył. Tak, jakbym obcował z lasem pierwszy raz w życiu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie o co chodzi. Pierwszy raz odebrałem las jako świątynię. Odczułem w nim i poprzez niego wprost i wręcz namacalnie obecność Boga. Bóg znów mnie dotykał. Bóg jest wszędzie. To zdanie było dla mnie dotąd tylko twierdzeniem filozoficznym. Teraz stało się twierdzeniem dotyczącym mojego życia. Upadłem na kolana.
– Panie Boże! – mówiłem głośno – Panie Boże! Ignorowałem Ciebie. Nie zwracałem na Ciebie uwagi. Nie zauważałem Ciebie. Przepraszam Cię. Wybacz mi. Już Ciebie nie zapomnę, już nie zignoruję, już nie odwrócę się do Ciebie plecami. Kocham Ciebie, Panie Boże! Kocham Cię!
Zacząłem wracać do domu. Las żegnał mnie cichym szelestem liści.
Dzieci jeszcze spały. Jadwiga krzątała się po kuchni. Zrobiłem kawę. Usiedliśmy na tarasie. Zacząłem mówić o tym, co zdarzyło się w lesie, o tym, że za mało Boga w naszym życiu, że, przynajmniej dla mnie, był On tylko, tak naprawdę, jakąś abstrakcją, a nie Bogiem żywym, z którym spędzam swoje życie, któremu służę. Jadwiga tylko kiwała głową. Wreszcie powiedziała:
– Modlę się codziennie z dziećmi, ale wciąż odczuwam jakiś niedosyt. Wiem że trzeba, abyśmy bardziej żyli z Bogiem i dla Boga.

Rozdział V

Każdy orzeł chroni swoje gniazdo

W pierwszy dzień kalendarzowego lata Wawrzyniec i Jadwiga siedzieli na tarasie. Poranek był ciepły, lecz deszczowy. Lekka mgiełka przesłaniała las. Właśnie wybierali się nad rzekę, gdy zadzwonił telefon.
– Wawrzyniec? Mówi Tomasz. Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Biorę teraz miesiąc urlopu. My przyjeżdżamy do Kosewka, a wy jedziecie w góry. Załatwiłem wam pobyt w Beskidzie Sądeckim. Schronisko wysoko w górach na granicy ze Słowacją. Powłóczycie się po okolicy. Wyskoczycie za granicę. Zrób to dla mnie. Potrzebuję Kosewka, jak powietrza. Wiesz, ostatnio nam się nie układa z żoną. Wiesz. Mam intuicję, że tylko Kosewko będzie lekarstwem na nasze bolączki. Wawrzyniec proszę cię. Błagam cię. Zrób to dla mnie.
W głosie Tomasza było coś takiego, że dreszcz przeszedł Wawrzyńcowi po plecach.
– Daj mi pół godziny. Zadzwonię do ciebie – powiedział i odłożył słuchawkę.
Następnego dnia rodzina Wawrzyńca była już w drodze do Zwardonia, bo tak nazywała się miejscowość, do której skierował ich Tomasz. W południe przekroczyli granicę euroregionu Mazowsze i znaleźli się w Małopolsce, jednym z największych euroregionów Europy Środkowej. Mijali opustoszałe wsie i podupadłe, wyludnione miasta.
– To także była kiedyś Polska – powiedział Wawrzyniec do dzieci – Zobaczcie, co z nią zrobili. Kiedyś jednak się odrodzi. Mam nadzieję, że tego jescze doczekacie.
Koło szesnastej wjechali w góry. Zaczęło się pustkowie. Tylko gdzieniegdzie spotykało się wielkie posiadłości zachodnioeuropejskiej bonzów. Zatrzymali się w Żywcu na obiad. Wykąpali się w jeziorze, zwiedzili stare miasto. Na ulicach, w sklepach i restauracjach, dominował język francuski i niemiecki. Żywiec stał się, jak łatwo to było zauważyć, centrum rozrywkowym dla francuskich i austriackich letników, którzy w okolicznych górach mieli swoje posiadłości. Ruszyli w stronę granicy. Tu można było spotkać jeszcze polskie wioski. Pas strefy nadgranicznej wyłączony był bowiem z wolnego obrotu ziemią. Unia chciała jak najbardziej izolować jedyne narodowe państwo Europy – Słowację. Wioski te zamieszkiwali górale, którzy oparli się ogólnoeuropejskim tendencjom i klepali biedę trwając na swojej ojcowiźnie, przywiązani do ziemi, gór, tradycji. Było ich już niewielu. Mazowiecka telewizja pokazywała niekiedy obrazki z ich życia, tak jak pokazywała obrazki z życia ostatnich pigmejów czy aborygenów.
W Milówce rodzina Wawrzyńca zgłosiły się, tak jak nakazywały przepisy nadgraniczne, na posterunku policji, by wypełnić dziesiątki druków, aby uzyskać zezwolenie przebywania w strefie nadgranicznej. Po załatwieniu tych formalności poproszono ich wszystkich jeszcze na rozmowę. Urzędnik był grzeczny, ale oschły. Zapytał, po co i do kogo jadą i czy zamierzają odwiedzić Słowację.
– Przyjechaliśmy w celach turystycznych. Będziemy mieszkać w schronisku „Chata pod Skalanką” koło Zwardonia. Zamierzamy zwiedzić przygraniczne słowackie miejscowości – stwierdził Wawrzyniec.
Urzędnik podniósł słuchawkę telefonu i powiedział:
– Słuchaj Heniek. Mam tu gości, którzy jadą do Staszka Zadory i zamierzają odwiedzić Słowację.
Chwilę pokiwał głową jakby coś potwierdzał, odłożył słuchawkę i burknął:
– Musimy trochę poczekać.
Po pięciu minutach wszedł do pokoju policjant w mundurze i oznajmił:
– W komputerze nic na nich nie ma.
– Pana proszę do samochodu. Dokonamy przeszukania – warknął urzędnik.
– Z jakiego powodu? – Jadwiga była zdenerwowana, głos jej drżał.
– Taka jest procedura – odrzekł urzędnik spokojnie.
– Jaka procedura? – zapytał Wawrzyniec.
– Proszę za mną – urzędnik zignorował jego pytanie.
– Jaka procedura? – powtórzył Wawrzyniec.
Urzędnik nic nie odpowiedział i ruszył do drzwi. Chcąc niechąc Wawrzyniec poszedł za nim. Trzech policjantów rozbebeszyło ich samochód. Rozpakowali wszystkie bagaże. Przeglądali uważnie każdą sztukę ubrania, każdy przedmiot. Odpruli nawet poszewki walizek i rozkręcili tranzystorowe radio.
– Nic – zauważył wreszcie jeden z policjantów.
– Wracamy na górę – oświadczył gniewnym i poirytowanym tonem urzędnik.
Gdy znaleźli się w pokoju powiedział zimno:
– Będziecie państwo poddani rewizji osobistej. Najpierw dzieci – zwrócił się do stojącego przy drzwiach policjanta.
Ten sprawnie obmacał chłopców. Bazyli zaczął płakać. Jego bracia byli bliscy płaczu. Jadwiga była wyraźnie przerażona. Policjantka wyprowadziła ją. Urzędnik kazał Wawrzyńcowi udać się do sąsiedniego pokoju i rozebrać się do naga. Dwóch policjantów przeszukiwało jego rzeczy, trzeci kazał mu się pochylić, założył gumową rękawiczkę i wsadził mu palce w odbyt. Gdy znalazł się wreszcie z powrotem w „pokoju przesłuchań” była tam już Jadwiga, zdenerwowana, czerwona na twarzy. Urzędnik uśmiechnął się nieszczerze i zapytał:
– Czy państwo zdajecie sobie sprawę z tego, kim jest Stanisław Zadora?
– Wiem tylko, że to znajomy mego brata. Brat zapewnił mnie, że to porządny, uczciwy człowiek – stwierdził sucho Wawrzyniec.
– On ma wywrotowe, wsteczne poglądy. Jest podejrzany o utrzymywanie kontaktów z poszukiwanymi przez nas terrorystami i słowackimi faszystami. Od dawna jest pod naszą stałą obserwacją. Przeciwko niemu toczy się śledztwo. Być może, iż w najbliższym czasie zostaną mu przedstawione konkretne zarzuty i zostanie postawiony przed sądem – oświadczył urzędnik – Z takimi ludźmi lepiej się nie zadawać. Z tego powodu mogą mieć państwo poważne kłopoty.
– Jedziemy do jego schroniska odpocząć. Reszta nas nie obchodzi – Jadwiga już się uspokoiła i teraz była wyraźnie wściekła.
– Czy państwo wiecie, jakim krajem jest Słowacja? Czy wiecie, że to faszystowskie państwo? Czy wiecie, jaki tam jest prymitywizm, bandytyzm, ile napadów na cudzoziemców? – urzędnik mówił podniesionym głosem z nieskrywaną już wściekłością.
– Oglądamy telewizję, słuchamy radia, czytamy prasę – zapewnił spokojnie Wawrzyniec.
Urzędnik wstał. Chwilę milczał. Wreszcie przemówił:
– Sprawdzimy jeszcze stan techniczny pojazdu.
Jego ton nie wróżył niczego dobrego. Kontrola przeprowadzona przez dwóch policjantów przy użyciu specjalistycznej aparatury była bardzo drobiazgowa. W sposób wyraźny było widać, że chcą się koniecznie do czegoś przyczepić. Byłem spokojny. Przed wyjazdem oddałem samochód do przeglądu w zaprzyjaźnionym bardzo solidnym warsztacie. W pewnym momencie usłyszałem dźwięk rozbijanego szkła i zobaczyłem, jak na twarzach policjantów pojawia się złośliwy uśmieszek.
– Lewy migacz panu nie działa – roześmiał się jeden z nich.
– Przecież to Pan go rozbił – krzyknął Bazyli.
– Czy ktoś coś mówił? – wysyczał drugi.
– Nikt nic nie mówił – burknęła Jadwiga i odprowadziła dzieci na bok.
– Niestety, musi pan zapłacić karę – policjant trzymał już w ręku bloczek mandatowy.
Nadszedł urzędnik. Szepnął coś policjantowi i zwrócił się do rodziny Wawrzyńca, uśmiechając się ironicznie.
– Spędzanie wakacji u Zadory i odwiedzanie Słowacji nikomu się jeszcze nie opłaciło. Warto się nad tym zastanowić.
***
Siedzieli w kawiarni w Milówce i popijając zimny sok starali się uspokoić.
– Wiedziałem, że to są świnie – stwierdziła Jadwiga – ale moja wiedza była jednak dotąd całkowicie teoretyczna. A nawiasem mówiąc, twój brat mógł nas uprzedzić o tego typu kłopotach.
– Nie mieliśmy dużo czasu na rozmowę – Wawrzyniec starał się go usprawiedliwić – Może założył zresztą, że to jest oczywiste, że będziemy się tego spodziewać.
– Mam coraz większą ochotę na poznanie Słowacji. Jeżeli jednak jedna trzecia tego, co o niej mówią mass media i ci gliniarze jest prawdziwa, to nasza wyprawa tam może być niebezpieczna – zaniepokoiła się.
– Coś ty. To tylko propaganda – Wawrzyniec starał się ją uspokoić.
– Tato, czego oni od nas chcieli? – Albert jak zawsze był dociekliwy.
– Chcieli nas zmusić żebyśmy wrócili do domu – parsknęła Jadwiga.
– Ale dlaczego? – Alberta taka odpowiedź nie satysfakcjonowała.
– Po prostu się boją – wyjaśnił Wawrzyniec.
– Czego się boją?
– Zobaczymy synku. No jedziemy – Jadwiga wstała.
***
Zwardoń był niewielką wioską. Przy małej stacyjce kolejowej spotkali pana Zadorę. Był to czterdziestokilkuletni, przystojny mężczyzna. Przywitał się z nimi i rozglądając się uważnie powiedział:
– Jedźmy szybko do mnie. Jak pan czuje się na górskich, terenowych drogach? – spytał.
– Nigdy po takich nie jeździłem – Wawrzyniec uśmiechnął się.
– Będę jechał powoli – zapewnił i wsiadł do odrapanego dżipa.
Początkowa droga była niezła. Potem jednak stała się kamienista i pełna wybojów. W pewnym momencie zaczęła podchodzić pod górę pod takim kątem, że aż zaparło im dech w piersiach. Wawrzyniec zatrzymał samochód i jęknął:
– Może wysiądziecie i podejdziecie. Nie wiem czy dam radę.
– Nie zawracaj głowy. Jedziemy – Jadwiga chyba była już zmęczona przeżyciami dnia i stąd ta determinacja.
Jakoś wjechali. Serce biło Wawrzyńcowi mocno. Dzieciaki piszczały. Jadwiga lekko zbladła i widać było, że żałuje swojej decyzji. Na szczycie czekał na nich samochód Zadory. Wysiedli.
– Spójrzcie państwo – powiedział zataczając łuk ręką.
Widok faktycznie był wspaniały. Daleko w dole czerwieniły się dachy zabudowań Zwardonia. Dalej widać było szczyty zarośniętego lasem Beskidu Żywieckiego. Zanosiło się na deszcz, ale większość chmur było poniżej nich. Jedna, wielka i czarna wdrapywała się powoli i cierpliwie na sąsiednie zbocze. Po chwili zaczęła dosłownie spływać w dolinę.
– Jak w „Szklanych sercach” Hercoga – wyszeptała zachwycona Jadwiga.
– Spójrzcie tam. To Słowacja – Zadora odwrócił się.
Widok z drugiej strony góry zapierał dech w piersiach. Przed nimi rozpościerała się wąska i długa dolina pełna słońca. Jej środkiem jechał mały jak zabawka pociąg mijając niewielkie wioski. Domki były biedniutkie ale zadbane i kolorowe. Nad jedną z wiosek górowała wieża kościoła. Słychać było daleki głos dzwonów.
– Przypominają o modlitwie – stwierdził Zadora i klęknąwszy na trawie zaczął się modlić.
Jadwiga natychmiast poszła w jego ślady. Dzieci zdziwione stały chwilę nieruchomo. Pierwszy upadł na kolana i zaczął się modlić Franek. Po chwili wszyscy głośno, powtarzali słowa modlitwy. Gdy podnieśli się z klęczek zobaczyli, że z boku pnie się po łące w ich stronę pierzasta, gęsta, szara chmura.
– Mamo, ja się boję – zapiszczał Bazyli.
– Nie bój się – roześmiała się Jadwiga – ona nie gryzie.
Wkrótce znaleźli się w środku chmury. Nic nie było widać na kilka kroków. Zrobiło się chłodno i wilgotno. Po kilku minutach chmura spłynęła w dolinę i zalała Zwardoń. Gdy odwrócili się, by wsiąść do samochodów zamarli, jak na komendę. Kilka metrów od nich stało kilka saren i najspokojniej jak gdyby nigdy nic skubało trawę.
– Tato, tato, jakie kozy – krzyknął Bazyli.
– Sarny poderwały gwałtownie głowy i spojrzały na nich uważnie. Po chwili zaczęły spokojnie schodzić na słowacką stronę.
– To nie kozy synku, to sarny – wyjaśnił Wawrzyniec.
Pojechali dalej. Droga biegła szczytami gór schodząc łagodnie w dół. Wjechali w świerkowy las. Nagły spadek spowodował, że Wawrzyniec nacisnął ostro hamulce i zatrzymał samochód.
– Jeżeli pan Zadora zjechał, to ty też zjedziesz – powiedziała spokojnie Jadwiga.
Znaleźli się na niewielkim, okolonym lasem tarasie na zboczu Skalanki. Na jego brzegu stało niewielkie, ale urocze schronisko. Jego podstawa stanowiąca parter wymurowana była z wielkich kamieni. Pierwsze i drugie piętro było z bali drewnianych. Spadzisty dach ocieniał duże balkony, których poręcze sporządzone zostały z drewnianych kół starych chłopskich wozów z początku XX wieku. Usiedli na tarasie przed schroniskiem na wygodnych wiklinowych fotelach. Długo nikt się nie odzywał. Patrzyli. Po prostu patrzyli. Było na co. Pod nimi rozpościerała się kipiąca zielenią dolina. Za nią w oddali rysowały się niewyraźnie w zamglonym powietrzu szczyty gór. Żadnego dźwięku, żadnego ruchu.
***
Wieczór był chłodny. Chłopaki zmęczone zasnęły błyskawicznie. Zasiedli ubrani w swetry na tarasie trzymając w rękach szklanki ze słowackim młodym winem, którym poczęstował ich pan Stanisław. Niebo błyskało gwiazdami. Przypominały tu zamarznięte okruchy ognia. Wydawały się być tak bliskie, że miało się poczucie, iż są na wyciągnięcie ręki. W nocnej ciszy słychać było tylko pisk nietoperzy. Wawrzyniec opowiedział panu Zadorze o przygodach w Milówce. Zadora pokiwał głową ze zrozumieniem:
– Staram się umacniać polską świadomość na tym terenie. Tutaj nie jest jeszcze tak źle. Górale, można powiedzieć, w większości utożsamiają się z Polską i Kościołem. Trzeba jednak wciąż przypominać, trzeba pielęgnować miłość ojczyzny, trzeba podtrzymywać miłość do Boga, wierność Kościołowi. Nie jestem tutaj sam. Jest nas przynajmniej kilkunastu takich działaczy Polaków-katolików. Władze robią wszystko, żeby zrobić z nas oszołomów i przestępców.
– A jak jest na Słowacji? – zapytała Jadwiga.
– Sami zobaczycie. Powiem tylko, że zazdroszczę Słowakom. Spotykamy się tutaj w schronisku. Rozmawiamy o przyszłości Polski i Słowacji. Słowacja to jest niepodległe, autentycznie niepodległe, normalne, narodowe państwo. Wiele możemy się od nich nauczyć. Jeśli chcemy żeby Polska była Polską musimy, oczywiście na swój własny sposób, powtórzyć wiele ich posunięć, skorzystać z ich doświadczeń.
– Ale czy jest tak naprawdę jakaś szansa, nadzieja dla nas, dla Polski? – zapytał Wawrzyniec.
– Myślę, że taka szansa była, jest i będzie – stwierdził pan Stanisław – Myślę, że możemy odbudować Polskę tylko musimy się obudzić, zmartwychwstać, tak jak wielokrotnie robiliśmy to w przeszłości. Przecież nasz naród jest jak lawa, z wierzchu brudna i plugawa, a w środku ogniem płonie…
Z okna kuchni, które znajdowało się za nimi padało na trawę światło tworząc jasny, duży kwadrat. W ten kwadrat nagle wkroczył lis. Zatrzymał się, znieruchomiał patrząc na ludzi.
– To lisica – wyjaśnił pan Zadora. – Ma trzy młode. Często pod wieczór obserwuję, jak uczy swoje małe reguł polowania.
Nad lasem wzeszedł księżyc. Ogromna pomarańczowa kula przyćmiła gwiazdy. Światło księżyca posrebrzyło łąkę przed schroniskiem, szczyt Skalanki.
– Zobaczcie, jak jest pięknie – szepnął pan Zadora – Polska jest piękna – dodał jeszcze ciszej.
Niebo zaczęło jaśnieć, gdy szli spać. Słychać było już pierwsze, zbudzone ptaki. Polska jest piękna – powtarzał cicho Wawrzyniec wchodząc za Jadwigą po schodach na pierwsze piętro schroniska, gdzie znajdował się nasz pokój.
***
Ranek był zamglony i chłodny. Chmury kotłowały się w dolinach. Wiatr zrywał się nagle i ustawał, by za chwilę dać o sobie znać zimnymi podmuchami.
– To nie jest pogoda na wycieczkę w góry – powitał Wawrzyńca pan Stanisław – Dzisiaj lepiej jedźcie na Słowację, do Czadcy, a jeszcze lepiej do Żyliny. To będzie doskonała ilustracja naszych nocnych rozmów.
O ósmej rodzina Wawrzyńca była już gotowa. Usadowili się w samochodzie. Wawrzyniec przekręcił kluczyk w stacyjce. Bez rezultatu. Ponowił próbę kilkakrotnie.
– Nic z tego nie będzie, zdechł – stwierdził i wysiadł z samochodu z wściekłością zatrzaskając z hukiem drzwi.
– Jedźcie pociągiem – powiedział pan Zadora – wieczorem wróci z pracy sąsiad i na pewno doprowadzi wasz samochód do porządku.
Wyruszyli. Droga w dół była łatwa i przyjemna. Idąc podziwiali widoki. W ostatniej chwili zdążyli na jedyny w ciągu dnia pociąg do Słowacji. Wykupili bilety do Żyliny. Kontrola celna była długa i upokarzająca. Powtórzył się, tylko w skróconej wersji, scenariusz z Milówki. Wreszcie pociąg ruszył i rodzina Wawrzyńca znalazła się, pierwszy raz w życiu, poza granicami Unii Europejskiej. Na pierwszej słowackiej stacji – Skalite-Serafinow wsiadła jedna osoba, kobieta około trzydziestki. Usiadła, z torebki wyciągnęła gazetę i zagłębiła się w lekturze.
– Zobacz, co ona czyta – Jadwiga trąciła wpatrzonego w okno Wawrzyńca.
– Katolickie Noviny – Wawrzyniec odczytał tytuł – No popatrz. U nas nie ma już żadnego katolickiego pisma. Staroświecka, słowacka ciuchcia jechała bardzo powoli. Mieli zatem czas nie tylko na podziwianie krajobrazów, ale i na obserwację życia tego przedziwnego i nieznanego kraju.
Ich uwagę zwróciła duża liczba kościołów, kapliczek i krzyży przydrożnych. Z pociągu było widać, że są zadbane. Pod krzyżami zasadzone były kwiaty. Widać było, jak do kościołów i kapliczek wchodzą ludzie. Pod dworcem w Czadcy, gdzie oczekiwali pół godziny na przesiadkę, zwrócili uwagę na to, że we wszystkich stojących na parkingu samochodach przy wewętrznych lusterkach są zawieszone różańce.
– Widać, że to katolicki kraj – powiedziała Jadwiga.
– Aż serce rośnie – dodał Wawrzyniec.
– Pół królestwa za kawę – wyjęczała Jadwiga – Tam jest kawiarnia – wskazała na niewielki pawilon przy budynku dworca – chodźmy.
– Usiedli przy stoliku. Kawa z bitą śmietaną, którą przyniósł im młody chłopak w białym fratuchu, bardzo im smakowała. Chłopcy zamówili sobie sok malinowy, którego nigdy nie pili. Na Mazowszu, jak i zresztą w całej Unii w sprzedaży były tylko soki cytrusowe.
– Mamo siku – powiedział Bazyli.
– Tutaj chyba nie ma toalety. Idź na dworzec – Wawrzyńcowi nie chciało się ruszać.
– Coś go długo nie ma. Zaczynam się niepokoić – powiedziała po jakimś czasie Jadwiga.
– W tym momencie do kawiarni wpadł zadyszny Bazyli.
– Siku, siku – przestępował z nogi na nogę.
– Idź z nim – mruknęła Jadwiga.
Wawrzyniec i Bazyli ruszyli truchtem w stronę dworca. Za chwilę byli z powrotem. Wawrzyniec trzymał w ręku jakieś bilety.
– Co kraj to obyczaj. Zachowamy je na pamiątkę. Zgadnij do czego uprawniają te bilety – Wawrzyniec był wyraźnie rozbawiony.
– To są bilety do kina – krzyknął Leon.
– Nie, na autobus – powiedział Franciszek.
– Co znowu wymyśliłeś? – Jadwiga nie zamierzała zgadywać.
– Wyobraź sobie to są bilety wstępu do toalety – Wawrzyniec podetknął jej bilety pod nos.
– Zachowaj je dla Cyryla. On zbiera takie różne dziwne rzeczy – Jadwiga nie za bardzo przejęła się całą sprawą – A czemu Bazyli nie mógł znaleźć toalety?
– No bo mamo. Wszedłem na dworzec – relacjonował Bazyli – i zacząłem szukać toalety. Patrzę, a nad jednymi drzwiami napisane było „sro”. No to pomyślałem, że to toaleta. Ale tam było jakieś biuro. Później zobaczyłem tablicę z napisem „odchody”. Czego się śmiejecie. Nie śmiejcie się. Ale to nie była toaleta. Potem zobaczyłem napis „kupa”. Przestańcie się śmiać. Tam też nie było toalety. Później zobaczyłem napis „odbyt”. Ale to też było jakieś biuro. Wreszcie znalazłem drzwi, na których było napisane „kibel”. No to już byłem pewny, że to kibel…
– Nie mów tak brzydko – Jadwiga miała od śmiechu łzy w oczach.
– Ale mamo, tam tak było napisane. Ale to była restauracja, a ja już nie mogłem wytrzymać. No i przybiegłem.
– Zaraz sprawdzę to wszystko w „Rozmówkach polsko-słowackich”, które pożyczył nam pan Zadora – powiedział krztusząc się ze śmiechu Warzyniec.
Zaczął wertować małą książeczkę.
– „Sro” to jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, „odchody” to odjazdy pociągów, „kupa” to kupno, „odbyt” to zbyt, a „kibel” to zachód. Pewnie ta restauracja, sądząc po wyglądzie, nazywa się „Dziki zachód” – Wawrzyniec zamknął „Rozmówki” – No, trzeba nam iść.
– Ten język słowacki, to fajny język – powiedział Albert do Franciszka.
– No – Franciszek był wyrażnie zachwycony.
Weszli na dworzec.
– Z którego peronu mamy pociąg – zapytała się Jadwiga.
– Panienka z okienka powiedziała, że będzie napisane na tablicy. Musimy patrzeć na „odchody”.
Przed tą tablicą stało już kilkadziesiąt osób wpatrując się w nią intensywnie. Do odjazdu pociągu było już jakieś dwie minuty. Na tablicy pojawiła się wreszcie informacja. Pociąg odchodził z ósmego peronu. Wszyscy ruszyli biegiem. Gdy znaleźli się już w przedziale Jadwiga wydyszała:
– To jakiś ich narodowy sport – bieg do pociągu.
Koło południa dotarli do Żyliny, trzeciego, co do wielkości, miasta Słowacji. Wprost z dworca wyszli na duży deptak przypominający ten w Sopocie. Doprowadził on ich do głównego rynku i starego miasta.
– Tu jest jakoś inaczej – zdziwiła się Jadwiga. – Ulice, wystawy i ludzie są inni. Nie potrafię tylko jeszcze powiedzieć na czym polega ta różnica.
Gdy w kiosku z gazetami Kupowali zabawkę, którą upatrzył sobie Leon obsługująca ich kobieta wychyliła się z okienka i patrząc na dzieciaki uśmiechnęła się i powiedziała:
– Zlati chlapcy, zlati chlapcy.
Usiedli przy stoliku w kawiarence na świeżym powietrzu blisko wielkiej fontanny na rynku głównym. Przeżyli szok płacąc za trzy soki, cztery lody, dwie kawy z bitą śmietaną i szklankę białego wina. Zapłacili bowiem 100 koron – równowartość dwóch ECU, sumy, za którą na Mazowszu można było kupić bilet autobusowy lub bułkę. Pijąc kawę i wino, jedząc lody, patrzyli na przechodzących ludzi.
– Może i wyglądają biedniej niż mieszkańcy Unii Europejskiej – powiedział Wawrzyniec ale zobacz, prawie wszyscy są uśmiechnieci i jacyś tacy ludzcy, bliscy. Wielu jest ludzi młodych i w średnim wieku. Wiele matek z małymi dziećmi w wózkach.
– No własnie. Teraz już wiem – powiedziała Jadwiga, gdy już wypiła swoją kawę – na czym polega ta różnica. W porównaniu z Zachodnią Europą czy nawet Mazowszem, gdzie na ulicach przeważają ludzie starsi i zniedołężniali, gdzie aż roi się od bezdomnych, żebraków, wariatów, gdzie ludzkie twarze są smutne, zacięte, w najlepszym wypadku obojętne tutaj jest coś takiego co można nazwać normalnym światem. Ale wiesz. Mam wielką prośbę. Powiedz, że się zgadzasz.
– Wiem, wiem. Chcesz pochodzić po sklepach – Warzyniec był zrezygnowany – Dobrze, tylko nie ciągaj nas ze sobą. My się powłóczymy po mieście.
– Tak, tak – chłopcy powiedzieli to zgodnym chórem.
– Tylko tato, będziemy odwiedzać wszystkie sklepy z zabawkami – zastrzegł sobie Franciszek.
– Oczywiście – Wawrzyniec uśmiechnął się porozumiewawczo do Jadwigi.
– No to lecę. Spotkamy się tu za dwie godziny. Tyle mi wystarczy – powiedziała Jadwiga i już jej nie było.
– No i co? – Wawrzyniec zadał to pytanie Jadwidze gdy znowu spotkali się w tym samym miejscu, choć widział, że taszczy dwie wypchane, duże „reklamówki”
– Zaczęłam od największego domu towarowego w Żylinie – stwierdziła Jadwiga – I tu przeżyłam pierwszy szok. Słowacja to raj dla kobiet. Mówię ci. Żałuj, że ze mną nie byłeś. Odwiedzałam sklepy w Paryżu, Berlinie, Wiedniu, Londynie. Czarna rozpacz. Wszędzie to samo co w Warszawie.To ten cholerny, totalny globalizm. Już dawno straciłam serce do zakupów. Do sklepów zaglądam tylko z przyzwyczajenia. Co to za życie? Cóż znaczy życie kobiety bez sklepów z nieznanymi towarami? A tu same nieznane towary. I to nie żaden chłam. Czułam się jak w muzeum. Krążyłam jak w transie od stoiska do stoiska. Od sklepu do sklepu. Przymierzyłam chyba ze sto rzeczy. Kupiłam sobie dwie sukienki, trzy bluzki, dwie spódnice, dwie pary butów i różne drobiazgi. A co u was?
– Nie widzisz – Wawrzyniec wskazał na torby, które dźwigali chłopcy.
– Jak wam się podobają słowackie zabawki? – spytała zwracając się do Bazylego.
– Tutaj jest tysiąc razy więcej zabawek niż u nas i są tysiąc razy ładniejsze – powiedział zachwycony.
– No, nie przesadzaj. Powiedz – sto razy to będzie bliższe prawdy – Wawrzyniec spojrzał na zegarek – Mamy jeszcze masę czasu. Może skoczymy do Małej Fatry, tego tak reklamowanego przez pana Zadorę Białego Potoku? Trzeba tylko zostwić rzeczy w przechowalni bagażu.
Wsiedli do autobusu. Po pół godziny byli już w Terchowej w centrum Małej Fatry. Wysiedli przed kościołem.
– Chodzmy się pomodlić – powiedziała Jadwiga.
Piękny, zabytkowy kościół tętnił życiem. Wciąż wchodzili do niego ludzie, młodzi i starzy, przyklękali, odmawiali modlitwę i wychodzili. Przed Najświętszym Sakramentem paliła się czerwona lampka, klęczała grupa rozmodlonych ludzi. Chłopcy przyzwyczajeni do pustych kościołów, do wynoszenia Najświętszego Sakramentu po Mszy świętej do zakrystii patrzyli zaskoczeni. Po modlitwie obejrzeli jeszcze kościół i wyszli na zalaną słońcem ulicę. Bryczką zaprzężoną w dwa konie, którą powoził młody człowiek w regionalnym stroju dojechali do Białego Potoku. Zielonym szlakiem ruszyli w góry. Po kilkunastu minutach zatrzymali się pod wielkim wodospadem. Widok zapierał dech w piersiach.
– Widziałaś coś tak pięknego? Takich wodospadów jest tutaj kilkadziesiąt. Wystarczy dalej iść tym szlakiem – stwierdził Wawrzyniec.
– Wszystkich ich na pewno nie zobaczymy – zauważyła Jadwiga – Spójrz na zegarek. A trzeba jeszcze zjeść obiad.
Gdy siedzieli już w autobusie wiozącym ich do Żyliny Jadwiga
powiedziała:
– Musimy tu szybko wrócić choćby na kilka dni. Tak tu pięknie. Wiesz zakochałam się w Słowacji i w Słowakach.
– Wrócimy. Może zimą – Wawrzyniec nad czymś, wyraźnie, głęboko myślał.
W Żylinie poszli na obiad do małej restauracyjki przy rynku. Usiedli przy stoliku na pełnym kwiatów patio. Nowe zaskoczenie. W karcie dań same niespotykane w restauracjach Unii potrawy. Zamówili najbardziej dla nich egzotyczne danie – smażony, panierowany ser owczy z tatarską pomaczką, czyli sosem tatarskim i smażonymi kartoflami. Chłopcy popijali sok, tym razem, jabłkowy. Jadwiga i Wawrzyniec za radą kelnera, rozsmakowywali się „czerwienym klasztornym winem”.
Z Żyliny do Czadcy jechali autobusem, okazało się bowiem, że nie ma o tej porze żadnego pociągu. Przy szosach było niewiele tablic z reklamami. Wawrzyniec zwrócił uwagę na to, że wciaż powtarzają się dwie charakterystyczne tablice. Zaciekawiony, co tak intensywnie reklamuje się na Słowacji, wczytał się w nie i zrozumiał wreszcie wszystko, zrozumiał Słowację i Słowaków, te wszystkie spotkane prze nich „dziwy”, tę „egzotykę”. Na pierwszej z tablic namalowany był wielki orzeł. Pod nim zaś widniał napis: „Oreł zawżdy hrani swoje gniezdo”. Na drugiej namalowane było samo gniazdo, a nad nim napis: „Nasza wlasność – nasze gniezdo”. Pokazał te tablice Jadwidze. Ona zaś pokazała je dzieciom, przetłumaczyła im te napisy i powiedziała zwracając się do Bazylego:
– Pamiętasz, pytałeś się w Milówce, czego boją się ci policjanci. To było pytanie o to, czego boją się władze Unii Europejskiej. Oni boją się właśnie tego, prawdziwej, prywatnej własności, własności rodzinnej i narodowej.
***
Zapadł wieczór. Znowu siedzieli z panem Stanisławem na tarasie schroniska „Chata pod Skalanką”. Niebo było tak samo gwiaździste. Taka sama cisza i chłód. Tym razem jednak popijali „czerwiene klasztowne wino”, które kupili w sklepie w Żylinie i zagryzali je „korbaczikami”, słowacką zakąską do lekkich alkoholi – plecionkami utworzonymi z drobnych nitek owczego sera.
– Zaskoczyła nas Słowacja – powiedziała Jadwiga – i zachwyciła.
– Oreł zawżdy chrani swoje gniezdo – wyrecytował Wawrzyniec.
– Pod koniec XX wieku – zaczął opowiadać pan Zadora – Słowacja, tak jak pozostałe kraje, które odrzuciły komunizm rozpoczęła proces tzw. prywatyzacji. Jednak w tym kraju przebiegał on bardzo wolno i budził wiele protestów. Znaleźli się też politycy, którzy przeciwko niemu wystąpili. Zachodnie koncerny przejęły więc tylko nieznaczną część słowackiego majątku narodowego. Gdy Polska, Czechy i Węgry wstąpiły w początkach XXI wieku do Unii Europejskiej i pojawiły się w tych krajach poważne zaburzenia społeczne, wzrost bezrobocia, upadek rodzimych przedsiębiorstw i tzw. nowe wynarodowienie, Słowacja wycofała się z integracji z Unią i rozpoczęła realizację własnego programu narodowego rozwoju.
Zadora łyknął czerwonego wina, zagryzł korbaczikiem i opowiadał dalej:
– Mass media Unii szybko urobiły Słowacji opinię państwa faszystowskiego, określając też naród słowacki jako „bandę nacjonalistów, ksenofobów i antysemitów”. Za tym poszła zwiększająca się coraz bardziej gospodarcza i naukowo – techniczna blokada Słowacji przez Unię Europejską. Blokada ta spowodowała poważny kryzys gospodarczy w tym kraju. Jednocześnie pojawiły się tam nowe siły polityczne, wyraźnie sterowane i finansowane przez Unię Europejską, które głosiły, że Słowacja musi wstąpić do Unii, bo inaczej nie przetrwa gospodarczo. Słowacy jednak zareagowali na blokadę niechęcią wobec Unii i zintegrowali się wokół rządzących partii politycznych. Praktycznie cały naród słowacki zaangażował się w budowę nowej, suwerennej Słowacji, co po kilkunastu już latach przyniosło zadziwiająco pozytywne rezultaty.
– Nie wiedziełem o tym – Wawrzyniec był zaskoczony.
– Słowacja gospodarczo wyprzedziła Czechy i Węgry – mówił zadora – a nawet Polskę, zyskała gospodarczą autonomię, umocniła swoją tożsamość narodową. Unia Europejska starając się nie dopuścić do swojej propagandowej porażki wpompowała w gospodarki należących do niej krajów Europy Wschodniej i Środkowo-Wschodniej, miliardy ECU, co spowodowało, że stopa życiowa w tych krajach stała się o wiele wyższa niż w Słowacji. Kilkakrotnie też próbowano dokonać przewrotu w Słowacji wzniecając w sztuczny sposób różne kryzysy, niepokoje i zaburzenia. Z tych wszystkich prób wyszła ona jednak zwycięsko, umacniając jeszcze swą tożsamość.
– Czego innego uczono nas w szkołach – stwierdziła Jadwiga.
– Z tego, co pan mówi wynika, że swój poziom życia w znacznej mierze zawdzięczamy Słowakom – powiedział Wawrzyniec.
– Czy pani nie zorientowała się jeszcze, że Unia karmi się i nas kłamstwem – uśmiechnął się gorzko Zadora – Oczywiście, wyciągnął pan właściwe wnioski z tego co mówiłem. Gdyby nie Słowacja nasz poziom życia byłby o wiele niższy. Nasza sytuacja przypomina łudząco sytuację NRD w XX wieku, komunistycznego państwa niemieckiego, które ze względu na istnienie RFN kapitalistycznego państwa niemieckiego, było traktowano jako wizytówka bloku wschodniego i dofinansowywane ponad wszelką miarę przez ZSRR.
– Gdyby więc Słowacja nie zachowywała się w ten sposób nie byłoby u nas takiego dobrobytu – upewniała się Jadwiga.
– A czy teraz na terenach byłej Polski jest dobrobyt? Co byłoby z polskim społeczeństwem, gdyby większość młodych nie pielęgnowała zachodnich staruszków? – pan Stanisław zadał pytanie, na które w sposób wyraźny nie oczekiwał odpowiedzi.
Długo jeszcze gwarzyli przy czerwonym słowackim winie przeżywając nową, tym razem swego rodzaju, narodową metanoję. I teraz tym dopiero świt zmusił ich do zakończenia tych nocnych rozmów Polaków. Przed snem poszli jeszcze na mały spacer wzdłuż zbocza Skalanki, zanurzając się w chmurach i ciszy, i kontemplując gasnące powoli gwiazdy.
***
Było koło dwudziestej trzeciej. Rodzina Wawrzyńca i pan Zadora siedzieli przy kominku w jadalni i rozmawiali popijając drobymi łyczkami Demianowkę, sporządzoną według starej słowackiej receptury nalewkę na kilkudziesięciu ziołach.
Nagle drzwi na dwór otworzyły się z trzaskiem i do środka wpadła starsza, przerażona, zapłakana kobieta na kulach z nogą w gipsie.
– Ratujcie mnie, schowajcie mnie! – krzyknęła.
– Co się stało, pani Wiśniewska? – zapytał spokojnie Zadora.
– Chcą mnie zamordować. Ratujcie mnie. Schowajcie mnie – kobieta szlochając, kuśtykała w stronę wejścia do piwnicy.
– Kto chce panią zamordować? – Zadora wstał i podszedł do kobiety, kładąc jej uspokajająco rękę na ramieniu.
– Szybko, szybko schowajcie mnie. Panie Zadora, błagam. Później wszystko opowiem. A wy mnie nie wydajcie, bo Pan Bóg was skarze – zwróciła się do osłupiałej rodziny Wawrzyńca.
– Niech się pani nie boi, nie wydamy pani – powiedziała Jadwiga.
Zadora zaprowadził kobiete na górę. Gdy tylko wrócił, drzwi na dwór otworzyły się i do środka wpadło dwóch młodych mężczyzn.
– Czy nie było tu naszej matki? – krzyknął jeden z nich dysząc ciężko.
– Nie, ale widziałem, jak kuśtykała czerwonym szlakiem w stronę Zwardonia – stwierdził Zadora.
– Chce uciec na Słowację! – krzyknął mężczyzna – Szybko, Franek.
Zadora zamknął za nimi drzwi. Przekręcił w nich klucz. Przyprowadził kobietę. Posadził ją za stołem. Jadwiga zrobiła jej gorącej herbaty z cytryną.
– Jest pani już bezpieczna, poszli. Niech się pani uspokoi i opowiada – powiedział Zadora.
Kobieta przypadła do ręki Jadwigi i pocałowała ją.
– Niech was Bóg błogosławi – wyszlochała – Co ja teraz zrobię? Co będzie dalej? Nie dziś, to jutro mnie zabiją.
– Nikt pani nie zabije. Zostanie pani tu tak długo, jak będzie chciała. Może mi pani pomóc w prowadzeniu schroniska. Już dawno powinienem za kimś się rozejrzeć. Często wyjeżdżam do Milówki czy Żywca i wtedy schronisko stoi puste – uśmiechnął się Zadora.
– Bogu dzięki, Bogu dzięki – kobieta usiłowała upaść do nóg Zadory – Pan Bóg to panu wynagrodzi.
Zadora z powrotem posadził ją za stołem.
– No, niech pani wreszcie opowiada. Dlaczego pani synowie chcieliby panią zabić?
– Abo to proszę pana ostatnie dwa lata już marudzili, że ze mnie darmozjad. A wczoraj, gdy myłam po obiedzie naczynia pośliznęłam się wylewając wodę przed domem i nie mogłam się podnieść. Zawieźli mnie do lekarza. Zrobił zdjęcie nogi i założył mi gips, i powiedział, że za stara jestem, że noga mi się już dobrze nie zrośnie, że już będę taka kaleka na zawsze. A później powiedział, żebym usiadła na korytarzu, bo on ma do pomówienia z synami. Chciałam wiedzieć, co też on ma im do powiedzenia i cicho przykuśtykałam pod drzwi i zaczęłam podsłuchiwać, a on im powiedział, że lepiej mnie uśpić, bo już żadnego nie będzie ze mnie pożytku, tylko że za dwa dni, bo musi załatwić papiery, pozwolenie znaczy się. Synowie się ucieszyli i zgodzili. No, to i dzisiaj uciekłam, jak poszli na piwo.
– To łobuzy, bandyci – Zadora był oburzony – Pani Wiśniewska sama swoich synów wychowała – zwrócił się do Wawrzyńca i Jadwigi – Ciężkie miała życie. Wszystkiego sobie odmawiała, żeby tylko oni mieli, co zjeść i nie odróżniali się od innych chłopców.
– Ale jak to – wyjąkała Jadwiga – od kiedy to można zabić w majestacie prawa swoją starą matkę. Przecież nawet pojęcie tzw. szerokiej eutanazji czegoś takiego nie obejmuje.
– A, to widzę, że pani nie jest na bieżąco. Miesiąc temu – stwierdził Zadora – wyszło nowe prawo zezwalające na usypianie starych ludzi, którzy ukończyli już osiemdziesiąty rok życia i ulegli jakiemuś wypadkowi czy zachorowali na jakąś chorobę nieuleczalną. Chodzi o to, by ludzie starzy nie byli ciężarem dla swoich bliskich albo państwa. Jak mają swoje pieniądze wystarczające na pokrycie utrzymania i opieki, to mogą żyć, ale tacy i tak uciekają z Europy, bo się boją, że ukatrupi ich jakiś gorliwy zwolennik eutanazji. Pani Wiśniewska całe życie pracowała na gospodarstwie. Nie oddała go Unii, nie przepisała na synów, to i nawet renty nie ma.
– Nie przepisałam ziemi na synów, bo by zaraz ją sprzedali i mnie z chałupy wyrzucili. Znam ja ich, huncwotów – powiedziała kobieta.
– I co teraz będzie? – spytał Wawrzyniec.
– Pani Wiśniewska może tu mieszkać, ile chce – wyjaśnił Zadora – Musimy tylko uważać, żeby synowie jej nie uprowadzili. Jak chce być pani bezpieczna – zwrócił się do kobiety – to musi pani synów sądownie wydziedziczyć, wyrzec się ich i wtedy nie będą mieli do pani prawa. Mogę pani w tym pomóc.
– A wyrzeknę się tych huncwotów, wyrzeknę się – zakrzyknęła kobieta – A panu, panie Zadora, będę służyć jak niewolnik.
– Nie, pani Wiśniewska – uśmiechnął się Zadora – Moja matka dawno umarła. Teraz panią będę traktował jak ją. Starszym ludziom należy się szacunek i poważanie.
– Niech panu Bóg błogosławi, panie Zadora – kobieta zapłakała – dobry z pana człowiek.
– Przygotuję pani pokój i łóżko pościelę – powiedział Zadora – Na pewno pani zmęczona. To będzie już pani pokój, ta trójka na pierwszym piętrze.
Zadora pomógł kobiecie wejść po schodach. Wrócił za jakieś pół godziny.
– Zasnęła babuleńka – wyszeptał, jakby bał się ją obudzić głośniejszym słowem – Jak zasypiała, to płakała, a jak już zasnęła, to zaczęła się uśmiechać, tak ciepło i słodko, jak to potrafią tylko ludzie w tym wieku.
Próbowali wrócić do przerwanej przez wtargnięcie kobiety rozmowy, ale ta jakoś się nie kleiła. Wciąż stała im przed oczami przerażona twarz starej kobiety i zacięte twarze jej synów, którzy chcieli zaciągnąć ją do szpitala, żeby ją „uśpić”.
***
Gdy zasiedli na tarasie, by rozkoszować się poranną kawą, było już około jedenastej. Słońce choć zamglone grzało tak, że szybko pozbyli się większości ubrań wystawiając na jego promienie nogi i ramiona. Pijąc kawę patrzyli na ścieżkę czerwonego szlaku, która przecina zbocze około stu metrów nad schroniskiem. Na ścieżce tej pojawiali się od czasu do czasu samotni turyści lub pary trzymające się za ręce. Wszyscy zmierzali ze Zwardonia w kierunku Wielkiej Raczy, największego i najpiękniejszego szczytu w okolicy.
W pewnym momencie z lasu, w którym znikali, wyłonił się człowiek ubrany na czarno. Gdy zbliżył się zobaczyli ze zdziwieniem, że jest to ksiądz w sutannie. Niósł duży plecak i widać było, że jest już bardzo zmęczony. Wchodząc na taras uśmiechnął się i powiedział:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica.
– Na wieki wieków, amen – odpowiedzieli chórem.
– Niech ksiądz siada – Zadora wskazał mu krzesło – napije się ksiądz kawy?
– Chętnie – odpowiedział i znowu się uśmiechnął.
Ksiądz był szczupłym, przystojnym blondynem o pociągłej twarzy i gładko wygolonych policzkach. Miał na oko trochę ponad trzydzieści lat.
– Skąd ksiądz idzie i dokąd? – zainteresowała się Jadwiga.
– Idę dziś z Wielkiej Raczy. Wczoraj przyjechałem w góry. A dokąd? Sam jeszcze nie wiem. Po prostu chcę się trochę powłóczyć po górach.
– Według prognozy pogody przez kilka najbliższych dni ma być chłodno, ulewne deszcze, burze. Niech ksiądz pobędzie z nami w tym czasie – zaproponował Zadora.
– No, nie wiem – ksiądz wyraźnie się wahał – Planowałem cały czas wędrować.
Rozmowa przy kawie początkowo dotycząca pogody i piękna okolicy powoli zaczęła schodzić na bardziej poważne i ciekawe tory. Stało się to za sprawą Jadwigi.
– Byliśmy, proszę księdza, na Słowacji – powiedziała w pewnym momencie – Nie wiedziałam, że to tak bardzo katolicki kraj.
– No cóż, Kościół na Słowacji potrafił uchronić się przed nowym modernizmem. Nie ugiął się pod presją czasów, uszanował tradycję, pozostał konsekwentnie Chrystusowy – ksiądz wyraźnie się ożywił.
– To znaczy, że Kościół polski popełnił jakiś błąd – Wawrzyniec raczej stwierdził niż się zapytał.
– Jaki polski Kościół? – ksiądz zareagował ostro na jego wypowiedź – Polskiego Kościoła nie ma już od ponad 50 lat. O jakim Kościele pan mówi? O mazowieckim, małopolskim, wielkopolskim, a może o Kościele Pomeranii lub euroregionu warmińsko-mazurskiego?
– Państwo są z Mazowsza – odezwał się Zadora.
– No tak – ksiądz pokiwał głową – Pan, tak naprawdę zna tylko Kościół mazowiecki.
– To prawda – Wawrzyniec przyznał mu rację po chwili zastanowienia.
– Kościół mazowiecki jest, w zasadzie, typowy dla tego regionu Europy – stwierdził ksiądz – Nowoczesny, postępowy, działający ściśle w ramach tzw. politycznej poprawności.
– Ale przecież na Zachodzie nazywają go tradycyjnym – zdziwiła się Jadwiga – a na Mazowszu mówi się, zresztą z przekąsem, że to Kościół zachodni jest nowoczesny i postępowy.
– Ja też mówię z przekąsem – ksiądz się uśmiechnął – Kościół na Zachodzie to, w sensie doktrynalnym, mieszanina protestantyzmu i New Age, a w perspektywie codziennej praktyki, także pomieszanie z poplątaniem, trochę pogaństwa, dużo materialistycznego liberalizmu i szczypta Ewangelii, a przede wszystkim pragmatyzm i chęć przypodobania się wielkim, jak zresztą i małym, tego świata – w konsekwencji ni pies ni wydra. Kościół na Mazowszu czy w Małopolsce, to, oczywiście, w porównaniu z Kościołem zachodnim, Kościół tradycyjny, ale jeżeli przyjmie się jakiś obiektywny punkt odniesienia…
– Kościół mazowiecki jest Kościołem, który realizuje model zachodni, tyle że jest nieco w tyle za Kościołem zachodnim – przerwał księdzu i dopowiedział za niego Zadora.
– Tak. To Kościół, który stacza się i to coraz szybciej po jakiejś równi pochyłej wprost w objęcia Różokrzyżowców, których coraz więcej ludzi już zresztą nie tylko na Zachodzie, uważa za prawdziwych katolików – stwierdził ksiądz.
– Różokrzyżowcy, to jakaś odmiana masonów – Wawrzyniec znowu raczej stwierdził niż zapytał.
– W zasadzie, z pewnymi zastrzeżeniami, można tak powiedzieć. To tzw. chrześcijańska kabała, ruch nie tylko religijny, który w XVII i XVIII wieku próbował dokonać tzw. trzeciej reformacji, doprowadzić do tego, by ludzie wierzący traktowali chrześcijaństwo tylko jako jeden z niższych etapów na drodze uduchowienia, którego uwieńczeniem miało być odkrycie w sobie samym Boga i samoubóstwienie. Różokrzyżowcy chcieli z chrześcijaństwa uczynić fragment konsekwentnego pogaństwa, które od satanizmu różni się tak naprawdę tylko językiem. Wtedy im się to nie udało. Dziś święcą swoje triumfy na Zachodzie i odnoszą wielkie sukcesy w Europie Środkowej.
– A czy w Kościele na Mazowszu dużo jest Różokrzyżowców? – Jadwiga była przerażona.
– Jest ich coraz więcej – ksiądz posmutniał – choć Kościół mazowiecki jest na pewno w lepszej sytuacji niż choćby Kościół w Pomeranii czy Wielkopolsce. Różokrzyżowcy wnikają do Kościoła już nie tylko w Warszawie, Siedlcach czy Płocku, ale również w małych miasteczkach, a nawet na wsi. Najczęściej tworzą w parafiach wspólnoty odnowy religijnej. Mówią dużo o Duchu Świętym i Miłosierdziu Bożym. Duch Święty jest im potrzebny, by pominąć Urząd Nauczycielski Kościoła, a potem również samego Chrystusa i sprowadzić życie religijne do osobistego, przebiegającego poza Kościołem i Chrystusem kontaktu z Bogiem Ojcem, którego w pewnym momencie przedstawiają jako jednego z niższych bogów, bogów, których człowiek ma, w pewnym momencie, przewyższyć. Miłosierdzie to dla nich klucz do przekreślenia piekła, kary za grzechy i unicestwienia sumienia. Jeżeli Bóg jest nieskończenie miłosierny, mówią Różokrzyżowcy, to wybaczy każdemu i każdego weźmie do nieba. W takim razie, dodają w pewnym momencie, czy warto nam ograniczać się chrześcijańskimi normami. Najlepiej wielbić Boga i korzystać z życia ile wlezie.
– W naszej parafii w Pomiechówku jest taka wspólnota, ale nie słyszałem, aby posunęli się tak daleko – powiedziała Jadwiga.
– W Zwardoniu też jest – stwierdził Zadora.
– Oni są bardzo ostrożni – wyjaśnił ksiądz – tezy, które już nie są katolickie głoszą tylko tym, których uznali za przygotowanych do wtajemniczenia. Mówią im, że to chrześcijaństwo ezoteryczne, dla wybranych.
– A co na to księża i biskupi? – spytał Wawrzyniec.
– Wielu księży – stwierdził ksiądz – to Różokrzyżowcy, którzy skończyli seminaria duchowe, by przeniknąć do Kościoła. Inni zauroczyli się tą nauką już jako duszpasterze. Według mnie jakieś 30 procent kapłanów na Mazowszu jest w taki czy inny sposób powiązanych ze wspólnotą Różokrzyżowców. A biskupi? Jedni tego nie zauważają, inni nie chcą zauważyć. Niektórzy, na szczęście jeszcze w Europie Środkowej nieliczni, cicho im sprzyjają.
– To straszne – Jadwiga załamała ręce.
– Dwunasta – powiedział ksiądz – odmówmy Anioł Pański.
Wstaliśmy. Gdzieś w połowie modlitwy zauważyłem kątem oka grupę znieruchomiałych ze zdumienia turystów. Stali i patrzyli na nas jakby zobaczyli ducha.
Po południu ochłodziło się, zachmurzyło i zaczęło padać. Około piętnastej lało już jak z cebra. Ksiądz postanowił zostać w schronisku kilka dni. Na jego decyzję wpłynęła chyba nie tylko pogoda. Turyści, którzy wkroczyli do schroniska podczas odmawiania przez nas modlitwy zdecydowali, ze względu na pogodę, że tutaj zanocują. Schronisko nagle zapełniło się, zaczęło rozbrzmiewać gwarem i śmiechem. Pod wieczór pan Zadora rozpalił ogień na kominku. Wszyscy ściągnęli do niego jak ćmy. Jeden z turystów wyciągnął gitarę i grając na niej zaśpiewał jakąś starą piosenkę o górskich szlakach i ich romantyce. Gdy skończył ksiądz wziął od niego gitarę i zaczął śpiewać:
W górach, gdzie chmury ziemi dotykają
Bóg jest tak blisko, że dotyka ciebie.
W górach, gdzie wiatry pieśń Bogu śpiewają,
Trudno zapomnieć o piekle i niebie.
Ludzie, co dzisiaj Boga zapomnieli
I wieży Babel stawiają znów mury
Ludzie, co sami bogami być chcieli
Niech przyjdą w góry, niech przyjdą w góry.
Jeden z turystów, zwalisty brodacz wstał i powiedział bardzo głośno przerywając księdzu śpiew:
– Nie. To już nie do wytrzymania. Nawet tutaj wysoko w górach czarni nie dają nam spokoju z tymi swoimi chrześcijańskimi bzdurami. Chodźmy na górę. Napijemy się piwa w swoim, dobrym towarzystwie – słowo „dobrym” wyraźnie zaakcentował.
– A szatany, bezbożniki. Co za czasy Sodoma i Gomora – z kuchi rezonowała pani Wiśniewska.
– No tak – brodacz skrzwił się i chciał coś jeszcze powiedzieć ale się rozmyślił i ruszył w kierunku schodów.
Większość turystów wstała i udała się za nim. Zostało tylko młode, trzymające się za ręce, małżeństwo. Po chwili ciszy kobieta powiedziała do męża:
– Heniek, jakie ty masz towarzystwo. Gdybym wiedziała, nigdy nie zgodziłabym się spędzać z nimi wakacji.
– Nie wiedziałem – powiedział mężczyzna bezradnie – Nie wiedziałem, że są tacy. W pracy nigdy nie rozmawiamy o tych sprawach.
– Co z ciebie za katolik, jeżeli nie dajesz świadectwa swojej wierze? – oburzyła się kobieta.
– Jakoś nie było okazji – powiedział potulnie mężczyzna i wbił wzrok w podłogę.
– Przepraszam księdza i państwa – kobieta zwróciła się do nas – za tych naszych znajomych. Nie przyznaję się od dziś do nich. Chyba nie będziemy dalej z nimi szli – spojrzała na męża.
– Dobrze, kochanie, ale co im powiemy – mężczyzna był wyraźnie przestraszony.
– Powiedz im, że jako katolik nie zadajesz się z wrogami Kościoła – kobieta była wyraźnie wściekła.
– Może lepiej powiem im, że źle się poczułaś i musimy tu zostać – mężczyzna był już wyraźnie w panice – Wiesz, nie chcę, żeby stosunki w pracy źle się układały. Poza tym to może zaszkodzić mojej karierze zawodowej.
– To, co jest dla ciebie ważniejsze. Chrystus czy kariera zawodowa – wściekłość kobiety dosięgała już chyba szczytu – Albo inaczej postawię to pytanie. Powiedz mi jasno i wyraźnie. Co jest dla ciebie ważniejsze ja czy twoja kariera zawodowa?
– Kochanie, nie stawiaj tak sprawy. Wiesz, że jesteś moim słoneczkiem – mężczyzna wyraźnie robił unik.
– Pytam cię jeszcze raz. Powiedz wyraźnie. Co jest dla ciebie ważniejsze ja czy twoi koledzy, ja czy twoja kariera? – kobieta stawiała męża pod murem.
– Oczywiście, że ty, kochanie. I nie rób ze mnie szmaty. Jestem katolikiem i wiem, co to znaczy. Nie chcę sprzedawać Chrystusa jak Judasz – teraz mężczyzna się wściekł – To wszystko było dla ciebie. Chciałem ci stworzyć jak najlepsze warunki. Chciałem, żebyśmy mieli ładny dom z basenem, żebyśmy jeździli do Włoch na wakacje, żeby nasze dzieci chodziły do najlepszych szkół. Chciałem, żebyś była szczęśliwa. Wiesz, ja wiem, tak naprawdę, że to poganie, ale ci o tym nie mówiłem, bo po co. Wiem, że jakbym zaczął mówić im, że jestem katolikiem, mówić im o Chrystusie, to Jacek wywaliłby mnie z pracy. Z drugiej jednak strony nikt mnie nie zmuszał, żebym pluł na Kościół i nikt przy mnie na Kościół nie pluł. Co ja mam zrobić? No, co mam zrobić?
Małżeństwo rozmawiało ze sobą tak, jakby nas przy tym nie było. Kobiecie przeszła nagle cała wściekłość. Uśmiechnęła się do męża czule. Wzięła go znowu za rękę. Powiedziała spokojnie, z uśmiechem:
– Heniek. To wszystko nieważne. Rzuć w diabły tę pracę. Nie musisz robić kariery. Nie musimy być bogaci. Nie musimy mieć domu z basenem. Załóż jakiś mały interes. Możemy biedować. Byleś był taki jak przed ślubem. Żebyśmy tylko się kochali. Mieli dzieci. Wychowali je na dobrych Polaków i katolików.
– Naprawdę? – mężczyzna miał wyraźnie w oczach łzy – Wiesz, myślałem, że to tobie zależy na tym wszystkim, że oczekujesz ode mnie, iż stworzę ci dobre warunki materialne. To naprawdę wszystko było tylko dla ciebie. Chcesz, to pójdę na górę i splunę im w twarz, a Jackowi dam w mordę.
– Głuptasie – kobieta przytuliła się do niego – Nie musisz nikomu zaraz pluć w twarz ani nikomu dawać w mordę. Ale po powrocie z urlopu złożysz wymówienie? – spytała z niepokojem.
– Oczywiście – mężczyzna przygarnął ją do siebie – Już dawno Zdzisiek proponował mi spółkę, żebyśmy założyli małą hurtownię pod Warszawą. Zaraz do niego zadzwonię. Jest tu telefon? – zwrócił się do Zadory.
Dopiero teraz oboje przypomnieli sobie o naszej obecności.
– Przepraszam państwa za to przedstawienie – kobieta zaczerwieniła się i była wyraźnie zawstydzona.
– Nic nie szkodzi – powiedział z uśmiechem Zadora.
– Mogę się tylko cieszyć – ksiądz wstał i uśmiechając się dodał – i pobłogosławić was na nowej drodze życia.
Kobieta również wstała:
– Dziękuję, księdzu. Dziękujemy, księdzu – poprawiła się.
– Tak, tak, dziękujemy – mężczyzna także się podniósł.
– I niech naprawdę ksiądz nas pobłogosławi – kobieta uklękła i pociągnęła za sobą męża.
Ksiądz podszedł do małżeństwa, położył im dłonie na głowach i odmówił cicho krótką modlitwę. Później ich pobłogosławił. Gdy wstali powiedział:
– Odmówmy jeszcze modlitwę za nas wszystkich tutaj zgromadzonych, by dobry Bóg pomógł nam pozostać na zawsze gorliwymi katolikami.
Po modlitwie wszyscy usiedli przy kominku. Wpatrzeni w ogień milczeli. Jadwiga odezwała się pierwsza opowiadając o tym, co wydarzyło się w ich życiu od początku roku. Gdy skończyła głos zabrała kobieta:
– Widzisz Heniek. Możemy zrobić to samo. Jak sprzedamy mieszkanie w Warszawie, możemy kupić dom z ogródkiem, a może z basenem – uśmiechnęła się – pod Warszawą i starczy ci jeszcze na założenie i uruchomienie hurtowni.
– To jest pomysł – mężczyzna wyraźnie ożywił się.
– Wiemy, jak pan ma na imię, ale nie znamy pani imienia – ksiądz wstał – Ja nazywam się Adam Rybak i jestem wikarym w parafii Świętej Rodziny w Tłuszczu.
– To jest moja żona Jadwiga, ja jestem Wawrzyniec, a to są nasi synowie – Wawrzyniec dopiero teraz zauważył chłopaków siedzących w kącie jak trusie.
– Nazywam się Joanna, z domu Potocka, a po mężu – tu wskazała na swojego męża – Kowalska.
– Może będziemy sobie mówić po imieniu – zaproponowała Jadwiga – oczywiście wyłączając z tego księdza.
– A co, ja jestem gorszy? – zażartował ksiądz.
– Uczono mnie zawsze, że kapłanom należy się szacunek i nie należy ich tykać – odpowiedziała Jadwiga.
– Racja – stwierdziła Joanna.
– No, dobrze, jak chcecie – ksiądz też spoważniał – chyba macie rację.
– Czy ksiądz spotyka się często z takimi reakcjami jak ta mojego szefa, tego brodacza? – zapytał Henryk.
– Różnie bywa – ksiądz wyraźnie nie chciał podejmować tego tematu.
– Niewielu księży chodzi dziś chyba w sutannach i modli się publicznie poza kościelnymi budynkami. Ja przynajmniej takiego nie spotkałam – zauważyła Joanna.
– Ksiądz Adam w ogóle jest nietypowy. Opowiadał nam różne szokujące rzeczy o Kościele mazowieckim – stwierdził Wawrzyniec.
– Skąd się ksiądz taki wziął? – zapytała Jadwiga.
– Rodzice, przede wszystkim matka – ksiądz wstał, dorzucił kilka polan do ognia na kominku i kontynuował – Matka nauczyła mnie całej katolickiej i polskiej tradycji, wpoiła mi miłość do niej. Już jak miałem dwanaście lat mówiła mi o św. Tomaszu z Akwinu, św. Franciszku Salezym, św. Janie od Krzyża, św. Katarzynie ze Sienny i pozostałych Doktorach Kościoła. Pod koniec podstawówki zacząłem czytać ich dzieła. Później matka podtykała mi książki ultramontanów, o. Jacka Woronieckiego, ks. Żychlińskiego, Kosteckiego, Sopoćki.
– A kim byli ci ultramontanie? – zainteresował się Zadora.
– A to długa historia, na cały wieczór. Może kiedyś wam ją opowiem – ksiądz jakby oklapł. Był już wyraźnie zmęczony.
– Myślę, że już czas spać – powiedział Wawrzyniec.
– A ja proponuję jeszcze krótki spacer przed snem. Już nie pada – Zadora stał w otwartych drzwiach schroniska.
Po namyśle wszyscy się zgodzili. Weszli w mrok nocy i zaczęli podchodzić łąką w kierunku szczytu Skalanki. Było cicho. Słychać było tylko pohukiwanie sowy. Chmury gdzieś zniknęły. Wiatr ustał. Gwiazdy przeglądały się w kałużach, których dużo potworzyło się w płaskich miejscach. Noc otaczała ich ze wszystkich stron. Jednak delikatna poświata księżyca, któremu daleko było do pełni wyłaniała z ciemności zarysy gór po słowackiej stronie. Zatrzymali się pod szczytem. Nikt się nie odzywał. Nawet dzieciaki były cicho. Stali tak kilka minut wpatrując się w nocny krajobraz, wsłuchując się w ciszę. Milczenie przerwał wreszcie ksiądz. Zaczął cicho, z namaszczeniem recytować:
Powstałem nagi z mego snu.
Biegłem nie mogąc złapać tchu.
W księżycu przez manowiec.
Lodowiec cicho spływał ze skał.
I fioletowy Giewont spał.
I srebrne stada owiec.
Daleko dzwonią z gotyckich wież.
Dokąd tak biegniesz, czego chcesz?
Chrystusa widzieć w chwale.

Znowu zapanowało milczenie. Tym razem przerwał je Zadora:
– Wierzę, że dożyjemy chwili, w której Polska zmartwychwstanie, a Polacy będą znowu głosić chwałę Chrystusa.
– Ja też – powiedziała Joanna.
To „ja też” powtórzyli wszyscy, nawet chłopcy.
Gdy znowu nastała cisza, od nieboskłonu oderwała się samotna gwiazda i kreśląc świetlistą linię na niebie zniknęła gdzieś za górami.
– Nasze życzenie zostanie wypełnione – powiedział ksiądz i przeżegnał się.
Zaczęli schodzić w dół pełni radości i nadziei, a noc otulała ich swoim płaszczem.

Rozdział VI

Dotyk Boga
Rodzina Wawrzyńca stała przed Watykanem. Lipcowe słońce grzało niemiłosiernie. Niebo prawdziwie po włosku błękitne i bez jednej chmurki nosiło jednak na sobie ślady miejskiego smogu.
– Jeszcze tydzień temu, gdyby ktoś mi powiedział, że będziemy dziś stali na placu św. Piotra to roześmiałabym mu się w nos – powiedziała Jadwiga. – Jednak jesteśmy wariaci.
– To nie my jesteśmy wariaci tylko ksiądz Adam i pan Zadora – uśmiechnął się Wawrzyniec – Gdyby ksiądz Adam nie opowiedział nam o Monte Saint Angelo i nie stwierdził, że musimy odwiedzić to miejsce i to natychmiast, a Zadora nie poparł go i nie powiedział, że to byłby grzech, gdybyśmy nie pojechali, to nigdy byśmy się tu nie znaleźli.
– Kocham księdza Adama i pana Zadorę. Jak tu pięknie – Bazyli oczarowany rozglądał się dookoła.
– Ja też kocham księdza Adama i pana Zadorę – westchnął Franciszek.
– Papież Jan Paweł X jest już jednak bardzo stary i słaby. Pod koniec audiencji generalnej głos mu drżał i ledwo podniósł się z miejsca, gdy się skończyła – zauważyła Jadwiga.
– Już dwadzieścia lat jest papieżem. A nie był wcale taki młody podczas konklawe. Już dawno skończył osiemdziesiąt lat – stwierdził Wawrzyniec – A poza tym tobie też drżałby głos, jakbyś usłyszała okrzyki „Śmierć papieżowi. Niech żyje szatan”.
– To nie pierwszy raz. Poganie nienawidzą papieża, choć on przecież robi wszystko, by go nie atakowali. Tonuje wypowiedzi. Wciąż apeluje o to, by katolicy ich nie drażnili. No, chodźmy. Połazimy jeszcze po Rzymie. Pojutrze przecież trzeba nam jechać dalej.
– Rzym się w ogóle nie zmienia. To naprawdę wieczne miasto. Jest taki sam jak w albumach pradziadka – powiedział Wawrzyniec, gdy znaleźli się na Trastevere – To Kościół, który kiedyś był Kościołem prymasa Polski – wskazał na okazałą świątynię – Chodźmy, zwiedzimy go.
Gdy wyszli z Kościoła, chłopcy pobiegli po lody do jednego z pobliskich sklepików. Jadwiga i Wawrzyniec czekając na nich zobaczyli, że jakiś kruczowłosy, przystojny czterdziestolatek rozstawia na chodniku duże tablice pokryte czerwonymi napisami. Za chwilę wyjął z torby kanister i zaczął jego zawartość wylewać na siebie. W powietrzu rozszedł się ostry zapach benzyny. Wawrzyniec zaczął biec w jego stronę. W ręku mężczyzny błysnęła zapalniczka. Stanął w płomieniach. Wybiegł na ulicę, którą właśnie dosyć szybko jechał samochód dostawczy. Zderzak samochodu uderzył mężczyznę, który przewrócił się i wpadł pod jego koła. Jedno z nich przejechało po jego klatce piersiowej. Słychać było trzask łamanych kości. Kierowca zatrzymał samochód. Zgasił gaśnicą płonące ciało. Obejrzał zderzak. Znalazł na nim wgniecenie. Kopnął z wściekłością dymiące jeszcze zwłoki. Wsiadł do samochodu i odjechał. Ludzie siedzący na ławkach przed Kościołem obserwujący beznamiętnie tę scenę wrócili do rozmów i lektury gazet. Jadwiga i Wawrzyniec podeszli do tablic pozostawionych przez mężczyznę.
– Co tu jest napisane? – zapytała wzburzona Jadwiga.
– „Unia Europejska to piekło. Rządzi nią szatan” – przetłumaczył Wawrzyniec.
Nadbiegli chłopcy z lodami. Patrzyli przerażeni na zwłoki, które jeden ze sklepikarzy przykrywał właśnie kartonowymi pudłami. Sklepikarz uśmiechnął się do nich i o coś zagadał po włosku.
– Co on mówi? – zapytał Bazyli.
– Mówi, że ten widok może mu odstraszyć co wrażliwszych klientów.
– A co się tu stało? – Bazyli był wstrząśnięty.
– Był wypadek – stwierdziła sucho Jadwiga – Chodźmy stąd.
– To jest fontanna Di Trevi – Jadwiga zwróciła się do chłopców – legenda mówi, że ten, kto wrzuci do niej pieniążek wróci tutaj ponownie.
– Daj mamo pieniążek, daj, mamo, mamo – chłopcy zaczęli się przekrzykiwać.
– A to jest Piazza Venezia – jeden z najpiękniejszych ponoć placów świata – Jadwiga patrzyła zachwycona na plac.
Nagle, gdzieś z bocznej uliczki, wypadła grupa wyrostków w czarnych spodniach i kurtkach. Wszyscy mieli włosy ufarbowane na zielono. Podbiegli do jakiegoś młodego małżeństwa z dziecięcym wózkiem. Przewrócili mężczynę i zaczęli go kopać w głowę i brzuch. Jeden z nich uderzył w twarz młodą kobietę. Drugi złapał za rączki wózka i zaczął nim gwałtownie potrząsać. Kobieta zaczęła krzyczeć. Ludzie zatrzymali się i patrzyli. Nikt nie interweniował. Wawrzyniec ruszył w ich kierunku, by pomóc napadniętym, gdy jak spod ziemi wyrosło dwóch włoskich policjantów. Zaczęli pałować wyrostków. Ci, oprócz jednego, uciekli. Policjanci zatrzymali najbardziej agresywnego. W tym momencie z tłumu wyszedł starszy pan z siwa brodą. Zaczął krzyczeć, wyraźnie na policjantów. Wyciągnął z kieszeni jakąś legitymację, podsunął im pod oczy.
– Co się dzieje? – zapytała Jadwiga – Co on mówi?
Wawrzyniec, który kiedyś uczył się kilka lat włoskiego zaczął objaśniać:
– Ten z brodą mówi, że jest posłem do Parlamentu Europejskiego. Pokazał swoja poselską legitymację. Mówi, że nie wolno tak traktować młodzieży, że powinno się im tylko delikatnie zwrócić uwagę, że jak się będzie ich traktować brutalnie i ciągać po komisariatach, to odbije się to negatywnie na ich psychice i utrudni im rozwój, że to ich zestresuje. Domaga się, żeby puścili tego chłopaka.
– To już koniec świata – westchnęła Jadwiga – Chyba go nie wypuszczą.
Policjanci puścili chłopaka. Nawet go przeprosili. Stał chwilę uśmiechając się cynicznie i patrząc prosto w oczy kobiecie, którą przed chwilą uderzył w twarz. Później obrócił się w stronę starszego pana z brodą, który właśnie odchodził, podbiegł do niego i kopnął go w siedzenie. Napadnięci i niektórzy cudzoziemcy zaczęli klaskać. Policjanci stali nieruchomo i uśmiechali się złośliwie. Poseł do Parlamentu wielce zdziwiony odwrócił się trzymając ręką za bolące miejsce. Chłopak plunął mu w twarz i spokojnie odszedł.
– Sprawiedliwości stało się zadość – powiedziała z satysfakcją Jadwiga.
– To zaś – powiedział pół godziny później Wawrzyniec – są hiszpańskie schody, podobno najpiękniejsze schody świata.
Chłopcy wbiegli na samą górę. Wawrzyniec i Jadwiga poszli w ich ślady. Na schodach roiło się od młodzieży. Ktoś grał na gitarze i śpiewał. Jakiś człowiek w cyrkowych trykotach żonglował butelkami po piwie. Wyżej obszarpany brodacz kończył właśnie grać na saksofonie „Dom wschodzącego słońca”, przebój z połowy XX wieku.
– Kiedyś ludzie wiedzieli, co to jest piękno – powiedziała Jadwiga siadając u szczytu schodów i spoglądając w dół.
– To było dawno, bardzo dawno – Wawrzyniec pokiwał głową – już wiek XX zostawił po sobie wyłącznie żelbetonowe i szklane maszkary, których większość wyburzono w następnym wieku zastępując je jeszcze gorszymi potworkami.
– Dopiero we Włoszech można sobie do końca uświadomić, w jakich barbarzyńskich czasach żyjemy, jak barbarzyńska jest Europa już od ponad dwustu lat – Jadwiga wyraźnie posmutniała – zobaczcie chłopcy, to zbudowali ludzie, którzy żyli w kulturze i cywilizacji chrześcijańskiej.
Jeden z młodych ludzi wchodzący przed nimi na schody przewrócił się nagle. Spadł kilka schodów w dół i znieruchomiał. Wszyscy wokół zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Nikt w żaden sposób nie zareagował.
– Zróbmy coś – powiedziała Jadwiga – ten człowiek może być ciężko chory.
Wawrzyniec zobaczył na dole policjanta. Zszedł do niego. Zaczął coś mówić wskazując na leżącego. Policjant coś mu chwilę tłumaczył. Wreszcie sięgnął do paska po telefon i zaczął mówić do słuchawki.
– No i co? – zapytała się Jadwiga, gdy Wawrzyniec wrócił.
– Na początku nie chciał w ogóle nic zrobić – referował Wawrzyniec – ale gdy go przycisnąłem wezwał pogotowie. Na koniec powiedział coś dziwnego, że możemy żałować, iż pogotowie zostało wezwane.
Czekali. Już po pięciu minutach zjawiła się karetka. Wysiadł z niej lekarz i dwóch sanitariuszy. Lekarz zbadał puls leżącego, podniósł mu powieki, zaświecił małą latarką w oczy, przyłożył mu do serca słuchawkę. Powiedział coś do sanitariuszy. Jeden z nich przyniósł jakiś skomplikowany aparat z karetki. Lekarz podłączył go do rąk i nóg chorego. Chwilę patrzył na mały monitor, na którym ukazywały się jakieś kolorowe linie. Wyłączył aparat. Powiedział coś do sanitariusza. Ten z lekarskiej torby wyjął strzykawkę i ampułkę z jakimś płynem. Zrobił nieprzytomnemu zastrzyk. Jego ciałem wstrząsnęły gwałtowne drgawki. Po kilkunastu sekundach znieruchomiał. Sanitariusze włożyli ciało do czarnego, plastikowego worka. Zamknęli go na suwak błyskawiczny i zanieśli do samochodu.
Jadwiga była przerażona.
– Co się stało? Co oni mu zrobili? Zapytaj się tego lekarza – powiedziała do Wawrzyńca.
Wawrzyniec podszedł do lekarza. Chwilę z nim rozmawiał. Wrócił oburzony.
– On mówi, że to był bezdomny, który padł z wycieńczenia, że stwierdził, iż nerki i serce ma chore i długo nie pociągnie, a leczenie i pobyt w szpitalu byłoby kosztowne. Więc go uśpili. Mówi, że takie śmiecie nikomu nie są potrzebne, a jego skóra przyda się na przeszczepy.
– Wawrzyniec, to ja go zabiłam – Jadwiga miała łzy w oczach – ale skąd mogłam wiedzieć, że go zamordują.
– To nie twoja wina, nie zamartwiaj się – Wawrzyniec przytulił ją i pocałował – dobrze, że chłopcy nawet tego nie zauważyli. Kiedyś trzeba im będzie o tym opowiedzieć.
Wawrzyniec rozejrzał się dookoła. Sanitariusze upychali właśnie czarny worek w karetce. Młodzi ludzie siedzący na schodach zajęci byli swoimi sprawami. Jeden z nich, sympatyczny blondyn o ujmującym uśmiechu, zawołał głośno po włosku za odchodzącym lekarzem:
– Przeróbcie go na nawóz. Grunt to zdrowa żywność – i roześmiał się.
Wawrzyńcowi zrobiło się niedobrze.
– Chodźmy stąd – powiedział do Jadwigi.
Gdy opuszczali hiszpańskie schody, Bernard zwrócił uwagę na tunel, który prowadził w głąb wzgórza.
– Zajrzyjmy tam – krzyknął.
– To na pewno tylko metro – Wawrzyniec był zmęczony i miał już tylko ochotę na to, by usiąść przy kawiarnianym stoliku, odpocząć, napić się kawy.
– Mamo, chodźmy tam, no, chodźmy – krzyczeli chłopcy.
– Chodźmy – Jadwiga zrezygnowana pierwsza ruszyła w kierunku tunelu.
Gdy weszli do niego, Albert zauważył, że ruchome schody, do których zaraz dotarli prowadzą i w dół i w górę.
– Te w górę – stwierdził – na pewno nie są do metra. Jedźmy nimi.
Po dziesięciu minutach nieprzerwanej jazdy, gdy przesiedli się już na czwarty chyba ciąg schodów, zobaczyli nad sobą światło dzienne. Wreszcie znaleźli się na powierzchni i to w zupełnie innym świecie. Przed nimi rozciągał się przepiękny, stary park. Daleko w dole widać było jakąś zupełnie nieznaną im część Rzymu. Ruszyli pierwszą z brzegu alejką. Mijali stare rzeźby jakichś mitologicznych postaci, pokryte bluszczem altanki, sztuczne groty i wodospady, aż znaleźli się na niewielkim placyku okolonym niskimi, powykręcanymi jak w chorobie, drzewami, których „czupryny” dotykały ziemi. Drzewa przypominały trochę, ale tylko trochę, polskie płaczące wierzby. Cały teren pełen był kwiatów. Wielokolorowe ich kobierce pokrywały trawniki Pokryte kwiatami pnącza wspinały się na pobliskie drzewa. Kwitnące powoje spływały w dół zbocza. Pośrodku placyku znajdowała się niewielka, ale pełna uroku knajpka. Nadgryzione zębem czasu dębowe stoły i ławy stały wprost na trawie wśród kwiatów. Siedziało przy nich tylko kilku starszych panów w garniturach i pod krawatami, i jeden kruczowłosy ksiądz w bliżej nieokreślonym wieku. Ksiądz był w staromodnej sutannie i popijał ze smakiem białe wino z dużej szklanki. Rodzina Wawrzyńca usiadła przy sąsiednim stole.
– Kawy, mocnej kawy – wyjęczała Jadwiga.
– A my chcemy lody – Bazyli wyraził życzenie chłopców.
– Ja chyba napiję się wina – powiedział Wawrzyniec spoglądając na księdza, który kończył już swoją szklankę.
– Rzym – Jadwiga patrzyła na rozciągającą się przed nimi panoramę miasta – kolebka chrześcijaństwa. Poganie i barbarzyńcy, którzy tworzą dzisiejszy świat muszą odejść. I znowu chrześcijaństwo uczyni Europę ludzką i piękną tak jak to miasto.
– Ale dlaczego Pan Bóg pozwolił na to, by poganie i barbarzyńcy zajęli i podporządkowali sobie Europę i cały świat? – zainteresował się Albert.
– To była chyba próba dla nas katolików, dla katolików, którzy zamiast naśladować Chrystusa, iść drogą świętości, budować Królestwo Chrystusowe na ziemi, jakoś spoganieli lub tylko pozostali bierni, gdy poganie zaczęli w XX wieku podnosić głowy w całej Europie – stwierdził Wawrzyniec.
– Psiepraszam, państwo Polaki? – odezwał się nagle łamaną polszczyzną ksiądz.
– Tak, jesteśmy z Mazowsza – odpowiedziała grzecznie Jadwiga.
– Mogie sia do państwa dosiuńść. Moja mać byla Polak – ksiądz uśmiechnął się promiennie.
– Proszę bardzo. Zapraszamy księdza – Wawrzyniec wstał i wskazał księdzu miejsce obok Jadwigi.
– Moja imia Mario – ksiądz przedstawił się – To od Matka Boska z Częstochowa. Moja mać przyjechała jako student do Rzym i poznać moja tata, który być Włoch. Ona uczyć mnie język polski i kochać Polska. Ona umrzeć, gdy ja mieć trzynaście lat, ale ja nie zapomnieć. Jak ja słyszeć, że wy i Polaki i katoliki, ja musieć się odezwać. Polaki dobre katoliki. Wy dobre katoliki?
– Tacy, że nas nazywają katolicka ciemnota – uśmiechnął się Wawrzyniec.
– Ja wiem. Ja też katolicka ciemnota – ksiądz powiedział to tak poważnie, że Jadwiga i Wawrzyniec omal nie parsknęli śmiechem – Skąd wy się tu wziąść?
Jadwiga opowiedziała księdzu cały ostatni rok ich życia łącznie z pobytem w „Chacie pod Skalanką”. Zajęło jej to z dziesięć minut, ale ksiądz słuchał cierpliwie i z wyraźnym zainteresowaniem.
– Ja się cieszyć, że was poznać. Ja wam pokazać Rzym taki, jaki wy sami nie zobaczyć. Ja mieć duży dom pod Rzym z wielkim, pięknym ogród. Wy tam zamieszkać. W dzień my oglądać Rzym, a wieczór my pić dobre wino w ogród i rozmawiać.
– Planowaliśmy, że jutro pojedziemy na Monte Saint Angelo i że pod koniec tygodnia już będziemy w Polsce, u siebie na wsi – wyjaśniła Jadwiga.
– Z tego, co pani mówić, wy się nigdzie nie śpieszyć. Wy zostać. Wy mi nie robić przykrość. Wy zostać, no, na przyklad trzy dnia, a potem wy pojechać na Monte Saint Angelo. Tam trzeba jechać, bo tam najbliżej Boga.
– Tato, mamo, zostańmy, zostańmy – chłopcy byli podnieceni i zachwyceni.
– Mądre chlopaki – stwierdził ksiądz Mario.
– W zasadzie nic nam nie stoi, tak naprawdę, na przeszkodzie, by przyjąć propozycję księdza – Wawrzyniec wyraźnie skłaniał się do pozostania w Rzymie.
– Zgoda. Dziękujemy księdzu za to zaproszenie – Jadwiga szybko podjęła decyzję.
– Hura, hura, hura! – chłopcy zaczęli krzyczeć tak głośno, że wszyscy, którzy byli w tym momencie w knajpce spojrzeli na nich.
Ksiądz zapisał na serwetce adres swojego domu. Ustalili z Wawrzyńcem, że będzie czekał na nich po dwudziestej. Gdy odszedł, a Wawrzyniec chciał uregulować rachunek okazało się, że wszystko jest już zapłacone. Jadwiga była zaintrygowana.
– Czeka nas chyba wielka przygoda – wyprorokowała.
Wieczorem rodzina Wawrzyńca objuczona walizkami wygramoliła się z bagażowej taksówki pod wskazanym przez księdza adresem. Stali przed wspaniałym renesansowym pałacem położonym w rozległym parku.
– To nie jest duży dom, tylko książęca rezydencja – zauważyła Jadwiga.
Wawrzyniec zbliżył się do olbrzymiej, zabytkowej bramy i znalazł przy furtce dzwonek. Nacisnął guzik.
Po długiej chwili rozległo się na żwirze zasłoniętej krzewami drogi podjazdowej do pałacu, głośne szuranie i pod furtką pojawił się ubrany w liberię, jakby wzięty prosto z kostiumowego filmu, stary lokaj. Po uporaniu się z zamkiem furtki wziął bez słowa jedną z walizek i udał się, głośno powłócząc nogami, w kierunku pałacu. Rodzina Wawrzyńca, chcąc niechcąc, ruszyła za nim. Aleją, w połowie drogi szedł ku nim uśmiechnięty, ubrany w tę samą staromodną, wytartą sutannę, ksiądz Mario.
– No, jesteście, już się martwić, że wy zrezygnować – mówiąc te słowa wyjął z ręki Jadwigi walizkę.
Pałac wyglądał z bliska jeszcze bardziej okazale. Ksiądz Mario wprowadził rodzinę Wawrzyńca do środka.
– Ta doma zbudowal moja pradziadka – wyjaśnił.
Marmury, dębowe, rzeźbione boazerie, stylowe meble dominowały na parterze. Na górze było bardziej nowocześnie, choć i tu przeważał styl z przełomu XIX i XX wieku.
– To nazywane sypialnia królewska, urządzona przez moja dziadka. To będzie wasza apartamenta – ks. Mario pokazał Jadwidze i Wawrzyńcowi wielki pokój z łazienką i tarasem z widokiem na park. – Na przeciwko są pokoja chlopców. Zapraszam zaraz na kolacja.
Pokoje były jak z bajki. Obszerne, urządzone ze smakiem antycznymi meblami. Po rozlokowaniu się rodzina Wawrzyńca zeszła na dół. Wielki stół zastawiony był na tarasie. Na półmiskach dominowały frutti di mare i różne gatunki ryb. W kubełkach mroziło się wino i szampana. Ksiądz, dalej w tej samej sutannie, czynił honory domu nalewając Jadwidze i Wawrzyńcowi wino, nakładając potrawy na półmiski. Chłopcy zgłodniali po całodziennym zwiedzaniu rzucili się na krewetki, kraby, małże i płetwy rekina tak, jakby były to ich ulubione dania. Wawrzyniec i Jadwiga próbowali każdej potrawy traktując tę kolację jako okazję do bliższego poznania włoskiej kuchni.
– Wspaniała jest kuchnia włoska – Jadwiga nałożyła sobie jeszcze jakiejś potrawy, której w żaden sposób nie mogła zidentyfikować – Co to jest?
– To kwiata cukinia w ciasto – wyjaśnił ksiądz Mario.
Gdy nasycono głód, na stole pojawiły się owoce obłożone tłuczonym lodem, ciasta i lody.
– To jest taka włoska specjalitet – ksiądz wskazał na ciastko przypominające trochę napoleonkę – W tłumaczeniu na polski język one się nazywać brudne usta. Jak piec je kobieta to można jej rzec: „pani brudne usta bardzo mi smakować”.
Wszyscy roześmieli się. Chłopaki po wchłonięciu olbrzymich porcji lodów zaczęli ziewać i przecierać oczy.
– Położę ich spać – powiedziała Jadwiga.
Gdy wróciła po piętnastu minutach Wawrzyniec i ksiądz Mario pochłonięci byli rozmową.
– Moja mać uczyć mnie kochać Doktorów Kościoła, uczyć mnie św. Tomasz z Akwina, Franciszek Salezy, Teresa z Avila. Ona też dawać mi książki polski teologa, ultramontanów, ojca Woroniecki, księdza Żychliński i Sopoćko – ksiądz Mario właśnie przedstawiał swoje intelektualne korzenie.
– Dokładnie tak samo było w wypadku księdza Adama, którego poznaliśmy w górach – zauważyła Jadwiga.
– Ja musieć poznać księdza Adama – ucieszył się gospodarz.
– Proszę księdza, a jak ksiądz zapatruje się na kondycję Kościoła. Ksiądz Adam mówił nam dużo o przenikaniu do niego Róźokrzyżowców – Wawrzyniec nawiązał do dyskusji w „Chacie pod Skalanką”.
– Nie być dobrze. Kościoła jest rozdarta, spoganizowana. Nie ma dyscyplina. Dużo herezja. Dużo głupota. Katoliki zagubione, księża zagubione. Biskupa siedzieć cicho albo też zagubione. Duża piąta kolumna, masoni, New Age, Różokrzyżowca. Jednak tworzyć się być coraz silniejsza nowy ruch w Kościoła. W nim i biskupa, i księża, i świecka. On nawiązywać do tradycja. On chcieć przeciwstawiać się temu świata, temu struktura grzechu. On chcieć konsekwentna katolicyzma. Ja być w ta rucha.
– A czy ten ruch jest także w Europie Środkowej? Czy jest, na przykład, na Mazowszu? – zainteresowała się Jadwiga.
– On być w całym Kościoła. On nie mieć formalna organizacja. On rodzić się w ludzka dusza. Wy mówić o księdzu Adam. On być na pewno w ta rucha.
***
Trzy dni spędzone w Rzymie przez rodzinę Wawrzyńca minęło szybko. W dzień ksiądz Mario pokazywał im uroki miasta. Wieczorami prowadzili długie rozmowy na pałacowym tarasie, rozmowy o świecie i Kościele, o teologii i filozofii, o Chrystusie i o tym, jak Go naśladować. Najczęściej kończyły się one, gdy wschodziło słońce. Wawrzyniec, Jadwiga, ksiądz Mario spali w te dni tylko po kilka godzin. Jadwiga i Wawrzyniec byli wykończeni, ale i szczęśliwi. Tyle zobaczyli. Tyle się dowiedzieli. tyle zrozumieli. Znowu przeżyli jakąś ważną, chyba najważniejszą metanoję. Ksiądz Mario nauczył ich wiele. Nauczył ich nie tylko rozumieć do końca świat i Kościół, tego czym jest prawdziwe chrześcijaństwo, ale dał im też nadzieję, że jutro może być takie, jakie wymarzyli sobie wielcy święci. Gdy się rozstawali Wawrzyniec gorąco zapraszał księdza do Kosewka. Otrzymali obietnicę, że ksiądz Mario odwiedzi ich pod koniec sierpnia.
***
Autobus już od dwóch godzin jechał pustą równiną. Wszędzie tylko ugory, ruiny domów.
– Co oni zrobili z tym krajem, co oni zrobili z Europą? – Wawrzyniec odezwał się po dłuższej chwili milczenia.
– Zbliżamy się do jakichś gór – zauważyła Jadwiga.
Góry rosły w oczach. Wyrastały wprost z równiny. Były wysokie i skaliste, majestatyczne. Szosa wyraźnie zbliżała się do nich. Autobus zaczął jechać wzdłuż gór. Znajdowały się po jego lewej stronie. Po prawej pojawił się Adriatyk. Powierzchnia morza była gładka, woda prawie zielona. Równina kończyła się nagle i od razu zaczynało się morze. Gdy góry zaczęły się prawie stykać z morzem pojawiło się niewielkie urokliwe miasteczko. Stare kamieniczki były złotego koloru.
– Manfredonia – Bazyli odczytał napis na tablicy informacyjnej.
– Jesteśmy już blisko – stwierdził Wawrzyniec.
Autobus zaczął pracowicie, z wysiłkiem wspinać się na zbocze. Zaczęły się serpentyny. Z jednej strony szosy były opięte stalowymi siatkami skały, a z drugiej przepaść. Po kilkunastu minutach z okien autobusu zobaczyli wielki obszar morza i stykającej się z nim równiny. Daleko na wodzie kołysały się dalekomorskie statki. Gdzieś na skraju horyzontu wyrastały z równiny wielkie miasta. Droga wspięła się na sam szczyt. Zdumionym oczom rodziny Wawrzyńca ukazał się drugi, o wiele wyższy, również skalisty, szczyt. Na jego wierzchołku znajdowało się miasto.
– To jest właśnie Monte Saint Angelo – Góra Świętego Anioła – powiedział z dumą Wawrzyniec. – To tam tysiąc pięćset lat temu ukazał się pastuszkowi poszukującemu zagubionej kozy Michał Archanioł i powiedział mu: „To miejsce jest najbliżej Boga”.
– Faktycznie siódmy cud świata – Jadwiga była oszołomiona – aż zapiera dech w piersiach.
– To miasto wisi w powietrzu – wyszeptał zdumiony Franciszek.
– To tylko tak ci się wydaje. Domy zostały zbudowane w wykutych w skale półkach – wyjaśnił Wawrzyniec.
Autobus niestrudzenie piął się w górę, a oni zachwyceni patrzyli jak nadpowietrzne miasto rośnie w oczach. Widać już było ulice tak strome, że wydawało się, że niesposób po nich jeździć, a nawet chodzić. Wszystko to wyglądało jakoś nierealnie jak budowla z klocków lego. Domy stały jakby jeden na drugim. Piętrzyły się w małych grupach okolone wianuszkami drzew, które, jak się wydawało z tej odległości, wyrastały wprost ze skał. Na samym wierzchołku widać było grupę drzew. Jak się później okazało był to maleńki park. Pod nimi lśniła w słońcu srebrna kopuła kościoła. Jej szczyt wieńczył wielki krzyż.
Szosa zrobiła duży łuk i autobus jadąc grzbietem górskiego łańcucha wjechał pomiędzy domy. Ledwo mieścił się na głównej ulicy. Na wąziutkich chodniczkach było niewielu ludzi, przeważnie same kobiety ubrane na czarno w chustkach na głowach.
– Jakbyśmy nagle znaleźli się w bardzo dawnych czasach – zauważył Franciszek.
Autobus zatrzymał się na małym ryneczku. Kilku, ostatnich zresztą pasażerów, wysiadło.
– Nie wysiadamy tutaj? – zdziwiła się Jadwiga.
– Nie. On jedzie do Saint Giovanni Rotondo, tam gdzie mieszkał ojciec Pio. Po drodze zatrzyma się pod małym hotelikiem niedaleko stąd. Tam będziemy mieszkać – wyjaśnił Wawrzyniec.
Miasto szybko się skończyło. Szosa prowadziła dalej grzbietem górskiego łańcucha. Gdzieś po przejechaniu pięciuset metrów autobus zatrzymał się na pustkowiu, wśród skał. Z obu stron rozciągał się wspaniały widok. Na wschodzie, w dole migotała powierzchnia morza i zieleniła się równina. Na zachodzie piętrzyły się skaliste szczyty.
– To tutaj. Wysiadamy – powiedział Wawrzyniec.
– Przecież tu nic nie ma – Jadwiga była zaskoczona.
– Nie martw się. Wiem, co robię – uśmiechnął się Wawrzyniec.
Wyładowali walizki. Pomachali kierowcy. Gdy autobus odjechał otoczyła ich cisza. Zapadał wieczór. Zrobiło się chłodno.
– Jesteśmy na wysokości ponad tysiąca metrów. To się czuje, prawda? – zauważył Wawrzyniec.
– Prawda – Jadwiga rozglądała się dookoła – a gdzie jest – urwała, bo zobaczyła żwirową drogę odchodzącą od szosy.
Zeszli nią dosłownie kilkanaście metrów. Gdy skręciła za dużą skałę zobaczyli przyklejony do niej, zabytkowy budynek ze spadzistym dachem. W recepcji nie było nikogo. Dopiero gdy Wawrzyniec nacisnął przycisk znajdującego się na kontuarze dzwonka pojawiła się niemłoda kobieta. Dostali dwa pokoje wychodzące na ten sam olbrzymi taras z widokiem na wschodnią stronę. Kolację dostarczono im na górę. Jej podstawę stanowiło coś, co Wawrzyniec nazwał apulskim tortem. W gęstym cieście z mąki i jajek zapieczone były grzyby, warzywa i kawałki mięsa. Do tego dużo sałaty wymieszanej z listkami mirtu, pokropionej winnym octem i oliwą, chleb, duży kawał sera i szynki. Zjedli ją na tarasie. Dzieciaki wykończone szybko zasnęły. Wawrzyniec i Jadwiga sącząc różowe, delikatne chianti siedzieli na wiklinowych fotelach na samym brzegu tarasu wpatrując się w migocące różnokolorowymi światłami miasta w dole i śledząc światełka przepływających morzem statków. Niebo inne niż nad polską ziemią bardziej ciemnoniebieskie niż granatowe rozświetlały miliardy gwiazd.
– Jak dobrze, że tu jesteśmy – wymruczała sennie Jadwiga.
***
Następnego dnia była niedziela. Właściciel hoteliku zawiózł rodzinę Wawrzyńca dużym samochodem na ryneczek w Monte Saint Angelo. Tym razem zapełniały go tłumy. Co chwila na ryneczek wjeżdżały autokary, z których wysypywali się rozkrzyczani Włosi. Autokary zaraz odjeżdżały. Na ich miejsce przyjeżdżały nowe. Wszyscy znikali w mrocznym tunelu w skale pomiędzy dwoma kamieniczkami.
– To jest chyba wejście do Kościoła – powiedziała ze zdumieniem Jadwiga.
– Tak. Mówiłem ci, że św. Michał Archanioł objawił się pastuszkowi w grocie na szczycie góry. Tę grotę przekształcono w Kościół zamurowując większość otworów i budując dogodniejsze dojście do niej – przypomniał Wawrzyniec.
Rodzina Wawrzyńca dała się porwać tłumowi. Powoli schodzili oświetlonym autentycznymi oliwnymi kagankami korytarzem. Wydawało się, że jest on bez końca. W pewnym momencie zaczęli słyszeć dochodzące z dołu dźwięki znajomej melodii. Włosi śpiewali w swoim języku „Czarną Madonnę” – pieśń ku chwale Jasnogórskiej Pani, pieśń, którą dziś na Mazowszu trudno było usłyszeć.
Tłum zatrzymał się. Rodzina Wawrzyńca stała na ostatnich stopniach schodów. Przed sobą widzieli tylko obszerne wejście do jaskini. Rozpoczęła się Msza św. Gdy przyszedł czas Komunii Św. tłum Włochów sprawnie uformował kolejkę, która powoli ruszyła w głąb jaskini. Gdy rodzina Wawrzyńca dotarła do wilgotnej wapiennej ściany zauważyli księdza w garniturze i koloratce, który stał pod nią i co kilka chwil pokrzykiwał śpiewnie: „Kurwa, kurwa, kurwa”.
– Tato, dlaczego ten ksiądz tak strasznie klnie? – zapytał szeptem zgorszony Bazyli.
– On wcale nie klnie. Słowo „kurwa” znaczy po włosku zakręt. On nam mówi, żebyśmy skręcili w lewo – wyjaśnił Wawrzyniec.
Komunii św. nie podawano tu jak w większości kościołów Europy, jak zresztą i Mazowsza, na rękę. Włosi przyklękali przed ołtarzem i ksiądz ubrany, co też było zaskakująco, w staromodny ornat suto przetykany srebrną i złotą nitką, kładł każdemu Ciało Chrystusa na języku.
Po Mszy św. Wawrzyniec z dużym trudem wyprowadził rodzinę z jaskini. Włosi nie zamierzali wcale opuszczać świętego miejsca, klęczeli, modlili się, zapalali świeczki przed bocznymi ołtarzami.
– Uff, ale tam było duszno – wysapała Jadwiga – kawy, królestwo za kawę.
Niedaleko ryneczku wykryli szyld informujący o tym, że kilkanaście metrów dalej można zjeść, napić się wina czy kawy. Knajpka mieściła się w podziemiach jednej z kamieniczek. Śmiało wkroczyli do wnętrza. W środku papierosowy dym, gwar i tłok. Pod ścianą siedział siwowłosy, brodaty ślepiec i grając na harmonii śpiewał jakąś smętną, pieśń. Przy stołach i przy barze siedzieli sami mężczyźni, wszyscy w czarnych spodniach i białych koszulach. Dosłownie trzydzieści sekund po tym jak rodzina Wawrzyńca wkroczyła do środka wszyscy zamilkli i znieruchomieli wpatrując się z wyraźnym zdziwieniem, a w niektórych przypadkach również oburzeniem w przybyszów.
– Tu chyba nie mają wstępu kobiety – szepnęła Jadwiga i szybko zrobiła w tył zwrot.
– No to gdzie ja mam się napić kawy – spytała już na ulicy.
– Może znajdziemy tu coś koedukacyjnego – Wawrzyniec był rozbawiony.
Skierowali się, na wyczucie, w górę wąską i krętą uliczką. W stojących przy niej niewielkich domach nie było sklepów czy kawiarni. Ich parter był za to na wysokości oczu. Przez olbrzymie, niezasłonięte okna widać było wnętrza mieszkań. Przed drzwiami na stołkach siedziały ubrane w czerń kobiety.
– Może one wszystkie są w żałobie? – cicho powiedział Bazyli.
Jadwiga parsknęła śmiechem:
– Ale swoją drogą dziwne tu obyczaje. Te mieszkania są jakby zrobione na pokaz.
W tym momencie o mało nie wdepnęła w wiadro z mydlinami stojące na samym środku ulicy. Obok niego klęczała kobieta i pucowała chodnik szczotką ryżową.
– Bałaganiarze i brudasy? Tak nie można ich z pewnością nazwać – zauważył Wawrzyniec.
Uliczka coraz bardziej stromo wspinała się w górę. Wreszcie doprowadziła ich do najwyższego punktu miasta – niewielkiego parku. Z bliska widać było, że jest on położony na gigantycznym występie skalnym pokrytym czarną, urodzajną ziemią. Wśród drzew, które go porastały dominowały kasztanowce, te, które rodzą kasztany jadalne. Wśród nich zasadzono kwitnące wielkimi pąsowymi i różowymi kwiatami krzewy i rozstawiono stylizowane stalowo-drewniane ławki pomalowane na czarny kolor. Na samym skraju występu tuż przy marmurowej barierce zabezpieczającej przed upadkiem w przepaść pod starym kasztanem siedział na ławce samotny starszy, blady mężczyzna o blond włosach i wyraźnie słowiańskiej urodzie. Siedział nieruchomo wpatrując się w dal.
– Nie będziemy mu przeszkadzać – szepnął Wawrzyniec.
– Popatrzmy choć chwilę – Jadwiga zbliżyła się do barierki.
– Proszę się mną nie krępować – powiedział najczystszą polszczyzną mężczyzna – Proszę siadajcie obok mnie. Ostatnio stęskniłem się za ludźmi, a i nie marzyłem nawet, że spotkam tutaj Polaków.
– Dziękujemy bardzo – Jadwiga i Wawrzyniec usiedli na ławce.
– Mamo, czy możemy pochodzić po tym parku? – zapytał w imieniu chłopców Franciszek.
– Idźcie, idźcie, będzie spokój.
– Skąd państwo się tu wzięli? Mało kto na świecie czy nawet w Europie zna to miejsce. Przyjeżdżają tu wyłącznie Włosi, i to głownie z południowych Włoch – zainteresował się mężczyzna.
– Jeden z polskich księży opowiedział nam o Monte Saint Angelo niespełna trzy tygodnie temu, no i jesteśmy – powiedziała Jadwiga.
– I co, nie żałujecie? – uśmiechnął się mężczyzna.
– Nie. To jest cudowne miejsce, rzeczywiście czuje się tu dotyk samego Boga – Wawrzyniec postanowił skorzystać z okazji – zaskakuje nas tu wszystko, ubranie kobiet, tłok w Kościele, sposób przyjmowania Komunii Świętej, istnienie lokali tylko dla mężczyzn…
– Nie znają państwo, przynajmniej do końca, historii tego miejsca – raczej stwierdził niż zapytał mężczyzna.
– Wiedzieliśmy tylko, że jest piękne, że jest najbliżej Boga i że nigdy nie bywa tu szatan. Podobno ojciec Pio, gdy już za bardzo męczył go szatan uciekł tutaj – odezwała się Jadwiga.
– Widocznie ten wasz znajomy ksiądz resztę zostawił wam na deser – mężczyzna znowu się uśmiechnął – Po objawieniu, którego historię na pewno znacie, Włosi zbudowali to miasto nie tylko na chwałę Bożą, ale po to, by mieszkać bliżej Boga. Było to w VIII wieku. Od tego czasu ludzie żyją tu nie wiadomo jak i za co. Słyszałem, że wielu z nich utrzymuje się w ten sposób, że posyła synów, którzy osiągnęli już pełnoletność do pracy w Europie. Są to ludzie prości, którzy starają się zachowywać swoją tradycję i obyczaje. Nic tu ich przecież nie trzyma. Nie opuszczają tego miejsca, bo chcą być blisko Boga tak jak ich rodzice, dziadkowie itd. Tam w dole mieliby o wiele lepiej. Niektórzy z nich utrzymują się oczywiście dzięki pielgrzymom. Jeszcze w XX wieku było to lokalne miejsce kultu. Przyjeżdżali tutaj tylko Włosi z najbliższych miejscowości. Od chyba początku XXI wieku stało się miejscem pielgrzymek włoskich katolików przywiązanych do tradycji. Powoli zaczynają tu przybywać także tacy katolicy z innym krajów, ale jest ich jeszcze bardzo mało. Kto zresztą dziś wierzy w Kościele w św. Michała Archanioła i w… szatana. Monte Saint Angelo to dziś taki jurajski park.
– A pan, co tu robi? – zainteresowała się Jadwiga.
– Umieram – mężczyzna wyraźnie nie żartował.
– Nie rozumiem – Jadwiga przestała się uśmiechać.
– Tej historii też nie znacie? Już w XIX wieku zaczęli tu ściągać ludzie nieuleczalnie chorzy, by umrzeć mając przed oczami ten widok – mężczyzna wskazał ręką przed siebie – by umrzeć będąc jak najbliżej Boga.
– Tamten dom – machnął ręka po chwili milczenia wskazując duży budynek wyraźnie z początku XX wieku położony nieco poniżej miasta – to umieralnia. W ciągu ostatnich stu lat pożegnało się w nim z tym światem kilka tysięcy osób ze wszystkich prawie kontynentów. Ja miałem to szczęście, że udało mi się kupić tę kamieniczkę – mężczyzna wskazał jednopiętrowy, zabytkowy domek położony na brzegu parku.
– Nie lepiej umrzeć wśród swoich, gdzieś w Polsce w otoczeniu rodziny i przyjaciół? – ośmielił się zapytać Wawrzyniec.
– Jestem ze Stanów Zjednoczonych. Nie mam w Polsce rodziny i przyjaciół, w Stanach też zresztą nie. A poza tym przecież Polski nie ma. Gdy kilka lat temu odwiedziłem ojczystą ziemię długo po tej wizycie nie mogłem dojść do siebie. Kocham Polskę, ale to, co tam zastałem, z Polską nie miało już nic wspólnego. To strasznie boli. Kocham Polskę. Jest ona w moim sercu. Chciałbym umrzeć w Polsce, ale w prawdziwej Polsce, a nie w jakimś euroregionie Środkowej Europy. To moje marzenie nie zostanie już, niestety, zrealizowane. Zapraszam was na kawę do siebie.
– Chętnie – Jadwiga poderwała się z miejsca. Od dawna przecież marzyła o kawie.
Parter domku zajmował duży salon, którego okna wychodziły na góry. Umeblowany był w stylu z początku XX wieku.
– Pomoże mi pani? – mężczyzna skierował się do kuchni.
Przy kawie rozmowa potoczyła się dalej.
– Długo państwo zamierzacie zostać na Monte Saint Angelo? – mężczyzna wyraźnie z napięciem oczekiwał odpowiedzi.
– Dziesięć dni – Jadwiga określiła precyzyjnie czas ich pobytu, choć wcale to nie było ustalone.
– Cieszę się. Mam nadzieję, że będziecie mnie odwiedzać – mężczyzna ucieszył się – nazywam się John Dolinsky, ale mówcie do mnie Janie.
Wawrzyniec przedstawił swoją rodzinę. Jadwiga opowiedziała któryś już raz z kolei wydarzenia z ich życia z ostatnich miesięcy, nie pomijając pobytu w Rzymie. To było już chyba jej hobby.
Pan Jan przygarnął do siebie Alberta. Pogłaskał go po głowie.
– Czy wiesz, że tak naprawdę to za twoją sprawą mogliśmy się poznać? – powiedział z uśmiechem.
Nagle zbladł. Jego twarz pokryła się kroplami potu. Sięgnął drżącą ręką do kieszeni, wyciągnął lekarstwo, połknął kilka tabletek.
– Źle się pan czuje – zaniepokoiła się Jadwiga.
– Nie. To nic. Jestem tylko zmęczony – odpowiedział z trudem.
– To my już pójdziemy. Możemy odwiedzić pana jutro? – zapytał Wawrzyniec.
– Oczywiście, gorąco was zapraszam. Najlepiej przyjdźcie do parku o szóstej rano. Obejrzymy razem wschód słońca – mężczyzna oddychał z trudem.
Wyszli na zalaną słońcem uliczkę. Trzymając się jej zacienionej strony wolno wędrowali w kierunku rynku.
– Tato, czy ten pan naprawdę umiera? – spytał z niepokojem Franciszek.
– Myślę, że tak. Powinniśmy go jak najczęściej odwiedzać – Wawrzyniec zwrócił się do Jadwigi – jest taki samotny. To byłby prawdziwie chrześcijański dobry uczynek.
– Od razu o tym pomyślałam jak weszliśmy do jego domu. Dlatego powiedziałam, że będziemy tu dziesięć dni – Jadwiga była przygnębiona.
Zaczęli się włóczyć po mieście podziwiając jego architekturę i widoki, które co chwila ukazywały się między domami. Raz było to roziskrzone słońcem morze rozciągające się po daleki zamglony horyzont, innym razem fragmenty równiny, wielkie miasta, które z tej odległości wyglądały jak osiedla z krainy liliputów lub wyniosłe, skaliste szczyty. Rozmawiali niewiele. Nawet dzieci były jakieś poważne. Przed oczami stał im wciąż blady, ale lekko uśmiechnięty mężczyzna stojący w progu swojego domu i machający im ręką.
– Zauważyłeś jego oczy? – powiedziała pod wieczór Jadwiga – Były pełne bólu, ale i jakiejś wielkiej radości.
Następnego dnia zwlekli się z łóżek o piątej rano. W pokojach panował półmrok. Dzieciaki nawet nie marudziły. Umyły się i ubrały zadziwiająco sprawnie. Wypili kawę, przekąsili rogalikami z masłem. Za piętnaście szósta byli już w parku. Pan Jan z daleka kiwał im ręką. Usiedli na ławce. Było cicho i mroczno. Gwiazdy bladły powoli. Milczeli znieruchomiali w oczekiwaniu. Nawet chłopcy siedzieli spokojnie. Punktualnie o szóstej z miejsca, gdzie morze stykało się z niebem wytrysnęły pojedyncze złote promienie gasząc gwiazdy na wschodniej części nieba. Po chwili ukazał się rąbek olbrzymiej krwistoczerwonej kuli. Wszystkie gwiazdy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Słońce wyłaniające się z morza ogromniało i zarazem zmieniało barwę. Z głębokiej czerwieni przeszło w intensywny orange, by następnie powoli przyjąć barwę roztopionego złota. Zajmowało dosłownie jedną trzecią horyzontu, ale jeszcze nie oślepiało. Równina w dole pozostawała w cieniu. Dachy domów położonych poniżej parku ogarnęły pierwsze delikatne jeszcze promienie słońca. Za chwilę było już po wszystkim. Nad horyzontem jaśniało słońce takie jak zawsze i wszędzie w dzień, tyle że bardzo szybko się poruszało wspinając się w górę nieboskłonu.
– Chciałbym umrzeć podczas takiego wschodu słońca – wyszeptał mężczyzna.
– Nigdy nie widziałam czegoś tak wspaniałego – Jadwiga była jak w szoku.
– Chodźmy na kawę – pan Jan ciężko podniósł się z ławki.
Chłopcy chwilę tylko trwali w oczarowaniu, by zaraz z krzykiem rozbiec się po parku w poszukiwaniu małych jeszcze i niedojrzałych kasztanów.
***
Dni na Monte Saint Angelo płynęły jeszcze szybciej niż w Rzymie. Choć rodzina Wawrzyńca była tu tak krótko, ich codzienne życie zaczęło przebiegać według pewnych utartych wzorców. Rano jedli śniadanie z panem Janem, po którym godzinę, półtorej rozmawiali z nim przy kawie. Po opuszczeniu jego domu chwilę włóczyli się po mieście, by o dziewiątej wsiąść do autobusu jadącego do Fogii. Wysiadali z niego na pierwszym przystanku nad morzem. Rozkładali się na ciepłym piasku maleńkiej plaży wśród skał, którą wykryli drugiego dnia pobytu. Potem, gdy woda była już ciepła jak w wannie zanurzali się w niej. Chłopcy łowili różne morskie stwory często o fantastycznym, nieziemskim wyglądzie, gonili kraby, wyławiali małże, które później Wawrzyniec piekł na znalezionej pomiędzy skałami blasze, pod którą rozpalał małe ognisko. Małże te smakowały nawet Jadwidze, która z reguły brzydziła się wszelkim „robactwem”.
Koło szesnastej wędrowali brzegiem morza do Manfredonii, gdzie jedli obiad w małej knajpce postawionej na palach wbitych w morskie dno. Zamawiali przeważnie baraninę z rusztu w czerwonym winie, kluski zielone jak trawa i oczywiście sałatę wymieszaną z listkami mirtu. Tylko Jadwiga wyłamywała się jedząc co drugi dzień wielki „befsztyk” z rekina podawany z duszonymi warzywami. Po obiedzie chłopcy zawsze życzyli sobie lody, a Wawrzyniec i Jadwiga długo i powoli sączyli z glinianych kubków lokalne, delikatne, białe wino nalane do dzbanka prosto z wielkiej beczki.
Chyba piątego dnia przeżyli tam kolejny wstrząs. Gdy po obiedzie chłopcy zbiegli nad wodę, do ich stolika podeszła mała, ładna, czarnowłosa i czarnooka dziewczynka w białej sukience, na oko ośmioletnia i coś do nich zaszczebiotała po włosku. Jadwiga dała jej cukierka. Dziewczynka odtrąciła go z wyraźną wzgardą i znowu zaszczebiotała uśmiechając się promiennie.
– Czego ona chce? – spytała Jadwiga.
– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. To chyba niemożliwe – Wawrzyniec zaczął z małą rozmawiać.
– Ona nam proponuje swoje usługi – powiedział wreszcie z ociąganiem – Jest prostytuką.
– Jak to? – Jadwiga była wzburzona – Zawołaj właściciela. Powiedz mu o tym. Gdzie są jej rodzice? Może ona żartuje albo nie zrozumiałeś – Jadwidze nie mogło się to pomieścić w głowie.
Dziewczynka odeszła. Właściciel zjawił się sam. Przysiadł się do ich stolika. Uśmiechał się. Coś powiedział do Wawrzyńca. Roześmiał się. Wawrzyniec go o coś zapytał. Pokiwał twierdząco głową. Chwilę coś opowiadał gestykulując pracowicie. Był wyraźnie zadowolony. Wreszcie odszedł. Wawrzyńcowi, gdy podnosił do ust filiżankę z kawą, drżały ręce.
– No, mów, co on powiedział? – dopytywała się Jadwiga.
– To jego córka – Wawrzyniec ciężko westchnął – Ma dziesięć lat. W tym wieku wolno już przecież, według prawa Unii Europejskiej, prowadzić nieskrępowane niczym życie seksualne. On jest zadowolony, że córka, choć jeszcze chodzi do szkoły podstawowej, już zarabia. Na początku zbierała w ten sposób na klocki lego. Później jej zarobki stały się tak duże, że zaczęła finansowo wspierać ojca. Ostatnie dni jej nie było, bo z jej usług korzystało stare niemieckie małżeństwo, które przyjechało do Manfredonii na wakacje. Wzięli ją do siebie i byli, jak mówi jej ojciec, bardzo dla niej dobrzy. Nie bili jej jak niektórzy inni goście ani nie zmuszali jej do żadnych okropności, po prostu sobie z nią pofiglowali, tak powiedział i dużo, bardzo dużo zapłacili. Mówił, że za te pieniądze kupi nowe stoły i krzesła do restauracji, i pojedzie z żoną i córką we wrześniu na tygodniowe wakacje do Grecji.
– Straszne, co za zezwierzęcenie – Jadwidze wyraźnie było niedobrze, odsunęła od siebie filiżankę z niedopitą kawą – Więcej tu nie przyjdziemy.
Koło osiemnastej wracali na górę, by włóczyć się po Monte Saint Angelo i poznawać jego kolejne zaułki, których wydawało się być bez liku, obserwować mieszkańców, którzy pod wieczór wylegali na ulice, rozstawiali przy nich stoły, pili wino, jedli wczesną kolację czy też późny obiad, rozmawiali, śpiewali, niekiedy tańczyli.
Gdy zapadał zmrok Jadwiga jechała z chłopcami do hotelu. jadła z nimi kolację, usypiała ich i rozsiadała się z córką właściciela hotelu, trzydziestoparoletnią Margeritą w ogródku pustej przeważnie, przyhotelowej kawiarenki. Piły czerwone wino, niekiedy grappę, mocną wódkę z winnego soku, jadły przyrządzone przez samą Margeritę różnorodne frutti di mare i wpatrując się w płonące tysiącami świateł miasta w dole gadały, gadały i gadały. O czym mówiły, a przede wszystkim w jakim języku tego się nigdy Wawrzyniec nie dowiedział. Jadwiga umiała zaledwie kilkadziesiąt słów w języku włoskim, a jej nowa przyjaciółka Margerita posługiwała się tylko lokalną gwarą. Przy tym sepleniła. Pewnego ranka Jadwiga pierwszy raz w życiu zdumiała Wawrzyńca wyznając mu, że nigdy z nikim jej się tak dobrze nie rozmawiało jak z Margeritą. Powiedziała też, że wymieniły się już wszystkimi swoimi babskimi sekretami i marzeniami. Gdy Wawrzyniec wypytywał się ją, jakie to ma babskie sekrety i marzenia, Jadwiga tylko się śmiała i mówiła, że jako mężczyzna i tak nigdy tego nie zrozumie. W tym czasie Wawrzyniec jadł kolację z panem Janem. Często wracał z tych kolacji grubo po północy poważny i zamyślony.
– O czym tak rozmawiacie całymi godzinami? – pytała go z kolei Jadwiga.
– O wszystkim, o życiu i śmierci, o Kościele i Polsce, o tym, co jest dzisiaj, co będzie jutro i za sto lat. Pan Jan to bardzo mądry człowiek – Wawrzyniec również nie był skłonny do zwierzeń.
***
Zbliżał się szósty wieczór pobytu rodziny Wawrzyńca na Monte Saint Angelo. Wawrzyniec rozstał się z Jadwigą i chłopcami na rynku i ruszył w kierunku parku. Pan Jan siedział jak co wieczór na ławeczce. Gdy Wawrzyniec podszedł do niego bliżej zobaczył, że oczy ma zamknięte. Nie słyszał też, jak zwykle, ciężkiego chrapliwego oddechu.
– Panie Janie! – krzyknął przerażony potrząsając mężczyznę za ramię.
– Jeszcze żyję – mężczyzna otworzył oczy i uśmiechnął się blado – Myślałem tylko intensywnie. Ostatnio mi to bardzo dobrze robi. Wiesz Wawrzyńcu, zastanawiałem się nad taką kwestią. Co bym zrobił, jakbym miał teraz czterdzieści kilka lat, był silny i zdrowy, i posiadał na koncie pięćset milionów dolarów.
– Kwestia czysto teoretyczna – Wawrzyniec odpowiedział uśmiechem na uśmiech.
– Ale ciekawa – pan Jan podniósł się z ławki, podszedł do marmurowej balustrady, ciężko się o nią oparł i patrząc na ciemniejące od nadchodzącej nocy morze kontynuował – Bardzo ciekawa, bo pozwala nam odpowiedzieć na pytanie, czy widzimy nieegoistycznie i perspektywicznie przyszłość. Czy potrafimy, przynajmniej teoretycznie, kształtować ją w płaszczyźnie mądrości. Bez teorii… bez tworzenia planów, snucia marzeń zawsze jesteśmy nieprzygotowani do przyszłości. Można powiedzieć, że bez tego wszystkiego, a przede wszystkim bez konsekwentnych i realistycznych, ale i odważnych planów nie ma w ogóle przyszłości, a przynajmniej przyszłości rozumnej, więcej – mądrej, nieprzypadkowej, rodzącej się w kontekście wolności. Wiesz, zastanawiałem się nad rozwiązaniem tej kwestii i nic nie wymyśliłem, nic konkretnego. Jednak to chyba nic dziwnego. Nie potrafię już myśleć o przyszłości, bo sam jestem bez przyszłości. Co innego z tobą. Ty masz przyszłość. Czy myślałeś o niej, czy myślałeś odważnie, dalekosiężnie, w szerokiej, wykraczającej poza twój osobisty świat perspektywie, perspektywie katolickiej i polskiej.
– Nie – przyznał bez namysłu Wawrzyniec – Przykro mi, ale nie myślałem.
– To pomyśl, pomyśl intensywnie. Warto w taki sposób myśleć, bo tylko tak można coś zmienić. To zadanie, które dostaniesz ode mnie, prośba, może ostatnia prośba starego, schorowanego, bliskiego śmierci człowieka. Masz na to dwa dni. Dla ciebie jest to tylko dwa dni, dla mnie aż dwa dni. Dobrze?
– Dobrze – Wawrzyniec powiedział to bardzo poważnie – Potraktuję to zadanie bardzo poważnie. Potraktuję je tak, jakbym rzeczywiście miał ten swój plan zacząć realizować na dniach. Potraktuję je też jako swego rodzaju egzamin, egzamin praktyczny z tego, czego nauczyłem się od pana.
– Świetnie – pan Jan wrócił na ławkę – powiedz mi jeszcze zanim pójdziesz, by spełnić to zadanie, czego brakuje dziś najbardziej Polakom i katolikom.
– To jasno wynika z naszych rozmów – Wawrzyniec mówił spokojnie i z namysłem – Przede wszystkim żyjemy w diasporze, w rozproszeniu. Powinniśmy doprowadzić do tego, by, w pierwszym rzędzie, rozpoznać się w tym spoganizowanym, zdemoralizowanym, wynarodowionym tłumie, a następnie się zintegrować, utworzyć żywą, katolicką i polską wspólnotę, która mogłaby promieniować, która mogłaby być nowym zaczynem.
– Co dalej? – mężczyzna słuchał uważnie, więcej, zachłannie.
– Ta wspólnota musi być silna nie tylko moralnie i duchowo, ale przede wszystkim intelektualnie. Musi posiadać odpowiednie korzenie, sięgać do tradycji, najlepszej tradycji, wzrastać w mądrości, rozpoznawać i rozumieć wszystko to, co się wokół dzieje i wypracowywać metody zmierzające do zmiany świata w pożądanym kierunku.
– Co dalej? – dopytywał się pan Jan.
– Musi upłynąć wiele lat – Wawrzyńcowi rozbłysły oczy – być może pół wieku, być może cały wiek. Powstaną inne takie wspólnoty. Będą skupiać wielu Polaków, coraz więcej Polaków, przenikać w życie społeczne, czekać aż przyjdzie czas lub jeśli nie będzie nadchodził, działać w takim kierunku, by się pojawił.
– Co to za czas? – mężczyzna patrzył Wawrzyńcowi prosto w oczy.
– Oczywiście, że czas, w którym Polska będzie mogła zmartwychwstać, czas zmartwychwstania Polski i odnowy polskiego Kościoła.
– No, widzisz. Coś już jednak wiesz i myślimy podobnie. Teraz tylko musisz przełożyć to na konkret. Idź, pomyśl, zastanów się. Jutro wieczorem przyprowadź rodzinę. Urządzę małe przyjęcie. Pojutrze bądź gotów.
Nagle, obok nich przebiegł kilkunastoletni chłopak głośno coś krzycząc i dał szczupaka przez barierkę. Wawrzyniec podbiegł do niej i spojrzał w dół. Ciało chłopaka leżało wśród skał roztrzaskane. Z występu, gdzieś w połowie ściany skalnej, spływała krew. Wawrzyniec siadł na ławce blady. Otarł zimny pot z czoła.
– Co to było? Dlaczego on to zrobił? – zapytał pana Jana.
– To już piąty w tym miesiącu – powiedział pan Jan – a chyba czterdziesty z tych, których tu widziałem. To są młodzi sataniści. Każdy z nich ma przy sobie list, że jego śmierć jest dowodem na to, że szatan zamieszkał na Monte Saint Angelo i jest tu wciąż obecny.
– A co na to władze? – Wawrzyniec powoli dochodził do siebie.
– Raz policja interweniowała. Złapała kilkunastoletniego chłopca przed samą balustradą i odwieźli go do policyjnej izby dziecka. Rodzice chłopca, również sataniści, zgłosili się do jednego z posłów parlamentu tego euroregionu. Ten złożył interpelację poselską. Parlament uznał, że policjanci nadużyli swojej władzy i naruszyli prawa człowieka, że naruszyli wolność religijną uniemożliwiając sataniście spełnienia tego, co nakazuje jego religia. Policjanci zostali ukarani, a chłopak i tak dwa dni później roztrzaskał się o skały.
– A jak pan to znosi, no, że tak tu skaczą? – spytał Wawrzyniec – Przecież to straszne.
– Wiesz, widziałem gorsze rzeczy w swoim życiu – powiedział spokojnie pan Jan – ci chłopcy przypominają mi wciąż o tym, że ten, kto nie trwa przy Chrystusie jest zgubiony.
Wawrzyniec wrócił do hotelu niespokojny i rozdrażniony. Jadwiga od razu zauważyła jego stan.
– Co ci jest? – zapytała.
– Nic, nic, zaczynam zdawać egzamin – bąknął.
– Jaki egzamin? Co ty mówisz?
– Później ci powiem. Przepraszam cię, muszę w spokoju pomyśleć – Wawrzyniec wyszedł z pokoju. Chwilę stał przed hotelem zastanawiając się, co zrobić dalej. Noc była księżycowa, jasna. Ruszył wreszcie ścieżką, która wiła się wśród skał. Po jakichś dwustu metrach wszedł na łagodny, pokryty trawą stok. Położył się i wpatrując się w gwiazdy zaczął myśleć. Świt zastał go w tej samej pozycji. Gdy słońce zaczęło wschodzić uśmiechnął się. Poderwał się z trawy. Zaczął biec w kierunku hotelu. Jadwiga obudziła się natychmiast, gdy tylko wpadł do pokoju.
– Co ty, zwariowałeś? – wysapała – Gdzie byłeś całą noc?
– Wybacz, wstawaj. Mam ci coś ważnego do powiedzenia – prawie krzyknął.
Jadwiga zwlokła się z łóżka mrucząc pod nosem coś o wariatach i popaprańcach i poszła pod prysznic. Wawrzyniec uruchomił bez pytania ekspres do kawy w wymarłej kawiarni na dole, zrobił dwie kawy i zaniósł je na taras przylegający do ich pokoju. Po chwili pojawiła się Jadwiga, już wyraźnie przytomniejsza. Wawrzyniec podsunął jej krzesło i wskazując na kawę zaczął mówić. Najpierw zreferował jej swoje rozmowy z panem Janem, drobiazgowo opisując ostatnią z nich. Potem przedstawił jej efekt swoich nocnych rozmyślań:
– Wiesz, jak się tak głębiej zastanowić, to naszą ucieczkę z Warszawy należałoby potraktować tylko jako pewien pierwszy krok. Gdybyśmy na tym poprzestali, to byłaby to ucieczka w prywatność, jakiś egoizm. Czy wolno nam skupiać się tylko na sobie i swoich sprawach, gdy wszystko, co jest naprawdę dla nas cenne legło faktycznie w gruzach. Co możemy zrobić? Bardzo dużo. Możemy przerobić stodołę na dom gościnny, kupić za grosze więcej ziemi, uruchomić mały ośrodek katolickiej i polskiej myśli zapraszając do niego w pierwszym rzędzie rodzinę i znajomych, choćby między innymi księdza Adama, Joannę i Henryka, których poznaliśmy w górach. Trzeba by rozejrzeć się w warszawskim środowisku katolickim. Na początek byłaby to taka mała akademia i centrum badawcze zajmujące się myślą Doktorów Kościoła, polskich ultramontanów, filozofów i teologów polskiego okresu międzywojennego i drugiej połowy XX wieku. Trzeba przecież zbudować solidne fundamenty. Należałoby konsekwentnie zmierzać do utworzenia środowiska, które mogłoby rozpocząć dzieło, które nazwałem Metanoją. Nie chodzi tu tylko o jakąś intelektualną, duchową i moralną przemianę, ale również o coś innego, o coś więcej. Powinniśmy doprowadzić do tego, by w Kosewku powstał kawałek Polski, by zamieszkali obok nas ludzie tak samo myślący, posiadający te same cele. Powinniśmy, z czasem oczywiście, doprowadzić do tego, by w Kosewku powstał Uniwersytet będący nie tylko promieniującym i pączkującym centrum badań i formacji, ale również wzrastającą wciąż wspólnotą, wspólnotą życia, idei i działania, prawdy i Chrystusa, wspólnotą, poprzez którą odbudowałoby się zdrowe, polskie społeczeństwo. Gdy zastanawiałem się nad tym, jak można by użyć hipotetycznej, wymienionej przez pana Jana sumy pół miliarda dolarów nakreśliłem sobie wielką wizję, a później, po zastanowieniu się stwierdziłem, że można ją również zrealizować bez tych pieniędzy, wolniej, bardziej ubogimi środkami. Wyobraź sobie, do czego moglibyśmy, oczywiście wspólnie z innymi ludźmi, doprowadzić w ciągu na przykład dwudziestu lat. Moglibyśmy stworzyć polską gminę w centrum euroregionu Mazowsze, gminę, którą zamieszkiwaliby tylko ortodoksyjni katolicy i prawdziwy Polacy, gminę, w której wszystko, każda piędź ziemi, każdy budynek należałby do nich. Na jej terenie byłby nasz katolicki i polski uniwersytet, nasze szkoły podstawowe i szkoła średnia, może radiostacja, może nawet stacja telewizyjna, ale na pewno nasza codzienna gazeta i, może, nawet inne czasopisma, gminie, do której ściągaliby Polacy nie tylko z polskich euroregionów, ale również z całej Europy, z całego świata. Później mogłaby powstać druga, trzecia, czwarta taka gmina. Moglibyśmy się rozprzestrzeniać na północ i wschód tam, gdzie ziemia leży odłogiem, gdzie są tak słabo zaludnione tereny. Moglibyśmy się rozprzestrzeniać i powoli, krok za krokiem budować zalążek prawdziwej, wolnej Polski.
– No dobrze, ale to wszystko jest jeszcze jakieś w dalszym ciągu ogólne i mgliste, przynajmniej dla mnie – Jadwiga nie ukrywała swoich obiekcji.
– Tak, oczywiście, ale to jest przecież tylko pomysł, szkielet, forma, którą należy wypełnić. Nie zamierzam jej sam wypełniać. Jest pan Jan. Miejmy nadzieję, że jeszcze trochę pożyje. Jest ksiądz Adam. Znajdą się inni ludzie. A, jest przecież też ksiądz Mario, który na pewno może tu pomóc. No i są moi bracia, których, tak myślę, nietrudno będzie przekonać. Trzeba tylko zacząć, rzucić hasło, być konsekwentnym i odważnym, śmiałym i mądrym, i trzeba marzyć, i marzenia przekształcać w rzeczywistość. Jednym słowem, myśleć tak jak myśli pan Jan.
– Dobrze, kochanie – Jadwiga wzięła Wawrzyńca za rękę i mocno ją ścisnęła – Wierzę w ciebie. Wierzę w to, co mówisz i będę cię zawsze i we wszystkim wspierać.
– Dziękuję. I wiesz, dawno ci tego nie mówiłem, kocham cię – Wawrzyniec spojrzał Jadwidze prosto w oczy.
– Ja też cię kocham – powiedziała Jadwiga.
Umilkli oboje podziwiając poranek i grzejąc się w promieniach wschodzącego słońca.
O dziewiątej wyruszyli jak co dnia do miasta, by zjeść śniadanie z panem Janem. Wawrzyniec, jak zresztą i Jadwiga, byli niewyspani, a przez to ociężali i już zmęczeni. Podczas śniadania Wawrzyniec milczał. Widać było, że walczy sam ze sobą. Wreszcie nie wytrzymał. Zaczął mówić. Szybko i z pasją przedstawiał panu Janowi swoje nocne przemyślenia. Pan Jan milczał i słuchał uważnie. Minęło z pół godziny. Chłopcy chwilę się wiercili, wreszcie wybiegli do parku. A Wawrzyniec mówił i mówił. Gdy skończył, pan Jan powiedział tylko:
– Porozmawiamy dziś wieczorem. Proszę przyjdź sam. Nasze małe przyjęcie przełożymy na jutro. Nie ma pani nic przeciwko temu? – zwrócił się do Jadwigi.
– Tak będzie najlepiej – Jadwiga uśmiechnęła się do niego.
Przedpołudnie postanowili poświęcić na zwiedzanie Saint Giovanni Rotondo, miejscowości, w której żył i działał Ojciec Pio, a po obiedzie zamierzali się przespać. Na ryneczku wsiedli w prawie pusty autobus. Droga do Saint Giovanni Rotondo prowadziła początkowo grzbietem gór. Później zaczęła opuszczać się w dolinę rzadko porośniętą drzewami. Z prawej strony ukazał się zdumionym oczom rodziny Wawrzyńca niecodzienny widok. W jednym miejscu stało chyba ponad sto skupionych ciasno obok siebie niewielkich, zabytkowych kościółków.
– Co to jest? – zdziwiła się Jadwiga.
– Ach, wiem – Wawrzyniec początkowo zaskoczony przypomniał sobie – Mówił mi o tym pan Jan. Aż do połowy XX wieku miejscowi ludzie chowali w ten sposób swoich zmarłych. To jest cmentarz.
– Jak to cmentarz? – odezwał się Franciszek – przecież nie widać żadnych grobów, tylko kościoły.
– Każda rodzina budowała swój własny kościół. Bogatsze budowały duże, biedniejsze małe. Jeżeli rodzina była bardzo biedna wznosiła swój kościółek przez kilka pokoleń – wyjaśniał Wawrzyniec – Gdy ktoś umarł chowano go w jego podziemiach tak, jak kiedyś chowano w Polsce niektórych zakonników czy sławnych, zasłużonych ludzi. W dzień imienin zmarłego, w rocznicę jego śmierci przyjeżdża cała rodzina, składa kwiaty pod kryptą zmarłego, a później idzie na górę, gdzie specjalnie na tę okazję poproszony ksiądz odprawia Mszę św. za duszę zmarłego. Przy okazji, czy wiecie, że w tych okolicach nawet najbiedniejsi ludzie mają swoje pałace. Niektóre rodziny, którym zawsze się źle powodziło budowały taki pałac przez wiele, czasami nawet przez kilkanaście pokoleń. To jest myślenie o rodzinie, nie tylko o dzieciach czy wnukach, ale również o pra, pra, pra, prawnukach.
– Niesamowite – wyjąkał Leon.
– No tak, a u nas, teraz, nikt nawet nie posadzi dębu, bo uważa, że to bez sensu sadzić drzewo, które będzie naprawdę duże dopiero za kilka pokoleń – zauważyła Jadwiga.
– Tato – odezwał się Bazyli – jak wrócimy do domu, do Kosewka to zasadzimy dużo dębów dla moich pra, prawnuków.
– Dobrze, synku – uśmiechnął się Wawrzyniec – ale zasadzimy też drzewa dla twoich pra, pra, pra, prawnuków i oczywiście dla pra, prawnuków Franka, Bernarda i Alberta.
– Oczywiście tato – Bazyli powiedział to bardzo poważnie.
– Zobaczcie, zbliżamy się już do Saint Giovanni Rotondo – przerwała tę dyskusję Jadwiga.
Patrzyli na leżącą w dole miejscowość. Wyglądała jak typowe, górskie uzdrowisko. Gdy autobus zatrzymał się w centralnym punkcie miasta i wysiedli z niego, znaleźli się w tłumie ludzi, wyraźnie pielgrzymów. Tłum porwał ich za sobą. Szli w niekończącej się kolejce przez korytarze starego klasztoru. Zobaczyli konfesjonał, w którym spowiadał ojciec Pio i inne pamiątki po nim. Wreszcie znaleźli się w dużej sali, na środku której w wielkiej stalowej klatce stała skromna, drewniana trumna, cała obsypana banknotami i bilonem.
– Dlaczego ta trumna jest w klatce? – zapytał się Franciszek.
– I dlaczego tyle na niej pieniędzy? – Bernard był nie mniej ciekawy.
– No, właśnie – Jadwiga znowu była zdziwiona.
– O tym też mówił mi pan Jan – Wawrzyniec zaczął opowiadać kierując się pod ścianę, gdzie nie było tłoku – Włosi zawsze byli trochę przesądni i to przesadnie, można paradoksalnie powiedzieć, po katolicku, bo te swoje przesądy wiązali ze świętymi relikwiami lub z tym, co sami za takie relikwie uznawali. Widzieliście w Bazylice św. Piotra w Watykanie palec od nogi rzeźby św. Piotra tak starty, że już prawie go nie było widać.
– Zauważyłam to, ale później zapomniałam cię o to zapytać – powiedziała Jadwiga.
– Włosi go pocierają, bo wierzą, że to przynosi szczęście. Jak byłem kilka lat temu w Bari, to widziałem tam w jednym z kościołów marmurową kolumnę, która, jak głosi lokalna legenda, przyleciała sama aż z Azji Mniejszej, gdy jego mieszkańcy, by podnieść rangę swojego miasta wykradli z kościoła leżącego na terenach dzisiejszej Turcji kości św. Mikołaja, tego co przynosi prezenty w Wigilię i przywieźli je do siebie. W tej kolumnie była duża dziura, którą wycałowali wierni błagający przez stulecia św. Mikołaja o wstawiennictwo w różnych sprawach. Gdyby ta trumna nie była w klatce włoscy pielgrzymi rozebraliby ją na kawałki, a później rozebraliby na kawałki szczątki o. Pio i zabrali do domu jako swego rodzaju talizmany. Kiedyś to było bardzo niewinne, dziś graniczy z magią. Jeśli jednak się nad tym głębiej zastanowić, to czy różne zachowania katolików w innych krajach Europy także na byłych terenach Polski nie mają z magią coraz więcej wspólnego? Różne katolickie obrzędy, nawet sakramenty wielu ludzi traktuje jako jakieś magiczne misteria, poprzez które można osiągnąć pewne korzyści. Pamiętasz tego sąsiada – Wawrzyniec zwrócił się do Jadwigi – który nad łóżkiem swojego umierającego w szpitalu dziecka umieścił obrazek z Matką Bożą, a kiedy zmarło stwierdził, że chrześcijaństwo, przynajmniej w katolickiej wersji, nie jest religią skuteczną.
– Tak – przypomniała sobie Jadwiga – Podobnie było z naszą sąsiadką w Warszawie, która ochrzciła swoje dziecko i przygotowała je do pierwszej Komunii Świętej uznając, że to ochroni je przed „negatywnymi determinantami” w jego życiu stwierdzonymi przez wróżkę podczas stawiania dziecku horoskopu bezpośrednio po jego urodzeniu.
– A co do tych pieniędzy na trumnie ojca Pio – stwierdził Wawrzyniec – to swego rodzaju próba przekupienia świętego. Pieniądze te niby mają być przeznaczone na kontynuację jego dzieła, ale nikt czy prawie nikt nie wpłaca ich na odpowiednie konto czy nie przekazuje w ręce zakonników, ale rzuca na trumnę, by zwrócić uwagę ojca Pio na siebie i zaskarbić sobie jego przychylność.
Gdy wyszli z klasztoru zaczęli oglądać stoiska z dewocjonaliami. Na jednym znich zobaczyli, obok oprawionych w ramki zdjęć ojca Pio i plastikowych figurek Matki Bożej, figurki szatana i różne magiczne amulety. Sprzedawca rozpoznał widocznie, że są Polakami, bo zagadał do nich łamaną polszczyzną:
– Matka Boża dobra dla dusza, szatan dobra dla ciało. Wy kupić oba. To wam dać szczęście.
Jakaś kobieta, która stała obok nich już dłuższą chwilę i wyraźnie miała problem co kupić wreszcie się zdecydowała. Wybrała duży krzyżyk i figurkę szatana. Gdy odchodzili pocałowała najpierw nogi Chrystusa, a później kopyta szatana.
– No, widzisz. Jest jeszcze gorzej niż mówiłem – powiedział Wawrzyniec.
Poszli zwiedzić miasto. Przed samym centrum zobaczyli duży, piękny, stary park. Był otoczony drucianą siatką. Nad bramą widniał wielki napis PARADISE.
– To znaczy raj – Jadwiga pochwaliła się swoją znajomością języków obcych.
Przy bramie stała oszklona budka, w której siedziało dwóch mężczyzn w białych kitlach. Obok niej stała karetka pogotowia. Przy wejściu był tłok. Przez bramę wchodzili i wychodzili turyści i pielgrzymi śmiejąc się i o czymś zawzięcie dyskutując.
– Musi tam być jakaś wielka atrakcja, kiedy taki tłok. Chodźmy, zobaczymy – stwierdziła Jadwiga.
Weszli. Po całym parku rozstawione były estetyczne pawilony. Dochodziła z nich dyskretna muzyka. Podeszli do jednego z nich. Nad wejściem widniał napis HEROINA. Ze środka wytoczył się młody człowiek o mętnym spojrzeniu i bladej twarzy, i upadł na trawę. Zaraz jednak wstał i pobiegł między drzewa krzycząc dziko. Wawrzyniec i Jadwiga wymienili przerażone spojrzenie. Chłopcy śmieli się nie za bardzo chyba wiedząc, co się tu dzieje. Zobaczyli drugie wyjście. Szybko poszli w tamtą stronę. Po drodze mijali pawilony z napisami nad wejściem: „LSD”, „KOKAINA”, „EXTASY”, „OPIUM”.
– Ale się wpakowaliśmy – powiedziała Jadwiga – To było piekło a nie raj.
Po zwiedzeniu centrum wsiedli do autobusu zmierzającego do Monte Saint Angelo. W hotelu byli o 15.00. O szesnastej Jadwiga i Wawrzyniec poszli spać, a chłopcy zeszli na dół, by pobawić się z wnukami właściciela hotelu. Kiedy i jak dzieci się zapoznały i w jaki sposób się ze sobą porozumiewały tego ani Jadwiga ani Wawrzyniec nigdy się nie dowiedzieli.
Wieczorem Wawrzyniec niespokojny i podenerwowany udał się do pana Jana. Mężczyzna jak co wieczór czekał na niego na ławce w parku. Gdy Wawrzyniec usiadł obok niego, pan Jan zaczął mówić:
– Tak na prawdę, to nic o mnie nie wiesz. Znasz bowiem moje poglądy, ale nie znasz mojego życia. Te poglądy zaś, moje myśli, które ci przedstawiłem zrodziły się w ostatnich latach po tym jak dowiedziałem się, że długo nie pożyję. Nie wyobrażasz sobie jak taka rzecz może zmienić sposób patrzenia na świat, życie, wszystko. Przedtem byłem inny, zły i głupi. Pochodzę z biednej rodziny polskiej, która wyemigrowała do Stanów zaraz po tym, jak Polska przestała istnieć. Byłem piątym dzieckiem swoich rodziców i jedynym, które urodziło się już w USA. Nasze życie w Ameryce było bardzo trudne. Matka sprzątała mieszkania, ojciec był nocnym stróżem. Ledwo wiązali koniec z końcem. Najstarszy brat zginął w wypadku samochodowym, gdy miałem cztery lata. Siostra wyszła z domu, gdy miałem pięć lat i ślad po niej zaginął. Drugi brat został zawodowym żołnierzem i zginął w Afryce. Matka nie wytrzymała tego wszystkiego. Zmarła na serce, gdy miałem osiem lat. Ojciec zaczął pić. Wyrzucili go z pracy. Zacząłem pracować, kiedy miałem już dziesięć lat. Sprzedawałem lody, hot-dogi, roznosiłem gazety. Udało mi się, nie wiem dziś, jakim cudem skończyć szkoły. Zacząłem studiować prawo na niezłym uniwersytecie. Jeden rok studiów, jeden rok pracy. Tak na przemian. Ojciec zmarł. Zostało tylko dwóch starszych braci. Jeden pojechał pracować na Alaskę, bo tam dobrze płacili, drugi ożenił się z Australijką i wyjechał do Australii. Zostałem sam.
Pan Jan zamilkł. Jego oczy stały się puste. Widać było, że na nowo przeżywa to, co przywołał z pamięci. Wawrzyniec milczał również. Spokojnie czekał.
– Po ukończeniu studiów – pan Jan wreszcie podjął swoją opowieść – zupełnie nie wiedziałem, co robić. Jeden z moich byłych profesorów znalazł mi wreszcie pracę w znanej kancelarii adwokackiej specjalizującej się w prawie podatkowym. Tam nauczyłem się tego, co pozwoliło mi później uruchomić własny interes i odnieść sukces w branży. Zająłem się handlem bronią, początkowo legalnym. To był taki sobie interes na małą skalę. Później rozwinąłem na dużą skalę nielegalny handel bronią. Wyposażałem w nią terrorystów, istniejące jeszcze gdzieś na końcu świata w małych państwach totalitarne reżimy, walczące wciąż ze sobą afrykańskie plemiona. Ożeniłem się, rozwiodłem, znowu się ożeniłem, znowu rozwiodłem. Zostałem wreszcie sam. W pewnym momencie straciłem wszystko. Potem znów odbudowałem ten swój interes. Dziesięć lat temu byłem wart, jak to się mówi w Stanach, 100 milionów dolarów, pięć lat temu już 300, dwa lata temu 500. Wtedy dowiedziałem się właśnie, że jest przed mną najwyżej dwa lata życia. Złapałem jakiegoś złośliwego wirusa w Afryce podczas załatwiania jednego z kontraktów. Nie bój się, to nie jest zaraźliwe. Rzuciłem wtedy wszystko w diabły.
Pan Jan znowu zamilkł. Na jego twarzy pojawił się uśmiech i powoli zgasł.
– Zamknąłem się w swoim domu na Florydzie z moimi ulubionymi psami. Pewnego dnia jedna z kancelarii adwokackich zawiadomiła mnie, że obaj moi bracia zginęli wraz ze swoimi żonami i dziećmi w katastrofie lotniczej, gdy razem udawali się na urlop na Hawaje i że dziedziczę połowę tego, co pozostawili. Nie było tego dużo, ale przypadły mi w udziale po nich rzeczy, jak później się okazało, o wiele cenniejsze niż pieniądze – pamiątki po rodzicach, przede wszystkim polskie książki. Było tego pięć skrzyń. Gdy otworzyłem jedną z nich wpadła mi wpierw w ręce „Trylogia” i „Quo vadis” Sienkiewicza. Przeczytałem je jednym tchem. Zacząłem czytać pozostałe książki. Była to i polska klasyka, i literatura patriotyczna, dzieła filozoficzne i teologiczne, książki dotyczące historii Polski. Przypomniałem sobie swoje korzenie. Poszedłem do spowiedzi do polskiego Kościoła. Zacząłem chodzić na Mszę św. Pojechałem wreszcie do Polski. Byłem w Warszawie, w Krakowie, oczywiście na Jasnej Górze. Myślałem, że tu zostawię swój majątek, że tu znajdę miejsce, gdzie będę mógł umrzeć. Niestety oprócz zabytków i miejsc opisywanych w historycznych książkach nie znalazłem już niczego polskiego. Może nie miałem szczęścia. Tak, raczej nie miałem szczęścia.
Pan Jan znowu się zamyślił. Tym razem milczał dłużej. W jego oczach pojawiły się łzy.
– Wróciłem do Stanów załamany. Moje życie, niespełna rok mi już pozostało, znowu straciło sens. Został mi już tylko Bóg. Zaczął przygotowywać się do spotkania z Nim. Wtedy wpadła mi w ręce jakaś książka o Włoszech. Była tam informacja o Monte Saint Angelo i zdjęcia tego miasta. Sprzedałem wszystko i przyjechałem tutaj. Według lekarzy został mi jeszcze miesiąc, może dwa miesiące. I wtedy spotkałem ciebie, spotkałem was. Pomyślałem już po pierwszej naszej rozmowie, że może jest to jakaś szansa, szansa, że coś pozostawię po sobie, że moje pieniądze się nie zmarnują. Obserwowałem cię, przesłuchiwałem, starałem się przekazać ci tę drobną cząstkę mądrości, jaką, jak mi wydaje się, nabyłem w ostatnich latach. Od początku byliśmy sobie bliscy. Dlatego chłonąłeś jak gąbka i przyswajałeś sobie wszystko to, co chciałem ci przekazać. Dziś mogę powiedzieć z dumą, że mam w pewnym sensie syna, którego nigdy nie miałem i o którym ostatnio marzyłem. Daję ci do dyspozycji mój majątek, abyś przeznaczył go na tę swoją, na polską Metanoję.
Mężczyznę wyraźnie zmęczyło to długie przemówienie. Zamknął oczy. Jego ręce, którymi gestykulował, gdy mówił, opadły na kolana.
Wawrzyniec długo milczał. Był wzruszony i przerażony. Nie wiedział, co powiedzieć. Wreszcie wyjąkał:
– Obdarzył mnie pan wielkim zaufaniem. To również wielka odpowiedzialność. Cóż mogę na to powiedzieć. Jestem oczywiście bardzo z tego dumny. Oczywiście nie odmawiam, ale proszę dać trochę czasu, żebym mógł pomyśleć.
– Dobrze, idź, ale wracaj szybko. Mam tak mało czasu – mężczyzna z trudem podniósł się z ławki.
Gdy Wawrzyniec również wstał, w sposób całkowicie naturalnie, bez słowa, padli sobie w ramiona. Trwali tak w milczeniu dłuższą chwilę. Wreszcie pan Jan pocałował Wawrzyńca w czoło i powlókł się w kierunku swojego domu.
***
Znowu Wawrzyniec i Jadwiga nie spali w nocy. Siedzieli na tarasie i rozmawiali aż do świtu. Najważniejsze sprawy zostały ustalone i uzgodnione. Zasnęli oboje natychmiast. Sny mieli piękne i kolorowe.
Rano podczas śniadania u pana Jana rozmawiali o muzyce i malarstwie. Gdy chłopcy wybiegli do parku Wawrzyniec powiedział:
– Przemyślałem wszystko, porozmawiałem z żoną. Jedziemy do Kosewka, by natychmiast rozpocząć dzieło, ale mam jeden warunek, a może raczej jedną wielką prośbę – poprawił się – błagam pana, błagam. Niech pan jedzie z nami. Może pan jeszcze dużo zrobić, pomóc, doradzić. Metanoja to tak naprawdę pana dziecko. Powinien pan być obecny przy jego narodzinach, zostać na zawsze z nami.
– Dobrze, synu, zgadzam się – twarz mężczyzny rozjaśnił uśmiech, który Wawrzyniec na zawsze zapamiętał.
***
Gdy siedzieli wieczorem z Jadwigą na tarasie hotelu, Wawrzyniec stwierdził:
– Wiesz, to prawda, że Monte Saint Angelo jest najbliżej Boga. To tutaj Bóg naprawdę mnie dotknął i uczynił swoim narzędziem.

Rozdział VII

Pierwsze przygotowania
Był koniec sierpnia. Dom rodziny Wawrzyńca w Kosewku rozbrzmiewał gwarem. Był pan Jan, ksiądz Mario, ksiądz Adam i kilku jego przyjaciół, Joanna i Henryk, bracia Wawrzyńca ze swoimi rodzinami. Na dwa dni przyjechał też pan Zadora.
Pan Jan mieszkał sto metrów dalej w domu kupionym od sąsiada za taką sumę, która pozwoliła mu kupić sobie duże mieszkanie w Warszawie. Dom został błyskawicznie, w ciągu dziesięciu dni wyremontowany i zmodernizowany. Większość budynków w Kosewku, jak zresztą w całej gminie, została już wykupiona i należała do zarejestrowanej przez prawników pana Jana w USA Fundacji Metanoja. Fakt, że była to amerykańska fundacja uniemożliwiał władzom Mazowsza i urzędnikom Unii Europejskiej ingerować w jej sprawy, a przede wszystkim ją rozwiązać. Do fundacji należały między innymi wszystkie zbudowane jeszcze w XX wieku, a teraz nieużywane ośrodki wczasowe nad rzeką w samym Kosewku i pobliskich miejscowościach. Najlepszym nabytkiem był trzypiętrowy budynek położony prawie naprzeciwko domu Wawrzyńca, zbudowany jeszcze w czasach PRL-u jako dom wypoczynkowy „Przyszłość” dla wyższych funkcjonariuszy państwowych. Prezesem fundacji został oczywiście Wawrzyniec.
Ksiądz Adam starał się o zwolnienie z obowiązków duszpasterskich w swojej parafii i miał zostać kapelanem powołanej przez fundację uczelni, która miała rozpocząć swoje funkcjonowanie w gmachu „Przyszłości”.
Joanna i Henryk sprzedali mieszkanie w Warszawie. Fundacja „Metanoja” odstąpiła im jeden z budynków w Kosewku. Henryk miał kierować administracją fundacji w Polsce, a Joanna zajęła się organizacją uczelnianej biblioteki.
Poprzedniego dnia omawiano najtrudniejsze problemy: sprawę kadry naukowej i przyznania statusu prawnego uczelni. Ksiądz Adam potrafił wskazać zaledwie trzech profesorów, dwóch teologów i jednego filozofa, którzy odpowiadaliby przyjętym kryteriom. Wziął na siebie obowiązek skontaktowania się z nimi i przekonania ich do tego, by przenieśli się do Kosewka.
Problemy te rozwiązał ksiądz Mario, który przedstawił listę dziesięciu odpowiednich profesorów z całej Europy i zobowiązał się ich przekonać. Stwierdził też, iż może załatwić rejestrację uczelni w jednym z włoskich euroregionów, gdzie miał pewne wpływy. Rejestracja taka, zgodnie z prawem Unii Europejskiej, pociągała za sobą uznanie uczelni na terenie całej Europy. Pojawił się nowy problem. Fakt zatrudnienia w uczelni dziesięciu obcokrajowców uniemożliwiał prowadzenie wszystkich zajęć w języku polskim. Wprowadzenie jako języka wykładowego języka angielskiego nikomu nie przypadło do gustu. Ksiądz Adam zaproponował, by językiem wykładowym była łacina, co zmusiłoby wszystkich, tak wykładowców jak i studentów do perfekcyjnego jej opanowania i co za tym idzie stworzyłoby możliwość do bezpośredniego kontaktu z myślą największych Doktorów Kościoła i świętych.
Tego wieczoru miały zostać przeprowadzone rozmowy na temat zaangażowania w sprawę braci Wawrzyńca. Na razie kwitło życie towarzyskie. Wszyscy rozmawiali ze wszystkimi o wszystkim. Pito kawę i wino przywiezione przez księdza Mario prosto z winnicy jednego z jego włoskich znajomych.
Wawrzyniec wyszedł z księdzem Adamem na spacer do lasu.
– Jedno mnie niepokoi – stwierdził ksiądz Adam – kim jest ksiądz Mario. To jakaś tajemnicza postać.
– Myślę, że nie ma się czego obawiać – Wawrzyniec był mniej podejrzliwy – jego poglądy ksiądz zna.
– Żeby było więcej takich.
– No, widzi ksiądz, a poza tym – Wawrzyniec postanowił rozwiać wątpliwości księdza Adama – to jak wszystko wskazuje ktoś ważny w Watykanie, ktoś do kogo ma zaufanie papież. Pewnego razu podczas jednej z kolacji w jego pałacu pojawił się sekretarz Jana Pawła X i przez ponad godzinę konferowali w jakiejś ważnej sprawie. Przechadzali się po parku i gdy wrócili sekretarz papieża dziękował wyraźnie księdzu Mario za pomoc w rozstrzygnięciu jakiegoś problemu.
– Mało nas jest, za mało, nawet jak na początek – ksiądz Adam był dziś wyraźnie pesymistą.
– Apostołów było tylko dwunastu – uśmiechnął się Wawrzyniec – Myślę, że lada dzień dołączą do nas moi bracia. W ich wypadku metanoja nie będzie sprawą trudną. W naszym domu podstawą formacji była myśl Doktorów Kościoła. Oboje rodzice wpajali nam również miłość do ojczyzny. To w nas jednak głęboko tkwi. Moich braci, tak jak zresztą w swoim czasie i mnie, wessała pogańska codzienność, ale o ile ich znam nigdy do końca nie pogodzili się z tym światem. Myślę też, że niedługo nie będzie nas tylko garstka. Choćby ci znajomi księdza. Okazuje się, że ludzi myślących tak jak my, ludzi, którzy chcą działać wcale nie jest tak mało, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Musimy ich tylko poszukać.
– Tak, masz w pełni rację – ksiądz Adam nagle się uśmiechnął – Przepraszam cię, że tak marudzę. To przecież ja powinienem ciebie umacniać, a nie ty mnie. Po prostu jestem zmęczony. Tak dużo tego wszystkiego.
– Wracajmy. Czas na nowa burzę mózgów – Wawrzyniec zrobił w tył zwrot.
Wszyscy siedzieli na tarasie. Pan Jan jakby odmłodniał. Był uśmiechnięty i ożywiony. Nie było po nim widać żadnych oznak choroby. Właśnie opowiadał jakąś anegdotkę ze swojego życia rozbawiając wszystkich do łez. Wawrzyniec usiadł koło księdza Mario i gdy nastała chwila ciszy powiedział głośno:
– Proponuję skupić się już na sprawach Metanoi. W pierwszym rzędzie chciałbym się dowiedzieć, co mają do powiedzenia moi bracia.
– Przemyślałem głęboko to, co mi powiedziałeś – odezwał się najstarszy Robert, pełniący po śmierci ojca rolę głowy rodziny i szefa rodzinnego wydawnictwa – Zdążyłem też już porozmawiać z panem Janem, księdzem Mario i księdzem Adamem i oczywiście ze swoją żoną. Myślę, że jest to Boża inicjatywa i grzechem byłoby przeciwstawiać się Bogu. Oddaję się całkowicie do dyspozycji. Nie zdążyłem jeszcze porozmawiać z Antonim, Cyrylem i Tomaszem. Gdyby jednak oni się zgodzili uczyniłbym z naszego wydawnictwa wydawnictwo Metanoi, przeniósłbym się do Kosewka i starał się uczestniczyć także w innych pracach.
– Jestem całym sercem za – powiedział Tomasz. – Nie wiem tylko, co na to moja żona.
– Już jutro możemy przenieść się do Kosewka – Zocha zaskoczyła wszystkich. To przecież ona wyśmiewała Wawrzyńca, gdy przedstawił im swoje plany ucieczki z Warszawy i twierdziła, że sama nigdy nie zgodziłaby się jej opuścić.
– My jesteśmy zdecydowani – powiedział Antoni. – Wszystko już z żoną uzgodniliśmy.
– My również – rzekł Cyryl. – Zwracam też uwagę na to, że moglibyśmy oprócz zajęcia się sprawami wydawniczymi podjąć wszyscy zajęcia dydaktyczne. Ojciec zadbał przecież o nasze wykształcenie i dosłownie nas zmusił do zrobienia doktoratów. W związku z tym Wawrzyniec zna świetnie filozofię św. Tomasza z Akwinu, Robert teksty św. Augustyna, Antoni pisał przecież pracę o życiu religijnym człowieka w ujęciu św. Jana od Krzyża i św. Teresy i Avilla, a ja przesiedziałem pięć lat nad tekstami św. Bernarda z Clairvoux. Wiele z tego już na pewno zapomnieliśmy, ale możemy sobie przecież szybko to przypomnieć, a i pogłębić naszą wiedzę. Ja zawsze marzyłem o pracy naukowej.
– Nigdy o tym nie mówiłeś – zdziwiła się Renata, jego żona.
– Cyryl ma rację, że też ja na to nie wpadłem – Robert był niepocieszony.
– Nie mówiłeś, że masz taką wykształconą rodzinę – powiedział do Wawrzyńca z wyrzutem pan Jan.
– Wszystkim nam to, oprócz – jak się okazało – Cyryla, wyleciało z głowy – stanął w obronie Wawrzyńca Robert. Przez tyle lat byliśmy przecież takimi sobie zwykłymi wyrobnikami – powiedział z wyraźną goryczą.
– No dobrze, to jedną sprawę mamy z głowy – stwierdził Wawrzyniec. – Pozostaje nam sto innych – program studiów, nabór studentów, zasady finansowania uczelni tak, by nie przejeść pieniędzy pana Jana, kwestie techniczne, choćby budowy z myślą o przyszłości, sal wykładowych, akademików, budynków zaplecza i wiele, wiele innych spraw, problemów, o których może nikt z nas nie ma teraz pojęcia i które szybko musimy sobie uświadomić.
– Ja myśleć – odezwał się ksiądz Mario – że jak wy skompletować trzon kadry, to wtedy wy usiąść i ułożyć plana. Dziś każda może zapisać swoja pomysła. Jutro się to przydać. Ja porozmawiać z ta zachodnia profesora i ja myśleć, że za dziesięć dnia kadra być gotowa i być wstępna plana na pierwszy rok i ogólna na dalszy lata.
– W porządku – Wawrzyniec pokiwał głową – a nabór studentów?
– Jeszcze dziś sformułujemy odpowiednie ogłoszenie – stwierdził ksiądz Adam – Trzeba je zamieścić w prasie na Mazowszu i gazetach innych polskich euroregionów, i z myślą o Polakach za granicą, przede wszystkim na wschodzie ogłosić nabór na antenie Radia Maryja. Od kiedy zakazano temu radiu nadawania audycji na obszar Unii Europejskiej, nawet przez satelity jest ono odbierane tylko za wschodnią granicą Unii i poza Europą – ksiądz Adam odpowiedział na pytające spojrzenie pana Jana – Gdy zgłoszą się kandydaci trzeba będzie zrobić tu w Kosewku przynajmniej tygodniowe zgrupowanie dla nich, obejrzeć ich sobie, przeprowadzić szczegółowe rozmowy kwalifikacyjne, sprawdzić ich na wszelkie możliwe sposoby. Sami wiecie, licho nie śpi, a poza tym, po co nam osoby przypadkowe. Na razie niech stroną organizacyjną tego przedsięwzięcia zajmie się Henryk.
– Co do sposobu finansowania uczelni – odezwał się pan Jan – Myślę, że należałoby wprowadzić czesne stanowiące zwrot kosztów studiów i utrzymania, a następnie przeliczyć je na godziny pracy, którą wykonywaliby wszyscy ci studenci, których nie stać byłoby na zapłacenie tego czesnego. Myślę, że tak byłoby w większości przypadków. Studenci mogliby wykonywać wszelkie prace administracyjne i należące zwykle do tzw. zaplecza technicznego, które nie wymagałyby specjalnych kwalifikacji. Należałoby też pomyśleć o tym, aby Metanoja stała się samowystarczalna lub prawie samowystarczalna w kwestii żywności. Mamy przecież tyle ziemi. Tutaj również zatrudnienie, także poza rokiem akademickim, znaleźliby studenci. Oprócz tego, Kosewko można by przekształcać na okres letni i na wiosenne i jesienne weekendy w swego rodzaju ośrodek rekreacyjno-wypoczynkowy. Można by tu połączyć przyjemne z pożytecznym organizując różne kursy i seminaria dla tych, którzy nie mogą podjąć dziennych studiów. Myślę, że należałoby z czasem doprowadzić do tego, by powstało tu coś na kształt zamkniętego klubu, to znaczy wypoczywaliby tu, w efekcie tylko przyjaciele Metanoi.
– Od razu poznać dobrego menagera – stwierdził z uśmiechem Cyryl – Sądzę, że jest to doskonała koncepcja, która sprawdzi się w praktyce.
– Biorąc pod uwagę tę koncepcję należałoby dostosować także do niej zabudowę i architekturę Kosewka – zamiast akademików proponuję wznieść takie małe stare miasto, otoczyć je domkami z ogródkami, gdzie mieszkaliby studenci starszych lat w trakcie roku akademickiego, a które latem byłyby swego rodzaju apartamentami pierwszej kategorii, a sale wykładowe i budynki zaplecza tak pomyśleć, aby również stanowiły ozdobę i miały wpływ na ogólną atmosferę miejscowości, jak również mogłyby być w różny sposób wykorzystane latem. Można by też spiętrzyć wodę w rzece i utworzyć sztuczne jezioro z piaszczystymi plażami i kąpieliskami. Ukształtowanie terenu stwarza do tego świetne warunki. Warto by też zagospodarować łąki nad Bugonarwią tworząc tam campingi i zmodyfikowaną wersję tzw. Wiosek Radości, które znam z wysp na morzach południowych. Mogłyby one stanowić swego rodzaju drugą strefę, gdzie mógłby przyjechać każdy. Można by tu stworzyć odpowiedni program rozrywkowo-kulturalny, poprzez który upowszechnialibyście w stonowany i delikatny, oczywiście, sposób swoje idee. Na małej i dużej rzece uruchomiłbym rejsy niewielkich płaskodennych stateczków. Mogłyby nawet przywoźić ludzi z Warszawy. Zbudowałbym też kolejkę wąskotorową w stylu końca XIX wieku, która łączyłaby ze sobą poszczególne ośrodki i przechodziła przez najpiękniejsze miejsca okolicy, w których zresztą należałoby zbudować sezonowe kawiarenki, knajpki, hoteliki.
– To mi się podoba. To dopiero jest wizja – stwierdziła z zachwytem Zocha.
– Wydaje mi się, że tylko jej realizacja zapewni Metanoi trwałe zaplecze finansowe potrzebne nie tylko dla jej przetrwania, ale i rozwoju.
– Ale czy wystarczy nam na to wszystko pieniędzy? – zaniepokoił się ksiądz Adam.
– W sprawach finansowych jestem tu bezsprzecznie najlepszy – stwierdził pan Jan – Dokonałem szczegółowych kalkulacji i ułożyłem swego rodzaju biznesplan, a poza tym…
– A poza tym… – włączył się ksiądz Mario – to nie być tak, że wy mieć tylko pieniądze od pana Jana. Znaleźć się też inna sponsora. Ja być pewny na sto procent. Ja być tego pewny, bo ja sam wam znaleźć sponsora. Tak na przykład za pięć dnia być zorganizowany przez ja zjazd katolików i księdza z cała świata. Zjazd być na Monte Saint Angelo. Jego temat być „Tradycja i przyszłość Kościoła”. Ksiądz Adam tam musieć przyjechać i my mówić o Metanoja i organizować sponsora.
– No, wystarczy na dzisiaj tego dobrego – Zocha wyraźnie, jak zawsze zresztą próbowała rządzić – Później sobie jeszcze pogadacie. Najlepiej jutro rano. Nadszedł już czas, by rozpocząć przygotowania do ogniska i kolacji.
– Tym razem Zocha chyba ma rację – stwierdził Wawrzyniec – Tyle że jutro musimy zacząć od samego rana, proponuje od siódmej.
– Dlaczego tym razem? – żachnęła się Zocha – Czyżbyś chciał powiedzieć, że przeważnie nie mam racji?
– Ach, nie Zosiu. Tak mi się tylko powiedziało – uśmiechnął się dyskretnie Wawrzyniec, robiąc oko do pozostałych.
– Z czego się śmiejecie? – Zocha była w bojowym nastroju.
– A nic, tak się cieszymy na to ognisko – ucięła tę wymianę zdań Renata.
Dzieciaki Wawrzyńca i jego braci zdążyły już uzbierać wielki stos chrustu. Robert, Cyryl i Tomasz postanowili w ramach zażywania ruchu ten stos jeszcze powiększyć. Z lasu przytargali umęczeni i spoceni liczące z dziesięć metrów wysokości uschnięte drzewo. Największy kłopot sprawiło im przeciągnięcie go przez bramę. Jego korona w żaden sposób nie chciała się w niej zmieścić. Cyryl poszedł po siekierę i w trakcie skracania konarów o mało nie zabił Leona i nie obciął sobie nogi. Przesadzili też z wielkością ogniska. Jego płomień sięgał do wysokości pierwszego piętra i nikt nie mógł się do niego zbliżyć na odległość kilku metrów. Wreszcie ogień trochę się wypalił i wszyscy zasiedli wokół niego na leżakach. Pieczono kiełbaski i szaszłyki. Wszystkim smakowały i wszyscy byli zadowoleni oprócz Zochy, której na gołe ramię upadło kilka kropel wrzącego tłuszczu, gdy ktoś nad jej głową przenosił kiełbasę na długim kiju. Wszczęła śledztwo, ale winni nie zostali wykryci. Ksiądz Adam grał na gitarze i śpiewał. Jego repertuar zaskoczył wszystkich. Obok pieśni zdecydowanie religijnych przedstawił bowiem w swojej oryginalnej zresztą aranżacji tak znane stare polskie biesiadne przeboje jak „Szła dzieweczka do laseczka” czy „Góralu, czy ci nie żal”. Cyryl próbował przeskoczyć przez ognisko, gdy jego płomień znów wzbił się pod niebo. Wyczyn ten tylko częściowo mu się udał i gdyby Jadwiga własnymi rękami nie zgasiła pożaru na jego głowie mogłoby się to źle dla niego zakończyć. Wielkie przedstawienie dał Rudy, który uwalił się blisko ogniska i zasnął zmęczony. Wszyscy się o niego potykali i cud, że nikt na niego nie nadepnął. W pewnym jednak momencie z ogniska wyskoczył mały, ale bojowy i wyraźnie nieprzychylnie nastawiony do Rudego żarzący się węgielek i upadł mu na grzbiet. Rudy nagle wyrwany w tak nieprzyjemny sposób ze snu i zdezorientowany, nie okazał się tchórzem i podjął walkę z niewidzialnym, a tak podstępnym przeciwnikiem. Szczekał i warczał chcąc dostać zębami wroga. Podskakiwał wysoko i wykręcał się w szalonym tańcu, który wszyscy nagrodzili brawami. Wreszcie chyba zorientował się jak może pokonać przeciwnika, bo zaczął tarzać się w pokrytej już rosą trawie i w ten sposób go pokonał, a zarazem uśmierzył ból. Na grzbiecie miał w futrze wypalone pokaźne kółko.
Ksiądz Mario zdradził zebranym, że kiedyś dawno też tak jak ksiądz Adam grał na gitarze i śpiewał. Wszyscy zaczęli go więc namawiać, żeby uświetnił i to ognisko swoim śpiewem. Długo się wymawiał. Wreszcie się zgodził i zaśpiewał jakąś włoską sentymentalną piosenkę. Pan Jan odmłodniał jeszcze bardziej. Śmiał się i klaskał w dłonie. Radość na jego twarzy nie miała cech tylko rozbawienia. Był wyraźnie szczęśliwy.
Poszli spać późno. Jakoś nie mogli się rozstać. Tak dobrze im było ze sobą. Gdy wreszcie zgaszono ognisko, śmiech i rozmowy słychać jeszcze było długo w domu.
Rano obudził wszystkich głośny dziecięcy krzyk przerażenia i rozpaczy. Był tak przejmujący, że poderwał wszystkich na nogi. Wawrzyniec pierwszy wybieg z domu. Krzyk dobiegał spod bramy. Zobaczył tam swoich chłopców i synów Tomasza. Gdy podbiegł bliżej zrozumiał dlaczego chłopcy krzyczą i płaczą. Przybiegła Jadwiga i Zocha. Wzięły chłopców za ręce. Zaprowadziły do domu. Mężczyźni zgromadzili się przy bramie. Na jednym ze słupków, na których się wspierała, była nabita kapiąca jeszcze krwią głowa Rudego. W jego pysk wetknięty był kawałek papieru. Wawrzyniec wyjął go i głośno przeczytał: „Zachciało się wam Metanoi? Będziecie, dupki, zdychać jeden po drugim jak ten kundel”.
– Żebym ja dorwał tych, tych… – Antoni nie dokończył i parsknął wściekle.
– Musieli podsłuchać którąś z naszych rozmów. Może kryli się gdzieś w ciemności, gdy byliśmy przy ognisku – stwierdził ksiądz Adam.
– Albo założyli podsłuch w naszych telefonach – postawił hipotezę Robert.
– Należy z tego wyciągnąć jeden praktyczny wniosek – Cyryl zachował spokój – Trzeba jak najszybciej zorganizować jakąś ochronę.
– Szatan nie śpi – powiedział niespodziewanie dobrą polszczyzną ksiądz Mario i przeżegnał się.

Rozdział VIII

Jak grom z jasnego nieba
Był początek września. Lato było jednak jeszcze, jak nigdy, w pełni. Ostatnie dni praca wrzała w Kosewku jak w ulu. Każdy dzień przynosił nowe problemy. Każdego dnia jakieś znajdowały swoje rozwiązania. Ksiądz Mario i ksiądz Adam byli od dwóch dni na Monte Saint Angelo. Henryk z Joanną załatwiali sprawy Metanoi w Warszawie. Bracia Wawrzyńca kończyli instalować swoje rodziny w tymczasowych mieszkaniach w Pomiechówku. Robotnicy dopiero wykopali doły pod fundamenty ich domów. Wawrzyniec obudził się dziś wcześnie. Wszedł do kuchni, zaparzył sobie kawę i włączył radio. Po chwili muzyki rozpoczęły się wiadomości. Spiker jak zawsze na początku prezentował ich skrót. Nagle do świadomości Wawrzyńca dotarła jedna z nich – „Dziś w nocy zmarł nagle na atak serca papież Jan Paweł X”.
– Jadwiga, Jadwiga – zaczął krzyczeć Wawrzyniec.
– Nie krzycz tak, obudzisz dzieci – Jadwiga rozczochrana, zaspana stała w drzwiach przeciągając się i ziewając – co się stało?
– Papież umarł – powiedział Wawrzyniec – zaraz będą o tym mówili.
– Dziś o piątej rano rozgłośnia watykańska – mówił spiker – podała, że o drugiej w nocy zmarł nagle na atak serca papież Jan Paweł X. Papież skończył tydzień temu 81 lat. Na nic się nie uskarżał. Jednak był coraz bardziej słaby i w Watykanie mówiono już o tym, że jego dni są policzone. Papież Jan Paweł X był, jak twierdzili niezależni watykanolodzy, człowiekiem centrum z lekkimi wachnięciami na prawo. Już po śmierci papieża Jana Pawła VIII spodziewano się, że rządy w Kościele katolickim obejmie wreszcie ktoś naprawdę nowoczesny, otwarty na świat, postępowy. Tak nie stało się wtedy, tak nie stało się pięć i siedem lat później. Papież Jan Paweł X trzymał w rękach klucze św. Piotra przez dwadzieścia lat. Przyszedł najwyższy czas na głębokie zmiany w kościele. I wszystko wskazuje na to, że teraz one nastąpią, że Kościół katolicki przestanie być wsteczną zmurszałą instytucją i dogoni świat. Niezależni watykanolodzy zgodnie przyznają, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że nowym papieżem zostanie znany ze swego liberalizmu i tolerancji amerykański kardynał Bob Karlenberg.
Wawrzyniec wyłączył radio.
– O Boże, tylko nie to – jęknął – Mam nadzieję, że to tylko takie pobożne – powiedział z przekąsem – życzenie bezbożników.
Dzień minął spokojnie. Wawrzyniec siedział w swoim gabinecie i tworzył tygodniowy program zgrupowania kandydatów na studentów, opracowywał schematy rozmów kwalifikacyjnych, sporządzał listy książek, które według niego musiały się znaleźć w bibliotece uczelni. Kłopot polegał na tym, że trzeba było wynająć człowieka, który by krążył po bibliotekach uniwersyteckich i kościelnych, i kserował wskazane pozycje. W księgarniach bowiem i antykwariatach nic nie można było dostać poza różnego typu poradnikami, książkami kucharskimi, romansami i kryminałami, i oczywiście literaturą spod znaku New Age. Pracę przerwał koło czternastej. Obiad jak zawsze zjedli z panem Janem.
– No i jak pan myśli? W którą stronę dokonują się zmiany w Kościele? Kto będzie papieżem? – zapytała się Jadwiga.
– Słuchałem dziś cały czas radia, również rozgłośni watykańskiej. Z informacji uzyskanych w ten sposób i na podstawie tego, co już wiedziałem – stwierdził pan Jan – wynika jasno, że nie można tu być optymistą. Faktycznie wszystko wskazuje na to, że papieżem będzie kardynał Bob Karlenberg lub, co mniej prawdopodobne, jeden z kardynałów należących do tej samej co on ultraliberalnej opcji.
– I co będzie? – Wawrzyniec był przerażony.
– Tzw. nowocześni księża, neomoderniści, a nawet różokrzyżowcy podniosą w Kościele głowy i zaczną dominować, narzucać ton, wyznaczać kierunek rozwoju czy raczej upadku Kościoła.
– Tym bardziej potrzebna będzie Metanoja – zauważył Wawrzyniec – To będzie walka już nie tylko o lepsze jutro, ale i o przetrwanie.
– Tak – powiedział pan Jan – Ja umrę spokojny, że zrobiłem wszystko, co mogłem, że nasze dzieło istnieje i rozwija się, ale wy, w takim wypadku, będziecie musieli borykać się z wieloma kłopotami. Będziecie mieli po prostu ciężkie życie.
Po obiedzie Wawrzyniec poszedł z panem Janem na długi spacer.
– Wiesz, Wawrzyńcu. Teraz dopiero widzę jak ważny dla zdrowia fizycznego jest stan psychiczny lub jeszcze lepiej jak wielka jest siła woli. Czuję się o wiele lepiej. Przybyło mi sił. Rzadko myślę o śmierci. I wiesz co, zaczyna powoli przerażać mnie to, że wcale nie chcę umrzeć. Moje życie nabrało sensu. Coraz bardziej mi się podoba. Mam po co żyć – pan Jan uśmiechnął się smutno.
– Wszystko może się jeszcze zdarzyć. Z tego, co mówili lekarze, już pan powinien nie żyć. Jeżeli pan dziś żyje, to może pan żyć jeszcze i za rok i za dwa.
– Dobrze by było. Jestem jednak gotowy na śmierć, oczekuję jej w każdej chwili, choć ,jak mówiłem, wcale o niej nie myślę. Wiem i to jest wiedza bliska pewności, że niedługo będę się musiał z wami rozstać. Carpe diem. Korzystam więc z chwili, z życia.
Doszli do stoku jednego z otaczających dolinę Kosewka wzgórz. Pan Jan zatrzymał się.
– Tu w centralnym punkcie doliny – powiedział – powinien stanąć wielki gotycki Kościół pod wezwaniem Opatrzności Bożej, której przecież zawdzięczamy Metanoję. Wiesz, chciałbym bardzo, żeby przed nim pod tym drzewem – wskazał stary dąb – znalazło się miejsce dla mojego grobu. Wtedy nie moglibyście o mnie zapomnieć.
– Załatwione – Wawrzyniec uśmiechnął się filuternie – Ale wie pan doskonale, że i tak jest pan obecny i będzie zawsze obecny w naszych sercach.
Po południu przyjechali bracia Wawrzyńca. O dziewiętnastej skupili się wszyscy przed telewizorem. Zaczęły się bowiem główne wieczorne wiadomości w regionalnej telewizji Mazowsze. Już w pierwszych słowach spikerka zapowiedziała, że w trakcie programu przeprowadzi rozmowę z kardynałem Bonawenturą Życikiem, ordynariuszem diecezji mazowieckiej. Gdzieś po piętnastu minutach ukazała się uśmiechnięta twarz kardynała, ulubieńca unijnych mass mediów, częstego gościa w programach ogólnoeuropejskiej telewizji VNV i zachodnich stacjach komercyjnych, które pozostawały w rękach lewicy lub ludzi spod znaklu New Age. Kardynał, jak to było w jego zwyczaju, był w garniturze i pod krawatem.
– Kto będzie papieżem? – zadała pierwsze pytanie spikerka – To pytanie, które nurtuje dziś wielu ludzi na świecie, nie tylko katolików. Czy w Kościele coś się wreszcie naprawdę zmieni? Tych zmian oczekują przecież chyba wszyscy.
– Tak, konieczność tych zmian – stwierdził kardynał – dyktuje duch czasów. Taka jest nieubłagana logika historii. Kościół nie może dłużej trwać w zapiekłym konserwatyzmie, który w istocie i efekcie jest tylko stagnacją, bezsilnością, katolicyzmem kapliczek. Sądzę, że przyjdą gwałtowne zmiany, radykalne, postępowe. Na konklawe będzie obecnych 83 kardynałów. Przynajmniej 50 z nich, jestem tego pewien, odda głos na kardynała Boba Karlenberga. Jeżeli będziemy mieli takiego papieża poradzimy sobie nawet z tym naszym sarmackim katolicyzmem i wreszcie wkroczymy na drogę, jaką od dawna powinien kroczyć nasz Kościół.
– Niestety, chyba wie, co mówi – Robert zgasił telewizor.
– Poczekaj, obejrzymy jeszcze wiadomości VNV – Tomasz wziął do ręki pilota i nastawił kanał pierwszy.
– Powiedzą to samo – stwierdził pan Jan.
Główny dziennik VNV oglądany był przez większość Europejczyków. Nadawany był w ramach specjalnego bloku integracyjnego w systemie, który pozwalał widzom odbierać go w każdym języku europejskim. Wypowiadali się krótko watykanolodzy, kardynałowie, biskupi, profesorowie teologii, zwykli księża. Przeprowadzono nawet sondę na ulicach Paryża, Berlina, Rzymu i Madrytu pytając przechodniów, jakiego papieża oczekują. Jako pierwszy mówił kardynał Bonawentura Życik. Była to ta sama wypowiedź, co dla telewizji Mazowsza. Ton pozostałych wypowiedzi był identyczny. Widać było wyraźnie, że pracownicy VNV starannie, nawet staranniej niż zwykle, dobrali rozmówców i „przypadkowych” przechodniów. Mówiono, że wreszcie będzie demokracja w Kościele katolickim, że na pewno kobiety będą mogły wreszcie być kapłanami, a homoseksualiści i lesbijki będą mogli związać się sakramentalnym węzłem małżeńskim. Mówiono o „unowocześnieniu” doktryny katolickiej, zmianach w spojrzeniu Kościoła na wiele kluczowych kwestii moralnych. Jeden z księży powiedział: „Mam nadzieję, że Kościół nie tylko uzna w końcu środki antykoncepcyjne za normalne, moralnie godziwe, środki regulacji urodzin, ale wreszcie zaakceptujeto, że w trudnych sytuacjach należy dokonywać aborcji”.
– Nawet jednego słowa nie powiedzieli o papieżu Janie Pawle X – oburzyła się Jadwiga.
– Co chcesz? Pomimo licznych gestów pojednawczych w stronę liberałów i pogan trzymał się on jednak ściśle w granicach nakreślonych jeszcze przez papieża Jana Pawła II. Nie był zatem ich ulubieńcem – powiedział Cyryl.
– Jednak nie miał już dużego wpływu na politykę kadrową w Kościele. Pojawiło się za jego pontyfikatu tylu modernistów i tzw. postępowych biskupów i kardynałów, choćby właśnie kardynał Bob Karlenberg i kardynał Bonawentura Życik – zauważył Wawrzyniec.
– Cóż, dawno już jeden z papieży powiedział, że dymy szatańskie wtargnęły do Watykanu – przypomniał Tomasz.
– Czekajcie, czekajcie, coś właśnie mówią o papieżu Janie Pawle X – krzyknęła Jadwiga.
– Rzecznik Watykanu – mówił spiker – oświadczył przed chwilą, że pogrzeb Jana Pawła X odbędzie się pojutrze. Zgodnie z życzeniem zmarłego papieża zostanie on pochowany w ogrodach watykańskich, a w uroczystościach pogrzebowych wezmą udział tylko jego najbliżsi współpracownicy, rodzina i przyjaciele.
– Coś ksiądz Adam się w ogóle nie odzywa – zauważył Wawrzyniec – Trzeba by do niego zadzwonić.
– No, to dzwoń – Jadwiga podała mu komórkę.
– „Aparat odbiorcy został wyłączony” – zacytował Wawrzyniec to, co słyszał w słuchawce – dziwne.
– Co w tym dziwnego? Może właśnie w tej chwili mają jakąś sesję – wyraził przypuszczenie Antoni.
– Nie, ksiądz Mario mówił, że będą zawsze kończyć już o osiemnastej – powiedziała Jadwiga.
– Cicho. Znowu coś będą mówić o Watykanie – Cyryl wskazał telewizor, na którego ekranie ukazało się godło papieskie.
– Właśnie przed chwilą – usłyszeli – rzecznik Watykanu poinformował dziennikarzy, że postanowiowo, iż konklawe odbędzie się już nazajutrz po pogrzebie papieża.
– Śpieszą się – powiedział pan Jan.
– Nic dziwnego. Mają być przecież szybkie zmiany – powiedział z sarkazmem Wawrzyniec.
Dwa dni Wawrzyniec pracował w swoim gabinecie do późnego popołudnia. Koło siedemnastej przychodził pan Jan, przyjeżdżali bracia i odbywało się swojego rodzaju robocze spotkanie, „burza mózgów”. Każdy składał sprawozdanie ze swojej pracy oraz wspólnie planowano następne kroki. Wszystkich zaczynało już niepokoić milczenie księdza Adama. Jego komórka była jak martwa. Nikt też nie zgłaszał się pod numerem, który podał im ksiądz Mario.
W dzień pogrzebu telewizja pokazała wielką manifestację, jaka odbyła się przed Watykanem. Dominowały transparenty – „Umarł król! Niech żyje król!”, „W piekle już się tobą zajmą”, „Niedługo szatan będzie papieżem, a papież będzie jego sługą”.
– Historia się powtarza – zauważył pan Jan – W początkach XX wieku mniej więcej takie same transparenty zobaczył w tym samym miejscu św. Maksymilian Maria Kolbe. Jego reakcją było założenie Rycerstwa Niepokalanej i ułożenie modlitwy za wrogów Kościoła, którą odmawiała jeszcze moja matka.
– Nie dziwię się teraz – powiedziała Jadwiga – że papież nie życzył sobie publicznego pogrzebu i nie chciał być pochowany w publicznym miejscu. Chociaż po śmierci chciał mieć spokój.
Następnego dnia wieczorem wszyscy znów zgromadzili się przed telewizorem. O dwudziestej miała się rozpocząć konklawe. Ekipa telewizji VNV zainstalowała się na placu św. Piotra, w studio zgromadzili się eksperci. Bezpośrednia transmisja spod Watykanu, przeplatana wypowiedziami i dyskusjami ekspertów, miała trwać aż do późnego wieczora.
– Lepiej wyłączcie telewizor albo przełączcie go na inny kanał. Po co się mamy denerwować? – powiedział Cyryl.
– Nie. Powinniśmy to obejrzeć – rozstrzygnął pan Jan.
Dziennikarka VNV stała przed watykańska bramą, przez którą wjeżdżały wciąż samochody.
– W tych samochodach – mówiła – znajdują się kardynałowie, który rozstrzygną nie tylko o tym, kto będzie papieżem, ale również o tym, jaka będzie przyszłość Kościoła katolickiego. Wszyscy w zasadzie stawiają na kardynała Boba Karlenberga, ale konklawe, jak uczy nas historia, przypomina zawsze mecz piłki nożnej – roześmiała się – Nikt z góry nie zna ostatecznego wyniku. Samochodów tych – wskazała ręką na ich sznur, jest, jak państwo widzicie, bardzo dużo. W dzisiejszej konklawe weźmie udział 82 kardynałów. Tylu bowiem ich dzisiaj jest na świecie po wczorajszej tragicznej śmierci kardynała Antoniego Tomanka z Czech, którego w bestialski sposób zamordowali nieznani sprawcy. Ulica jest już pusta. Szwajcarzy zamykają bramę. Wszyscy kardynałowie są zatem w środku. Konklawe rozpocznie się za pół godziny.
Na ekranie telewizora ukazały się reklamy. Prawie każda z jakimś akcentem klerykalnym. Na przykład jedna z nich pokazywała monstrualnie grubego kardynała, którego księża próbowali wepchnąć do samochodu. Potem ukazało się na ekranie pudełko z jakimś specyfikiem pomocnym przy odchudzaniu i cienki dziecięcy głosik powiedział: „Nie miałby takich kłopotów, gdyby stosował tabletki odchudzające P65”. W innej, która była reklamą specyfiku mającego zapobiegać niestrawności pokazany był papież, który trzymał się za brzuch i nie mógł powiedzieć słowa, bo mu się odbijało. Po reklamach pokazano teledysk Jacoba Rosenbluma, który zaśpiewał pieśń ku czci bogini Gai, w której refrenie powtarzały się słowa: „Papież dla mnie nic nie znaczy, bo dla mnie bogiem jest matka ziemia”.
Na ekranie znów ukazała się dziennikarka VNV, która tym razem stała przed wejściem do bazyliki św. Piotra.
– Wiemy już, że z nieznanych nam przyczyn wybory następcy św. Piotra poważnie się opóźniają. Oddaję głos do studia.
Eksperci w studio, choć mówili dużo, nie potrafili wskazać nawet hipotetycznych przyczyn tego opóźnienia. Bagatelizowali raczej sprawę. Dziennikarz w studio przerwał wreszcie ich jałowe wynurzenia i zapowiedział jako przerywnik mający skrócić czas oczekiwania program satyryczny. Program ten roił się aż od niewybrednych, często wręcz niesmacznych, żartów na temat Kościoła katolickiego.
Gdy się skończył znowu pokazano dziennikarkę VNV, która siedziała w plastikowym fotelu mając w tle zamek Anioła znany z tego, że w dawnych wiekach jeden z papieży musiał się w nim kryć przed usiłującą go zlinczować tłuszczą. Dziennikarka nie omieszkała przytoczyć tej historii, a wreszcie stwierdziła:
– Radio watykańskie podało dosłownie minutę temu informację o rozpoczęciu się konklawe. W jej ramach pojawiła się dziwna wiadomość, która wymaga jeszcze sprawdzenia. Komentator tego radia powiedział bowiem, że w konklawe bierze udział 145 kardynałów. Tylu nie ma przecież nawet razem z kardynałami emerytami. Czekamy na jakiś komentarz ze strony czynników watykańskich.
W tym momencie podszedł do niej jakiś mężczyzna i wręczył jej złożoną kartkę papieru. Zaczęła ją czytać głośno:
– Rzecznik Watykanu potwierdził informację, iż w konklawe bierze udział 145 kardynałów. Jednocześnie odmówił skomentowania tego faktu. Nie wiem, co powiedzieć – dziennikarka uśmiechnęła się bezradnie – oddaję głos do studia.
– O, cholera! – wyrwało się Cyrylowi.
– Co się dzieje? – Wawrzyniec spojrzał na pana Jana.
– Nie mam pojęcia – pan Jan bezradnie rozłożył ręce.
W studio, które ukazało się na ekranie telewizora, panował nieopisany bałagan. Eksperci nie zwracając uwagi na włączone kamery, a może po prostu tego nie zauważając przekrzykując się nawzajem rozmawiali przez komórki lub próbowali się przez nie połączyć. Kilku wyraźnie kłóciło się ze sobą. Ich twarze i głosy były podenerwowane i posępne.
– Proszę panów, znajdujemy się na wizji – przywołał ich do porządku dziennikarz prowadzący program w studio – Co panowie mają nam do powiedzenia?
– Nie wiem. To się po prostu nie mieści w głowie – powiedział jeden z nich.
Większość z pozostałych wykonało tylko przeczący ruch głową. Wreszcie odezwał się siedzący skromnie z boku korpulentny, łysawy starszy pan:
– Myślę – zaczął mówić powoli i ostrożnie ważąc każde słowo – że chyba, powtarzam, chyba, rację miał młody komentator „The Church and World”, który dwa lata temu postawił w jednym ze swoich artykułów tezę, że papież Jan Paweł X jest owładnięty idee fix, iż w najbliższych latach wytworzy się taka sytuacja na świecie, która pociągnie za sobą prześladowanie Kościoła i fizyczną jego eksterminację. Wynikiem tej idee fix miało być według tego dziennikarza rozpoczęcie przez papieża budowania równoległej struktury Kościoła, a co za tym idzie mianowania specjalnych tajnych biskupów i kardynałów, którzy mieli podjąć swoje funkcje w momencie zagrożenia. Ta teoria minęła wtedy bez echa. Włożono ją między bajki tym bardziej, że nie znaleziono żadnych faktów mogących ją potwierdzić. Nie widzę żadnego innego wytłumaczenia. Oczywiście, można różnie interpretować pojawienie się tej drugiej, tajnej struktury, ale jest ona chyba, w świetle podanych informacji, faktem.
– Co z tego wynika? – dziennikarz prowadzący program zwrócił się z tym pytaniem do wszystkich ekspertów.
Jeden z nich powiedział:
– Na pewno w tej chwili wiadomo jedno, że nic nie wiadomo. Wybór kardynała Boba Karlenberga stoi pod znakiem zapytania. Jak się zachowają nieznani nikomu kardynałowie? Na to pytanie nikt z obecnych nie potrafi odpowiedzieć. W tej sytuacji jesteśmy całkowicie bezradni.
Kilku ekspertów pokiwało potakująco głowami. Jeden stwierdził:
– Można jednak postawić pewne hipotezy.
Inny uciął dalszą dyskusję mówiąc sarkastycznie:
– Można też postawić hipotezy dotyczące obecności życia na planetach oddalonych od ziemi milion lat świetlnych, planetach, co do których nie wiemy, czy w ogóle istnieją.
Wszyscy w domu Wawrzyńca wpatrywali się w telewizor oczekując dalszego biegu wydarzeń. Nikt się dotąd nie odezwał. To milczenie przerwał w końcu pan Jan:
– Wszystko teraz może się zdarzyć. Pomódlmy się o to, by Duch Święty czuwał nad tym konklawe i bądźmy dobrej myśli.
Uklękli i zaczęli odmawiać różaniec. Akurat, gdy skończyli część radosną, na ekranie telewizora pojawiła się znów znana im dziennikarka. Tym razem z kolei stała na niewielkiej uliczce, która wychodziła na Watykan.
– Ta uliczka była kiedyś uliczką prostytutek – stwierdziła – Kobiety te były kiedyś, jak twierdzą historycy, najbardziej oddanymi członkiniami Kościoła katolickiego. Znaczną część swoich dochodów oddawały księżom. Kościół nigdy nie zrewanżował się im podobnie pięknym gestem osądzając te ciężko pracujące kobiety, żyjące często w nędzy, od czci i wiary.
Podczas gdy wymawiała ostatnie słowa dało się słyszeć wzrastający pomruk tłumu, zapewne tego, który zawsze podczas konklawe był zgromadzony na Placu św. Piotra. Po chwili pomruk ten przeszedł w głośny krzyk.
– Coś się musiało stać. Pójdźmy przed Watykan, żebyście państwo sami mogli to zobaczyć – powiedziała dziennikarka.
Zaczęła biec w kierunku Watykanu. Kamerzysta biegł za nią. Obraz podskakiwał. Momentami był zamazany. Wreszcie dziennikarka się zatrzymała. Kamera pokazywała ją kilka sekund i przesunęła się w lewo ukazując Watykan. Nad Bazyliką św. Piotra unosił się słup białego dymu. Kościół miał nowego papieża. Po kilku minutach na znanych całemu światu balkonie pojawiło się trzech kardynałów. Jeden z nich powiedział po włosku:
– Nowym następcą św. Piotra został kardynał Mario Morro. Przybrał on imię Leona XIV.
– Czy ktoś z was o nim słyszał? – zapytała się Jadwiga.
Wszyscy, łącznie z panem Janem, zaprzeczyli. Na ekranie telewizora pojawiło się znowu wnętrze studia telewizyjnego.
– Czy ktoś z panów wie, kim jest kardynał Mario Morro? – zapytał dziennikarz.
– Mogę chyba powiedzieć w imieniu kolegów tylko tyle, że nie jest to nikt ze znanych światu kardynałów. Możemy więc jedynie snuć jakieś przypuszczenia na podstawie imienia, które przybrał – powiedział jeden z ekspertów.
– Czekajmy więc na pierwsze informacje o nowym papieżu i jego zdjęcie – powiedział dziennikarz – Panów zaś – zwrócił się do ekspertów – proszę o wyciągnięcie wniosku z faktu, że nowy papież przybrał imię Leona XIV.
– Może to oznaczać – powiedział jeden z nich – że pragnie on kontynuować tradycyjną i konserwatywną myśl dziewiętnastowiecznego papieża Leona XIII.
– Może też jednak oznaczać, że pragnie być kontynuatorem choćby papieża Jana Pawła X, który przecież nazywał się Leon Gramsi – zauważył inny.
– Może, może – Robert ściszył telewizor – Przelewają z pustego w próżne.
– I co pan sądzi? – Jadwiga zwróciła się do pana Jana.
– Co ja mogę powiedzieć? Wydaje mi się jednak, że jest o wiele lepiej niż można było się spodziewać – stwierdził pan Jan.
– Ciekawe, co na to ksiądz Mario? On powinien się tu dobrze orientować – powiedział Wawrzyniec – Może do niego zadzwonić?
– Ksiądz Mario, ksiądz Mario – zaczęła krzyczeć Jadwiga.
– Co ksiądz Mario? Dlaczego tak krzyczysz? – spytał się Wawrzyniec.
– To ksiądz Mario został papieżem – wyjąkała Jadwiga wskazując na telewizor.
Na ekranie telewizora pojawiła się fotografia księdza Mario wyraźnie sprzed kilku lat. Robert nacisnął przycisk pilota regulujący głośność telewizora. Komentator telewizji VNV mówił właśnie:
– Kardynał Mario Morro ma 52 lata. Jego ojciec był znanym przemysłowcem włoskim. Jego pradziadek był premierem Włoch. Matka papieża była Polką. Po prawie stuletniej przerwie na stolicy Piotrowej zasiadł człowiek, w którego żyłach płynie polska krew.
Nikt nie słuchał już dalej. Wszyscy zaczęli krzyczeć, rzucali się sobie w ramiona, całowali się. Jadwiga głośno płakała. Panu Janowi jak nigdy drżały ręce. Widać, że jest zdenerwowany, ale i bardzo szczęśliwy. Wawrzyniec miał łzy w oczach. Krzycząc wybiegli z domu w nocną ciszę. Robert zaczął strzelać w niebo z pistoletu, w który uzbroił się, gdy zabito Rudego. Z domu za wszystkimi wyszedł też pan Jan. Zaraz ukląkł na trawie i zaczął się gorąco modlić. Po jego twarzy spływały wielkie łzy. Wszyscy się uspokoili i poszli w ślady pana Jana.
– Boże, Boże, Boże! – Wawrzyniec wzruszony, oszołomiony, szczęśliwy odmawiał modlitwę szepcząc tylko to jedno słowo.

Rozdział IX

Szatan nie śpi
Dobiegało południe. Wawrzyniec zwlókł się z łóżka. Tej nocy nikt nie mógł zasnąć. Ksiądz Mario okazał się być kardynałem od specjalnych poruczeń. Ksiądz Mario został papieżem. Wawrzyniec wciąż nie mógł w to uwierzyć. Wszedł do kuchni. Włączył radio, posłał Bazylego po gazety.
– W dalszym ciągu nie wiemy wiele o nowym papieżu – mówił spiker – Jedno jest jasne. W wyniku swego rodzaju przewrotu pałacowego Kościół znalazł się w rękach reakcyjnej konserwy. Wiemy, że kardynał Mario Morro figurował w spisach pracowników Watykanu jako zwykły ksiądz, dyrektor papieskiej biblioteki i że ostatnie dni przed śmiercią papieża Jana Pawła X spędził na Monte Saint Angelo, 200 km od Rzymu, gdzie odbywał się zjazd księży reprezentujących wsteczne prądy w Kościele. Bezsprzecznie papież Leon XIV reprezentuje taką właśnie opcję. Nie wróży to dobrze przyszłości Kościoła.
Wawrzyniec wyłączył radio i włączył telewizor. W programie telewizji Mazowsze powtarzano właśnie rozmowę, jaką rano przeprowadził jej dziennikarz z kardynałem Bonawenturą Życikiem. Wawrzyniec pierwszy raz zobaczył twarz kardynała bez tak charakterystycznego dla niego szerokiego uśmiechu. Kardynał Życik nie był też dziś za bardzo rozmowny. Pytania, którymi dziennikarz sypał jak z rękawa, zbywał półsłówkami.
– Pożyjemy, zobaczymy – powiedział wreszcie – Ja, w każdym razie, mogę państwu obiecać, że nic nie zmienię w swoim postępowaniu i w diecezji Mazowsze.
Bazyli przyniósł stos gazet. Ich pierwsze strony krzyczały wielkimi tytułami: „W Kościele wraca średniowiecze”, „Kontratak katolickiej reakcji”, „Tajny agent ciemnogrodu – papieżem”, „Jan Paweł X okazał się wilkiem w owczej skórze”.
Pan Jan wszedł do kuchni, gdy Wawrzyniec pochłonięty był lekturą jednego ze szczególnie zjadliwych komentarzy.
– W dalszym ciągu nie mogę jeszcze w to uwierzyć – stwierdził pan Jan na dzień dobry.
– Ja już uwierzyłem – uśmiechnął się Wawrzyniec.
– Wszystko teraz pójdzie nam łatwiej – pan Jan usiadł w fotelu.
– Wcale nie jestem tego taki do końca pewny. Jeszcze możemy mieć dużo kłopotów – powiedział Wawrzyniec – słyszał pan poranną wypowiedź kardynała Życika dla telewizji Mazowsze.
– Słyszałem. Nie przejmowałbym się jednak jego deklaracjami. Albo będzie posłuszny nowemu papieżowi albo przestanie być tutejszym ordynariuszem. Papież Leon XIV będzie, myślę, papieżem silnej ręki.
– No, tak. Można powiedzieć za kardynałem Życikiem „Poczekamy, zobaczymy” – Wawrzyniec wstał i włączył radio.
– Już pojutrze – mówił spiker – odbędzie się uroczyste wprowadzenie kardynała Mario Morro na stolicę Piotrową. Rzecznik watykański poinformował, że bezpośrednio potem papież Leon XIV uda się helikopterem na Monte Saint Angelo, skąd przemówi do katolików na całym świecie.
Zadzwonił telefon. Wawrzyniec ściszył radio i podniósł słuchawkę.
– Tak, tak – powiedział – Pojutrze, o dwunastej? Czy nie może to być inny termin? Nie? No, dobrze. Będę punktualnie.
– Kto dzwonił? – Jadwiga weszła do kuchni.
– Jakiś urzędnik z departamentu szkolnictwa wyższego Ministerstwa Edukacji euroregionu Mazowsze. Pojutrze mam być koło południa w ministerstwie. Mają jakieś zastrzeżenia do tych punktów statutu naszej fundacji, które dotyczą prowadzenia wyższej uczelni. Twierdzą, że są wśród nich punkty sprzeczne z prawem Unii Europejskiej.
– Niemożliwe – stwierdził pan Jan – moi prawnicy nie mogli popełnić żadnych błędów. Weź ze sobą mecenasa Payna. On jeszcze jest w Warszawie.
– Dobrze, zaraz do niego zadzwonię. Szkoda tylko, że nie będę pewnie mógł do końca wysłuchać przemówienia papieża. Nagrajcie mi na video – westchnął Wawrzyniec.
– Dlaczego ksiądz Adam nie daje dalej znaku życia? Martwię się już tym – powiedział pan Jan.
– Wszystko wskazuje na to, że towarzyszył, po śmierci papieża, cały czas księdzu Mario i że w czymś mu pomagał – stwierdziła Jadwiga krojąc chleb na późne śniadanie.
– Jakiemu księdzu Mario? Kardynałowi Mario – poprawił ją z uśmiechem Wawrzyniec.
– Dla mnie to będzie zawsze ksiądz Mario – uparła się Jadwiga.
– I co, pojedziesz na audiencję prywatną do papieża i będziesz do niego mówiła „proszę księdza”? – Wawrzyniec chciał dzisiaj wyraźnie zdenerwować Jadwigę.
– Ne kochanie. Jak zawsze masz rację – dziś Jadwigi nie było w stanie nic zdenerwować.
Tego dnia, jak i następnego nikt nie był w stanie nic zrobić. Wszystko leciało im z rąk. Nie mogli się na niczym skupić. Wieczorem, następnego dnia po wyborze papieża, Wawrzyniec urządził wielkie przyjęcie przy ognisku. Wawrzyniec urządził, a Jadwiga i żony jego braci miały pełne ręce roboty. Ich wysiłki nie poszły na marne. Potrawy, w które włożyły wiele pracy były wyborne. Na wielkim stole ustawionym w ogrodzie znalazł się nawet pieczony prosiak nadziewany farszem z kaszy. Wawrzyniec zadziwił wszystkich przygotowując kwiaty cukinii smażone w cieście, zupę segedyńską, a właściwie coś, co stanowiło jego wariacje na temat zupy segedyńskiej oraz „tort” apulski. Wszystkim smakowały też „brudne usta” w wykonaniu Jadwigi, których recepturę wydobyła jeszcze w Rzymie od księdza Mario. Zocha nazwała je „brudnymi ustami papieża”. Pan Jan był duszą towarzystwa. Sypał dowcipami. Zaskoczył też wszystkich robiąc kółko wokół domu na rowerze Jadwigi. Między nogami gości kręcił się popiskując szczeniak, mały kudłaty kundelek, którego Wawrzyniec kupił chłopcom na pocieszenie w jednej z wiosek za Pomiechówkiem, a którego oni nazwali trochę po staropolsku Kruczkiem.
Nastał wreszcie uroczysty dzień, w którym nowy papież, Leon XIV, miał pierwszy raz przemówić publicznie. Już o ósmej rano w domu Wawrzyńca było rojno i gwarno. O dziesiątej wszyscy skupili się przed telewizorem. Po transmisji z uroczystości w Bazylice św. Piotra na ekranie telewizora ukazał się widok Monte Saint Angelo. Następne ujęcie ukazywało przygotowane, jak było to widać, spiesznie lądowisko dla papieskiego helikoptera nieopodal miasta blisko hoteliku, w którym mieszkała rodzina Wawrzyńca podczas swojego tam pobytu. Papieża oczekiwał biskup Angelo Rossi, ordynariusz miejscowej diecezji, delegacja mieszkańców miasta, uczestnicy sympozjum, w którym jeszcze kilka dni temu brał udział ksiądz Mario, dzisiejszy papież. Kamera skierowała się na północny zachód w kierunku, z którego miał nadlecieć papieski helikopter ukazując równinę w dole.
– Jest godzina jedenasta – powiedział komentator telewizji VNV – papieski helikopter trochę się spóźnia. Dwie minuty temu powinien już wylądować.
Pośrodku ekranu ukazała się mała plamka, która szybko zaczęła rosnąć. Widać już było zarysy helikoptera.
– Jest, jest – głos komentatora dotąd spokojny, przybrał ton charakterystyczny dla komentatorów sportowych relacjonujących zbliżenie się piłkarzy pod bramką przeciwnika – za chwilę będzie lądował.
W tym momencie zza łańcucha gór wystrzeliła świetlista smuga. Wzbiła się w niebo, skręciła pod ostrym kątem i zetknęła się z helikopterem. Oślepiający błysk rozświetlił cały ekran telewizora. Za chwilę można było usłyszeć potężny huk eksplozji. Na ekranie pojawił się widok rozlatujących się we wszystkie strony szczątków helikoptera.
– Co za tragedia, co za tragedia – krzyczał komentator VNV – papież nie żyje, wszyscy nie żyją. Co za tragedia.
Jadwiga płakała. Pan Jan trzymał się za serce. Zocha wpadła w histerię i krzyczała rozdzierająco. Wawrzyniec był w szoku. Czuł się jak sparaliżowany.
– Zamordowali go, bandyci. Zamordowali go – wyszeptał Cyryl.
Robert zajął się Zochą. Dał jej tabletki uspokajające, szklankę wody. Wawrzyniec zajął się panem Janem, który na szczęście dochodził do siebie.
– Sami państwo widzieli – mówił tymczasem komentator VNV – w papieski helikopter trafiła rakieta typu ziemia-powietrze.
Na ekranie powtarzano w zwolnionym tempie pokazane przed chwilą obrazy.
– Kto mógł dokonać rakietowego ataku? – zadał pytanie komentator – Komu zależało na śmierci papieża? Z pewnością jest to dzieło jakichś, najprawdopodobniej islamskich, ekstremistów.
– Jakich tam ekstremistów – zawarczał wściekle Tomasz – Sami go zabiliście.
Zapadło milczenie, milczenie pełne rozpaczy i bólu. Słychać było tylko płacz chłopców.
– Boże! Boże! – powtarzał w myślach Wawrzyniec – Dlaczego? Dlaczego? Boże! Boże mój, dlaczego?!
– To niesprawiedliwe – odezwała się Jadwiga – To niesprawiedliwe.
– Bóg wie, co robi – powiedział pan Jan – zaufajmy mu, zaufajmy.
Wawrzyniec wstał. Poszedł na górę do swojego gabinetu. Przygotował wszystkie papiery fundacji.
– Muszę jechać – powiedział – na dwunastą mam spotkanie w ministerstwie.
Zszedł po schodach do piwnicy. Przeszedł dwa pomieszczenia, w których mieli spiżarnię. Wszedł do garażu. Otworzył go, otworzył drzwi samochodu. W tym momencie usłyszał przeraźliwy krzyk Jadwigi:
– Wawrzyniec! Wawrzyniec!- krzyczała rozdzierająco.
Wawrzyniec pomyślał, że coś się stało z panem Janem. Ruszył biegiem. Gdy był na schodach, głośny huk wstrząsnął całym domem. Podmuch od strony garażu powalił go na ziemię. Wawrzyniec na moment stracił słuch. Ból w uszach był nie do zniesienia. Leżał na schodach półprzytomny. Słyszał krzyk na górze, histeryczne zawodzenie Jadwigi. Ktoś podniósł go w górę. Ktoś go niósł. Półprzytomny zorientował się, że jest w kuchni. Jak przez mgłę zobaczył twarze, przerażoną Jadwigę, niespokojną pana Jana, zasępioną Antoniego.
– Co ci jest, co cię boli? – usłyszał niespokojny głos Jadwigi.
– Nic, nic – Wawrzyniec wstał – Co się stało?
– Twój samochód wyleciał w powietrze – powiedział Robert – Po garażu nie ma śladu.
– Uratował mnie krzyk Jadwigi. Otworzyłem drzwi od samochodu. Usłyszałem jak krzyczy i pobiegłem na górę – wyjąkał Wawrzyniec – Potem na schodach usłyszałem huk. Rzuciło mnie na ścianę. Potem niewiele pamiętam. Dlaczego tak krzyczałaś?
– Wyobraź sobie, że papież żyje! Nic mu się nie stało! Przyjechał na Monte Saint Angelo samochodem – Jadwiga miała łzy w oczach, tym razem łzy szczęścia.
– Helikopter – zaczął wyjaśniać Antoni – przelatywał koło Foggii, na której obrzeżach na jednym z parafialnych cmentarzy pochowany został ojciec papieża. Papież podjął nagle decyzję, że odwiedzi grób ojca i pomodli się przy nim. Helikopter wylądował na pobliskiej łące. Na cmentarzu papież spotkał starego proboszcza, który w dzieciństwie był jego katechetą, a później spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Papież chciał go ze sobą zabrać helikopterem na Monte Saint Angelo. Gdy okazało się, ze nie ma już w nim miejsca, zdecydował się pojechać na Monte Saint Angelo z tym księdzem jego samochodem. Gdy rakieta trafiła w helikopter byli w nim, oprócz pilota, osobisty sekretarz papieża i nowy rzecznik prasowy Watykanu.
– Kiedy papież będzie przemawiał? – spytał Wawrzyniec.
– Za dwadzieścia minut – stwierdzi Tomasz.
– Zadzwoń do ministerstwa – powiedział Robert – mogę się założyć, że nic tam nie będą wiedzieli o twojej dzisiejszej wizycie. Za dużo tych zbiegów okoliczności.
Wawrzyniec zadzwonił. Chwilę rozmawiał.
– Robert ma rację – stwierdził.
Na obrazie telewizora widać było cały czas panoramę Monte Saint Angelo. Kamera przeniosła się do wnętrza kościoła-groty, gdzie papież miał wystąpić. Dziennikarka VNV stała na schodach, na których w sierpniu rodzina Wawrzyńca uczestniczyła we Mszy św.
– Za dziesięć minut ma się pojawić papież. Oddaję głos do studia, gdzie mają jakieś nowe wiadomości – powiedziała.
W studio obecny był tylko jeden z komentatorów VNV. W rękach trzymał kilka kartek.
– Z wiadomości, które nadeszły dosłownie w tej chwili dowiadujemy się, że w ciągu ostatniej godziny dokonano szeregu zamachów na kardynałów i wyższych urzędników watykańskich. Od wybuchu bomby zginął kardynał Jack Down w Waszyngtonie. Zastrzelony został przed swoją rezydencją kardynał Julio Martinez z Hiszpanii. Przed wejściem do Watykanu zginęli od wybuchu granatu dwaj pracownicy Kongregacji Doktryny Wiary, Polak ks. Adam Klon i Słowak Frantiszek Zapaska. Ranni zostali kardynał Giuseppe Fera z Padwy i kardynał Otto Stuhr z Berlina. W powietrze wyleciały rezydencje kardynała Hansa Weinera z Wiednia i kardynała Artura Mc Midena z Dublina. W tych jednak wypadkach nikt nie odniósł nawet rany. Wszyscy wymienieni związani byli z osobą nowego papieża. Czyżbyśmy mieli do czynienia z jakimś spiskiem przeciwko jego ekipie?
Na ekranie telewizora znowu pojawiło się wnętrze kościoła na Monte Saint Angelo.
– Szatan nie śpi – pan Jan przypomniał słowa, jakie wypowiedział ks. Mario pod koniec sierpnia w Kosewku.
– Papież pojawi się za chwilę – stwierdziła dziennikarka VNV – Przy ołtarzu znajdują się już kardynałowie Angelo Sati z Neapolu, Wacław Korcz z Warszawy i George Green z Ottawy. Wszyscy trzej należą do grupy tych kardynałów, o których istnieniu świat dowiedział się dopiero w trakcie konklawe. Obok nich siedzi biskup Franco Zeffi ordynariusz miejscowej diecezji, ks. Pietro Fari z Foggi, który przyjechał z papieżem samochodem i jeszcze dwóch księży. Jak się dowiedzieliśmy, jeden z nich to Mirosław Patka z Bratysławy, a drugi ks. Adam Rybak z Mazowsza. Prawdopodobnie to uczestnicy sympozjum, które właśnie odbywa się na Monte Saint Angelo.
– Znalazł się ksiądz Adam – zauważył Wawrzyniec.
– Kościół wypełniają wierni z Monte Saint Angelo – mówiła dalej dziennikarka – i uczestnicy wspomnianego sympozjum. Mam przed sobą jego program. Sympozjum nosi tytuł: „Tradycja i przyszłość Kościoła”. Pod dzisiejszą datą o godzinie 11.30, a więc właśnie teraz miał wystąpić ksiądz Mario Morro z referatem pod tytułem „Jak powinien zachować się Kościół na progu XXII wieku?”. Być może, że wystąpienie papieża będzie jakąś skróconą i zmodyfikowaną jego wersją. Właśnie wchodzi papież.
– Zacznijmy, jak przystało na chrześcijan, od modlitwy – papież Leon XIV mówił po włosku – Pomódlmy się w intencji Kościoła i świata, aby Kościół był naprawdę i do końca święty, i tą świętością promieniał na cały świat, i aby ten świat umiał się wyzwolić od dominujących go dziś struktur grzechu i zaczął przekształcać się w Królestwo Chrystusowe na ziemi. W modlitwie tej pamiętajmy o zamordowanych dziś kardynałach i księżach. Oby dobry Bóg przyjął ich do grona swoich świętych. Ja zaś będę w tej modlitwie dziękował również Bogu za swoje cudowne ocalenie.
Rozpoczęła się modlitwa. Papież ukląkł. Wszyscy poszli w jego ślady. Po zakończeniu modlitwy i odśpiewaniu hymnu dziękczynienia, papież rozpoczął oczekiwane przez cały świat przemówienie:
– Najpierw chciałbym wyjaśnić, dlaczego przemawiam właśnie z tego miejsca. Powodów jest kilka. Znalazłem się dziś tutaj między innymi dlatego, że właśnie stąd Bóg powołał mnie na konklawe, na którym uczynił mnie papieżem. Przebywałem na Monte Saint Angelo na sympozjum pt. „Tradycja i przyszłość Kościoła”, sympozjum, którego byłem jako zwykły ksiądz jednym ze współorganizatorów. Na tym sympozjum zastanawialiśmy się nad przyczynami tego faktu, że Kościół zagubił dziś wiele ze swojego posłannictwa i w jakiejś mierze sprzeniewierzył się Chrystusowi. Na tym sympozjum zastanawialiśmy się nad tym, co trzeba by zrobić, aby ta sytuacja się zmieniła. Jako papież stawiam sobie dziś za cel między innymi właśnie zmianę tej sytuacji. Pragnę doprowadzić do tego, aby jego wewnętrzne życie i stosunek do świata było takie, jak tego życzyłby sobie nasz Pan i Zbawiciel, Król Świata, Jezus Chrystus, aby Kościół katolicki znowu stał się wspólnotą ludzi wiernych Bogu kroczącą drogami wyznaczonymi przez Pismo święte, nauczanie Kościoła i tradycję.
To miejsce, w którym się teraz znajdujemy jest miejscem szczególnym. To również jest powodem tego, że dzisiaj tutaj jestem. Jest to bowiem miejscem, które, jak to powiedział sam święty Michał Archanioł w VIII wieku, znajduje się najbliżej Boga. Jest to również miejsce, do którego nigdy nie miał dostępu szatan. Jest to więc miejsce święte i nieskalane. Pragnąłbym, aby moja dusza i dusze was wszystkich, moje serce i serca was wszystkich były takie jak to miejsce. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, mocy papieża, aby oczyścić z dymów szatańskich cały Kościół i doprowadzić do tego, by był on wszędzie, w każdym miejscu tak blisko Boga, jak tylko jest to na ziemi możliwe.
Potrzeba nam dziś heroizmu i świętości, pokory i posłuszeństwa, także męczeństwa, tego wielkiego i tego małego. Potrzeba nam sił, byśmy nie dali owładnąć się złu i zwyciężyli je w sobie i w świecie. Kościół na ziemi był zawsze i powinien być dziś i jutro, aż do końca historii nie tylko Kościołem miłości i wybaczenia, ale również Kościołem wojującym. To właśnie miłość, miłość silniejsza niż śmierć, miłość Boga i człowieka skłania nas do nieustannej walki, obrony wiary, prawdy, dobra i prawdziwej wolności, która jest tylko w posłuszeństwie Bogu, do walki o zwycięstwo Ewangelii, zwycięstwo, które nie będzie niczyją, poza szatanem, przegraną.
Kochaj bliźniego swego i nienawidź jego grzechu, powiedział św. Augustyn, wielki Doktor Kościoła. Wybaczenie jest wyrzeczeniem się zemsty, ale nie może być traktowane jako zgoda na zło, zgoda na nieposłuszeństwo Bogu. Jako papież, następca św. Piotra jestem zobowiązany przez samego Chrystusa do stania na straży depozytu wiary, do ochrony praw moralnych, które dobry Bóg zapisał w strukturze otaczającego nas świata i wypowiedział poprzez objawienie. Jako papież, następca św. Piotra jestem zobowiązany przez samego Chrystusa do przeprowadzenia Kościoła przez wszystkie niebezpieczeństwa, bezdroża i burze i doprowadzenia go do tego miejsca, jakie wskaże Bóg. Będę surowy i konsekwentny, użyję wszystkich środków, które znajdują się w mojej dyspozycji jako papieża, w które wyposażył mnie Jezus Chrystus, by przywrócić i ochronić to, czego mam strzec i do czego mam doprowadzić.
Kościół katolicki, mistyczne Ciało Chrystusa, jedyny Kościół, który posiada wszystkie środki konieczne do zbawienia jest Kościołem osób, które kochają Chrystusa, które Mu zawierzyły, osób posłusznych Chrystusowi. Jest zatem Kościołem tych, którzy uznają w pełni i do końca jego naukę.
Nie będę zabiegał o to, by w Kościele pozostali ci, którzy ignorują te prawdy. Obyś był gorący lub zimny. Usunę z Kościoła każdego, kto naruszy to, czego katolikom naruszać nie wolno. Szatan nie śpi. Krąży i szuka, kogo by tu pożreć. Zrobię wszystko, by nikomu nie zrobił krzywdy. Chrystus czeka na nas, na nasze słowa i czyny.
Będę Jego sługą i waszym sługą, ale waszym sługą będę o tyle tylko, o ile kierować was to będzie ku Chrystusowi i chronić przed zapędami szatana.
Papież zakończył swoje przemówienie błogosławieństwem dla Kościoła i świata, i opuścił Kościół. Kamera pokazała dziennikarkę VNV stojącą na głównym placu Monte Saint Angelo.
– Zgodnie z oczekiwaniami watykanologów – mówiła – papież dał wyraz swoim skrajnie konserwatywnym i reakcyjnym poglądom i…
Wawrzyniec wyłączył telewizor.
– Nie ma co tego słuchać – powiedział.
– Trzeba wreszcie – stwierdził Robert – zawiadomić policję o podłożeniu bomby pod samochód Wawrzyńca i szybko zorganizować jakąś ochronę z prawdziwego zdarzenia. Znacie jakąś godną zaufania agencję ochrony?
– Mój kolega szkolny – odezwał się Cyryl – z którym do dziś utrzymujemy stosunki, dobry Polak i katolik prowadzi taką agencję w Warszawie. Zaraz się z nim skontaktuję.

Rozdział X

Drugi wymiar metanoi.
Zadzwonił telefon. Wawrzyniec podniósł słuchawkę.
– No, nareszcie – wykrzyknął – właśnie widzieliśmy księdza w telewizji, obok papieża. Kiedy ksiądz wraca? Już jutro. Wspaniale. Czekamy niecierpliwie. Szczęść Boże!
– Wreszcie poznamy kulisy tego, jak go określały mass media, przewrotu pałacowego w Kościele – ucieszył się pan Jan.
– I czeka nas morze pracy – zauważył Cyryl – Musimy nadrobić te dni nieróbstwa.
Następnego dnia po siedemnastej wszyscy czekali przed domem na samochód księdza Adama. Pierwszy zobaczył go Bazyli i zaczął krzyczeć:
– Jedzie, jedzie!
Ksiądz Adam, choć blady i wyraźnie śmiertelnie zmęczony, był uśmiechnięty i rozpromieniony. Po kolei witał się serdecznie ze wszystkimi. Wreszcie weszli do domu i zasiedli jak zawsze w kuchni. Wszyscy przekrzykiwali się i zarzucali księdza Adama pytaniami.
– Hej, cisza! – krzyknął Cyryl.
– Skończmy z tymi dyrdymałami – powiedziała Jadwiga – Dopuśćcie księdza do głosu. Niech opowiada.
– Tak, tak – poparł ją pan Jan.
– Wiadomość o śmierci papieża Jana Pawła X – zaczął ksiądz Adam – dotarła do nas w przerwie obrad. Po jej zakończeniu wystąpił ksiądz Mario i powiedział, że nastaną teraz wielkie zmiany w Kościele w tym kierunku, jaki był nakreślany na tym sympozjum. Stwierdził, że on i część uczestników musi natychmiast udać się do Rzymu, że sympozjum zostaje przekształcone w swoiste centrum informacyjne, o którego charakterze i działalności poinformuje ks. Wladimir Hutka z Bratysławy. „Podporządkujcie się całkowicie księdzu Wladymirowi” – powiedział. Poprosił też o modlitwę za Kościół. Wraz z księdzem Mario salę opuściło ponad dwudziestu księży. Ksiądz ze Słowacji wziął mikrofon do ręki i stwierdził:”Mogę wam teraz powiedzieć, że w istocie jestem biskupem. Sakrę biskupią otrzymałem z rąk papieża dwa lata temu w kaplicy przy jednej z letnich papieskich rezydencji. Ten fakt miał być ujawniony dopiero po śmierci papieża. Tak więc – powiedział z filuternym uśmiechem – po opuszczeniu sali przez księży kardynałów ja jestem tu najwyższy rangą.” Z sali odezwały się zdziwione głosy:”Jak to? Co ksiądz mówi?”
– To musiał być dla wszystkich szok – odezwała się Jadwiga.
– Tak – ksiądz Adam wstał z krzesła i podszedł do okna – choć bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że to była wielka radość. Wiecie co, chozmy nad rzekę. Jestem wykończony. Taki spacer dobrze mi zrobi. Będę opowiadał po drodze.
Gdy wyszli na drogę biegnącą wzdłuż rzeki ksiądz Adam zaczął mówić dalej:
– „Wielu z was na tej sali nie jest wtajemniczonych lub do końca wtajemniczonych w sprawę – biskup Wladimir Hutka mówił poważnie, bez uśmiechu – Wszyscy zaraz poznacie to, co ma być tajemnicą dla świata jeszcze do dnia konklawe. Ale przedtem musicie złożyć uroczystą przysięgę, że nic z tego, co zostanie powiedziane na tej sali i nic z tego, co będzie działo się tu później, nie wyjdzie spoza naszego grona, aż do dnia, w którym będziemy mieli nowego papieża. Wstańcie i powtarzajcie za mną…” Złożyliśmy wszyscy przysięgę i wtedy ksiądz biskup Wladimir opowiedział nam o tym, co działo się w Kościele w ciągu ostatnich dwudziestu lat.
Doszli do małego sosnowego lasku w zakolu rzeki.
– Usiądźmy na chwilę – powiedział ks. Adam – Widzę, że Pan Jan jest już zmęczony.
– Wcale nie – obruszył się pan Jan – ostatnio jestem bardzo silny. Radość i nadzieja dają mi siłę.
– No, dobrze uśmiechnął się ks. Adam – Ale ja już ledwo dycham.
Usiedli. Ksiądz Adam kontynuował:
– Papież Jan Paweł X, gdy został papieżem, postanowił, jak wynikało to z wypowiedzi sławckiego biskupa, przeznaczyć pierwsze pięć lat swojego pontyfikatu na zapoznanie się z funkcjonowaniem administracji watykańskiej i Kościoła na całym świecie. Po tych pięciu latach zaczął bardzo ostrożnie dokonywać różnych ruchów zmierzających do zmiany obsady stanowisk w Kościele na całym świecie. Szybko zorientował, się, że tak naprawdę władza, która posiada jest bardzo ograniczona. Zaczął zatem działać w dwóch porządkach. Z jednej strony starał się w maksymalny sposób wpłynąć na istniejące struktury Kościoła i przekształcić je tak, by w jak największym stopniu panować nad nimi. Okazało się, że tu pole jego manewru jest bardzo ograniczone, że w Kościele działa lobby, które prowadzi własną, niezależną od papieża politykę. Z drugiej strony, zaczął tworzyć swego rodzaju równoległą strukturę Kościoła wykorzystując odpowiednie punkty prawa kanonicznego dotyczące specyficznych sytuacji. Zaczął więc powoływać potajemnie biskupów i kardynałów, którzy mieli się ujawnić po jego śmierci. Jednocześnie w bardzo ostrożny sposób, niejako konspiracyjnie wprowadzał zaufanych ludzi do struktur Kościołów lokalnych i powoływał biskupów i kardynałów, którzy oficjalnie w głoszonych przez siebie poglądach i prowadzonej działalności nie odbiegali od dominujących w Kościele trendów.
– I co, nikt się nie zorientował? – zainteresował się pan Jan.
– Nikt. To zakrawa na cud, ale nikt – stwierdził
ks. Adam – Po piętnastu latach takiej konsekwentnej działalności zbudował w Kościele swego rodzaju państwo w państwie, organizację funkcjonującą w ramach Kościoła, która nie ujawniała się przez całe lata przygotowując się w tym czasie do objęcia rządów bezpośrednio po jego śmierci. Biskup Wladimir Hutka powiedział nam w trakcie tego wystąpienia, że liczyli się z tym, ż wystąpią tu poważne trudności. W istniejących strukturach Kościoła jest wielu modernistów, liberałów, osób, które zostały wprowadzone do niego przez wrogie mu siły lub w taki czy inny sposób z nimi związanych, czy od nich uzależnionych. Wszystkie te osoby mogły zareagować na to, co się wydarzy w sposób, którego efektem byłoby rozbicie Kościoła. Należało zatem wziąć pod uwagę możliwość powstania schizmy. Według najbardziej pesymistycznego scenariusza mogłoby się tak zdarzyć, że nagle katolicy dowiedzieliby się, że są dwa Kościoły katolickie i dwóch papieży, tak jak to już miało miejsce w historii Kościoła, i mieliby trudności z rozpoznaniem, który z tych Kościołów i papieży jest, tak naprawdę, tym właściwym.
Ks. Adam wstał. Zrobił kilka skłonów. Spojrzał w niebo.
– Aby tego uniknąć – kontynuował śledząc wzrokiem klucz dzikich kaczek – został opracowany specjalny plan postępowania i powołany przez samego papieża Jana Pawła X specjalny zespół liczący ponad tysiąc osób, działający we wszystkich diecezjach wszystkich Kościołów lokalnych, którego zadaniem byłoby uniemożliwienie buntu przeciwko prawowitej władzy kościelnej i spowodowanie, aby nowy papież panował nad całym Kościołem. „My, obecni na tej sali – powiedział do nas biskup Hutka – będziemy spełniać w tym planie kluczową rolę.” Dostaliśmy do dyspozycji ponad pięćdziesiąt telefonów komórkowych połączonych z internetem. Tą drogą docierały do nas informacje z ponad pięciuset punktów na całym świecie. Były one zakodowane. Po odkodowaniu ich i odpowiedniej selekcji łączyliśmy je w jeden, znowu zakodowany, pakiet i przekazywaliśmy do centrum dowodzenia mieszczącego się w Rzymie. Stamtąd o każdej godzinie parzystej spływały do nas, również zakodowane, informacje połączone z odpowiednimi instrukcjami, które przekazywaliśmy do kilku tysięcy punktów na świecie.
– Nie dziwię się teraz, że ksiądz jest taki wykończony – stwierdziła Jadwiga – Wykonaliście wielką pracę,
– Tak pracy było bardzo dużo. Nie wyobrażałam sobie nawet, że człowiek może tyle wytrzymać – powiedział ks. Adam – wykonywaliśmy tę pracę w trakcie konklawe i około pięciu dni po jego zakończeniu. Było nas tam około dwieście osób. Pracowaliśmy w rytmie – szesnaście godzin pracy, osiem godzin wypoczynku. Gdy wyjeżdżałem do Polski wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że sytuacja w Kościele jest pod kontrolą papieża Leona XIV. Jeżeli ktoś spróbuje przeciwstawić się papieżowi i dokonać schizmy jego wysiłki doprowadzą najwyżej do jakiegoś buntu na marginesie Kościoła, buntu – który nie zagrozi w żaden sposób Kościołowi w skali światowej, a nawet Kościołom narodowym czy, w wypadku Europy, regionalnym działającym na terenie poszczególnych euroregionów. To w zasadzie wszystko.
– Czy ksiądz rozmawiał z papieżem? – zainteresował się pan Jan.
– Rozmawiałem długo. Była to taka rozmowa robocza.
– Czego dotyczyła? – spytał się Wawrzyniec.
– A, to niespodzianka, którą zostawiłem wam na deser.
– Kiedy poznamy tę tajemnicę? – dopytywał się Tomasz.
– Myślałem o tym – ksiądz Adam uśmiechnął się chytrze – i doszedłem do wniosku, że w ogóle nic wam nie powiem i sami się o niej dowiecie, wtedy byłoby największe zaskoczenie, z wieczornych wiadomości w telewizji Mazowsze. Już się jednak trochę wygadałem, ale nie powiem ani słowa więcej.
Jadwiga cały dzień męczyła księdza Adama.
– Niech ksiądz powie o tym tylko mnie. Nikomu nie zdradzę – powtarzała wciąż.
Wieczorem dołączyły się do niej żony braci Wawrzyńca. Ksiądz Adam nie miał ani chwili spokoju. Uśmiechał się tylko tajemniczo i milczał. Wszyscy więc zasiedli o dziewiętnastej przed telewizorem podekscytowani snując różne najbardziej fantastyczne przypuszczenia. Wreszcie zaczęły się wiadomości. Umilkli i czekali w napięciu, które doszło do szczytu, gdy spikerka powiedziała:
– A teraz, proszę państwa, wiadomości z życia Kościoła katolickiego.
– Cicho, cicho – syczała Zocha, choć nikt się nie odzywał.
– Papież – mówił spiker – dokonuje czystek w Kościele. Zmienia też jego struktury, również te, których dotyczyła umowa pomiędzy Kościołem a Unią Europejską. W wyniku tej umowy, jak państwo zapewne wiecie, granice diecezji miały się od 2078 roku zawsze pokrywać z granicami euroregionów. Papież złamał tę umowę i, jak wszystko na to wskazuje, ma zamiar łamać ją dalej, ale o tym w specjalnym wydaniu „Topu dnia”. Przejdźmy do informacji dotyczących Kościoła katolickiego na Mazowszu. Papież w ramach wspomnianej wielkiej czystki odwołał, między innymi, z funkcji ordynariusza diecezji mazowieckiej księdza kardynała Bonawenturę Życika powołując go jednocześnie do pracy w nowopowstałym w Rzymie Papieskim Instytucie do Badania Tradycji Katolickiej. Nowym ordynariuszem diecezji mazowieckiej został, należący do grupy tajnych kardynałów, kardynał Wacław Korcz, ten sam, który siedział podczas przemówienia papieża na Monte Saint Angelo obok niego. Nasz dziennikarz przeprowadzi teraz na żywo rozmowę z kardynałem Bonawentura Życikiem.
– To była ta niespodzianka – stwierdził spokojnie Cyryl – Bardzo miła niespodzianka. Ułatwi to w znacznej mierze funkcjonowanie Metanoi.
– Papież Leon XIV ma duże poczucie humoru – stwierdził pan Jan – kardynał Życik badaczem tradycji. A to dobre.
– Posłuchajmy, co ma do powiedzenia kardynał Życik – powiedział ksiądz Adam, uśmiechając się nadal tajemniczo.
– Ksiądz Adam nadal uśmiecha się tajemniczo – zauważyła zawsze spostrzegawcza Zocha.
Nikt jednak nie zwrócił uwagi na to, co mówiła. Wszyscy czekali, co powie były ordynariusz diecezji mazowieckiej.
– No, cóż… – kardynał Życik znowu był uśmiechnięty, może nie tak promiennie jak zawsze, ale jednak – Papież mnie potrzebuje. To dobry znak. Myślę, że będę należał do tych, którzy pomogą mu uświadomić sobie w sposób właściwy potrzeby Kościoła katolickiego dziś i wynikający z tego jego kształt i taktykę.
– Ten to potrafi wywrócić kota ogonem – powiedział prawie z podziwem Robert.
– Nie, on chyba wierzy w to, co mówi – stwierdził Wawrzyniec – Widocznie uważają, że prędzej czy później da się spacyfikować i wyciszyć papieża i dalej robić swoje.
– A teraz druga, podobnie sensacyjna wiadomość z życia katolickiego Kościoła mazowieckiego.
– Cicho, cicho, to jeszcze nie koniec – Wawrzyniec, przekrzykując gwar w kuchni, nastawił telewizor jeszcze głośniej.
– Papież Leon XIV wydał dokument powołujący nową diecezję w samym sercu Mazowsza. Jej granice wyznaczają rzeki Wisła, Bugonarew, Narew. Od północy jej granica będzie przechodzić ponad miastami Nasielsk i Płońsk. Nowa diecezja będzie się nazywać „Diecezja Metanoja”, a jej ordynariuszem będzie ks. Adam Rybak, który w przyszłym tygodniu otrzyma z rąk samego papieża sakrę biskupią. Współpraca księdza biskupa Adama Rybaka z kardynałem Wacławem Korczem zapowiada się dobrze. Są z jednego roku seminarium. Współpracowali ze sobą też pięć lat w parafii w Tłuszczu, gdzie Wacław Korcz był proboszczem, a Adam Rybak wikarym.
– Hurra! Hurra! – zaczął krzyczeć Wawrzyniec.
– Podziękujmy Panu Bogu – wyszeptał pan Jan, ukląkł i zaczął odmawiać modlitwę:
W środku burzy, która groziła zatopieniem wątłej łódki mego życia, podniosłem oczy do Ciebie, Gwiazdo nadziei, która raczyłaś się objawić w Dolinie Pompejańskiej. Pogrążony w goryczy, podniosłem z głębi duszy głos mój do Ciebie, o Królowo Różańca świętego i doświadczyłem potęgi Twojej. Któż godnie wyśpiewać zdoła chwałę Twego Różańca i zwycięstwa Twej Korony. Tyś otworzyła zbawienie świata, który właśnie usiłuje się wydobyć z ramion Chrystusa i oddać się szatanowi. Zwycięsko zdeptałaś świątynie pogańskie i nad ruinami wzniosłaś swój tron panowania. Miejsce zniszczenia zbudziłaś do nowego życia, a gdzie niegdyś nieprzyjaciel piekielny władzę dzierżył, otworzyłaś miejsce ucieczki, z którego Boskiemu Zbawicielowi przyprowadzasz narody. Z całego świata dzieci Twoje zbudowały Ci tam tron, jako pomnik Twoich cudów i jako znak zwycięstwa Twego miłosierdzia. Na wieki niechaj będą czczone i chwalone dzieła Twoje, o Pani i Matko moja, i błogosławione niech będą cuda, które w tej dolinie dzieją się za Twoją przyczyną. Salve Regina…
Jadwiga klęczała z trudnością. Drżały jej bowiem nogi. Powtarzając słowa modlitwy, łkała jak dziecko. Głośno płakała również Zocha. Nawet mężczyźni mieli łzy w oczach. Metanoja nabrała nowego wymiaru.
Po kolacji udali się całą gromadą na spacer wzdłuż rzeki. Było ciepło, cicho i pięknie. Szli milcząc i myśląc o przyszłości. Czekała ich wszystkich ciężka, ale z pewnością nie syzyfowa praca. Sam Bóg stworzył im takie warunki, o jakich nie marzyli nawet w najbardziej fantastycznych snach.
Pan Jan miał cały czas na twarzy promienny uśmiech. Szedł pod ramię z księdzem, jutro biskupem, Adamem. Był szczęśliwy. Wszyscy byli szczęśliwi. Noc była coraz bardziej granatowa, ale dla nich zaczął się budzić nowy dzień, wielki dzień.
Doszli do szosy. Wawrzyńcowi wydawało się, że Chrystus na przydrożnym krzyżu uśmiecha się do niego. Pocałował Jego zbolałe nogi.
Ciąg dalszy nastąpi.

Jeśli chcą Państwo otrzymać następny tom „Metanoji” proszę napisać na adres: Stanisław Krajski, 02-764 Warszawa, ul. Egejska 5 m 24 lub zadzwonić pod nr (022) 651-88-17.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s