Stanisław Krajski – Odzyskać wolność dla Polski i Polaków

wolnosc-2

1. Dlaczego w 1989 r. społeczeństwo polskie nie opowiedziało się za wolnością? – część II

Większość Polaków była zainteresowana odejściem komunistów, doprowadzeniem do sytuacji, w której byłoby „normalne życie” oraz dobrobytem, którego mitycznym wręcz wzorem był „Zachód”. O wolności się mówiło, ale jej się nie rozumiało. Jej pojęcie było mgliste. Nie była najważniejsza czy choćby fundamentalna, czy pierwszorzędna. Przez wolność rozumiano w sposób bardzo abstrakcyjny „swobody obywatelskie” i raczej taki stan, który oddawały najlepiej słowa, które można by przypisać szatanowi – „róbta co chceta”.
Jak Polacy rozumieli wtedy „normalne życie”?
Tak jak rozumieją je niewolnicy.
Po pierwsze, praca (a nie bezrobocie), praca najemna (w istocie niewolnicza lub do niewolniczej zbliżona), a nie praca na swoim (własne przedsiębiorstwo).
Po drugie, dobra płaca (tutaj wymagania wcale nie były wygórowane).
Po trzecie, opieka socjalna rozumiana jako zasiłki i szereg bezpłatnych świadczeń (nie było myślenia: doprowadźmy do takiej sytuacji, w której żadna pomoc ze strony państwa, żadna opieka socjalna nie będzie potrzebna).
Po czwarte, tzw. święty spokój – żadnych gwałtownych zmian, żadnych „rewolucji”.
Jak Polacy rozumieli wtedy dobrobyt?
Jego pojęcie zostało zredukowane do pojęcia, które wówczas zaczęło już królować na Zachodzie: nieograniczona konsumpcja (czyli szeroki dostęp do towarów i usług).
Nie zwracano uwagi wtedy i potem, że zwiększenie poziomu konsumpcji wiąże się z gwałtownym spadkiem jakości tego, co konsumowane, pracą ponad siły i zadłużaniem się przede wszystkim u zachodnich lichwiarzy w takim stopniu, że w każdej chwili groziło to bankructwem.

2. Mit Zachodu i jego rola w zanegowaniu wolności

Polacy żyli absurdalnym i całkowicie oderwanym od realiów mitem Zachodu („Europy”). Zawołaniem było: „zbliżmy się do Zachodu, a potem osiągnijmy ten sam poziom”.
Ten mit Zachodu powstał gdzieś w głębi PRL-u, już zapewne w latach pięćdziesiątych i rozwijał się przez cały okres komuny. Opierał się na znajomości towarów Zachodnich pojawiających się w paczkach od krewnych, którzy tam żyli i znajdujących się na półkach tzw. komisów, opierał się na opowieściach tych Polonusów, którzy odwiedzali swych krewnych w Polsce i tych Polaków zamieszkałych w kraju, którym udało się odwiedzić ten zachodni „Raj”, na filmach zachodnich, które pojawiały się w telewizji i kinach.
Obraz Zachodu był ponadto wyidealizowanym obrazem Europy lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, krainy, której dobrobyt wciąż wrastał, krainy, która cieszyła się wolnością, społeczeństw, w których rej wiodła stara i dobra klasa średnia, w której moralność chrześcijańska była moralnością panującą, krainy małych i średnich przedsiębiorstw.
Polacy nie zarejestrowali (nie mieli dostępu do danych; nie wierzyli komunistom) zmian jakie zaszły na Zachodzie w latach siedemdziesiątych: zastąpienie pieniądza realnego mającego pokrycie w złocie pieniądzem fiducjarnym, który opierał się na lichwiarskim długu; upadek (związany z pojawieniem się nowego pieniądza i gwałtownym wzrostem znaczenia i siły międzynarodowych koncernów) klasy średniej, zubożenie i bankructwo małych przedsiębiorstw, ogólne choć powolne ubożenie całego społeczeństwa, czego znakiem był coraz bardziej wszechobecny „socjal”.
Elity polityczne i media podsycały w Polsce ten mit, odwoływały się do niego i pogłębiały stanowiący jego podstawę, zrodzony za czasów komunizmu polski kompleks niższości wobec zachodniej Europy.
Politycy wprowadzali kolejne ograniczenia wolności i niepodległości Polski, wprowadzali obce prawa, wyprzedawali za bezcen polski majątek narodowy, zachęcali (również przez zwolnienia podatkowe) obce banki i firmy, w tym sieci supermarketów do działania na terenie Polski stosując najczęściej „argumenty” typu: „bo to nas zbliży do Europy”; „bo tak jest w Europie”; „bo Europa tego chce”; „to normalne w Europie”.
Polskie społeczeństwo poddawało się temu, co kiedyś nazywano „największa zdradą” – scudzoziemczeniu duszy, czego efektem musiało być oczywiście nowe wynarodowienie. To scudzoziemczenie duszy powodowało, że zaczęto akceptować przede wszystkim obce prawa, obyczaje i obcą dominację (oni lepiej wiedzą niż my).
W Polsce pojawiło się zatem to samo zjawisko, które pojawiło się w niej w XVIII w. i stało się wtedy istotnym czynnikiem utraty wolności, niepodległości i własnego państwa.

3. Mentalność niewolnicza

Na portalu „Mateusz.pl” można znaleźć materiał o. Jacka Salija pt. „Dwa opisy mentalności niewolniczej” poświęcony temu jak „być niewolnikiem Boga i oddać się w niewolę sprawiedliwości”. Dotąd, gdy cytowałem o. Salija to po to, by wejść z nim w zdecydowaną polemikę. Tym razem jednak muszę mu przyznać rację, gdy pisze: „Bycie wolnym nieraz domaga się podjęcia jakiegoś trudu, zawsze zaś uwarunkowane jest dostatecznym poziomem duchowej wyobraźni. Otóż komuś może tej wyobraźni zabraknąć, ktoś inny może nie mieć ochoty do podejmowania trudu bycia wolnym. Ta odmowa bycia wolnym nazywana jest zazwyczaj mentalnością niewolniczą. Nieraz przybiera ona postać odrzucenia samej nawet tęsknoty za wolnością. W warunkach niewoli mentalność niewolnicza jest sposobem przystosowania się do stanu poniżenia, a zarazem wyrazem utraty nadziei na uzyskanie należnych człowiekowi warunków życia. Po ustaniu niewoli mentalność niewolnicza może jeszcze trwać mocą siły bezwładu, może też być sposobem ucieczki od udziału w budowaniu społeczeństwa bardziej ludzkiego”.
Większości Polaków zabrakło w 1989 r., potem i teraz, tego „dostatecznego poziomu duchowej wyobraźni” oraz „ochoty do podejmowania trudu bycia wolnym”.
Po ustaniu komunistycznej niewoli mentalność niewolnicza trwała w Polsce „mocą siły bezwładu”.
Większość Polaków nie chciała jakichś gwałtownych zmian, bała się wszelkich „rewolucji”, głosowała w zasadzie wciąż na tych, którzy mówili tylko o „korektach”, obiecywali „spokój i stabilizację”.
Odrzucając komunizm i wybierając mit Zachodu Polacy zgodzili się jednak, raz jeden, na „rewolucję” w gospodarce i zgodzili się na „wolność” taką, jaką ta „rewolucja” niosła. Tym Polakom zabrakło wyobraźni. Nie domyślali się nawet, że ta „wolność” niesie dla nich nową postać zniewolenia. Gdy to spostrzegli, gdy to zauważyli, że ta „wolność” nie niesie za sobą „manny z nieba”, ale może np. oznaczać utratę pracy i brak „pomocy” ze strony państwa nie stwierdzili, że ta „wolność” wcale nie jest wolnością, nie stwierdzili, że wolność trzeba sobie samemu wywalczyć, zapracować sobie na nią, w mozole ją budować i jej bronić, ale odrzucili wolność jako taką. Na tym etapie wybrali starą niewolę – zagłosowali na komunistów. Tak powstały kolejne sejmy zdominowane przez komunistów (SLD), a prezydentem został stary komunista Aleksander Kwaśniewski.
Komuniści rządzili w Polsce przez 12 lat (w latach 1993-2005; rządy: Pawlaka, Oleksego, Cimoszewicza, Millera, Belki; prezydentura Kwaśniewskiego 1995-2005).
Był to czas szczególnej hańby, jawnego odrzucenia wolności, sprawiedliwości, wolnej Polski, czas, w którym jedna część polskiego społeczeństwa stawiała na starą niewolę, a druga przyglądała się temu biernie, nie protestowała w sposób zdecydowany i skuteczny.
Taki czas mógł nastać tylko dlatego, że miał miejsce Okrągły Stół, że Kościół nie powtórzył za bł. Popiełuszką: „z diabłem się nie paktuje” i sam wszedł z tym „diabłem” w układy, że państwo, w którym żyliśmy nadal było kontynuacją komunistycznego reżimu, że komuniści nie zostali rozliczeni, ukarani, odsunięci od wpływu na państwo, szkolnictwo i media, że wolność, na którą mieliśmy szansę w 1989 r., wolność, której wtedy trochę popróbowaliśmy została nie tylko niewykorzystana, ale również zarżnięta jak świnia bez większego społecznego sprzeciwu.
Gdy Polacy zobaczyli, że ci komuniści wcale nie ofiarowują im „małej stabilizacji”, że nadal realizują ten sam plan (jakby nie wiedzieli, że powstał on jako efekt porozumienia komunistów i „opozycji”, został przegłosowany w kontraktowym zdominowanym przez komunistów sejmie i zatwierdzony przez Jaruzelskiego) uczynili pewien zwrot, ale był to zasadniczo zwrot w stronę tych, którzy również zasiadali przy Okrągłym Stole.
W międzyczasie Polacy przyjęli za rządów komunistów (1997) nową konstytucję, w której były haniebne, przekreślające niepodległość Polski zapisy: Art. 90. 1 – „Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach”; Art. 91. – „1. Ratyfikowana umowa międzynarodowa, po jej ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej, stanowi część krajowego porządku prawnego i jest bezpośrednio stosowana, chyba że jej stosowanie jest uzależnione od wydania ustawy. 2. Umowa międzynarodowa ratyfikowana za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie ma pierwszeństwo przed ustawą, jeżeli ustawy tej nie da się pogodzić z umową. 3. Jeżeli wynika to z ratyfikowanej przez Rzeczpospolitą Polską umowy konstytuującej organizację międzynarodową, prawo przez nią stanowione jest stosowane bezpośrednio, mając pierwszeństwo w przypadku kolizji z ustawami”.
Za przyjęciem tej konstytucji, jeśli uznamy, że nie było oszustwa wyborczego, opowiedziało się 52, 70% głosujących. Referendum to odbyło się przy frekwencji niespełna 43% uprawnionych do głosowania, czyli 22, 6% uprawnionych głosowało za tą konstytucją. Weszła ona zatem w życie, bo poparło ją 6 milionów 398 tys. obywateli. To jest wolność? To jest demokracja? Mniej niż jedna szósta mieszkańców Polski zadecydowała o utracie przez nią niepodległości. A co z resztą? Wielu to w ogóle nie interesowało (57% dorosłych obywateli). Pozostali (ok. 6 milionów dorosłych obywateli) nie wyszli na ulicę. Nie walczyli o wolność, o Polskę.
W 2003 r., również za rządów komunistów, odbyło się referendum w sprawie wejścia Polski do Unii Europejskiej, dotyczące tego „przekazania organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencji organów władzy państwowej”. 41,15% dorosłych Polaków wyniki tego referendum nie obchodziły. Wśród tych, którzy wzięli udział w głosowaniu 77, 45% było za utratą przez Polskę niepodległości. Przeciwko opowiedziało się tylko niespełna 4 mln Polaków. Zdrada? Rezygnacja z wolności? Tak.
Zwyciężył znowu absurdalny mit Zachodu. Zwyciężyła mentalność niewolnicza.
W tym czasie Zachód zaś zaczął już dogorywać. Rozpoczął się jego koniec.
Warto tu jeszcze dodać dwie uwagi.
W starożytnej Grecji, gdzie problem niewolnictwa był na porządku dziennym mawiano, że niewolnik to ktoś, kto nie ma własnego domu, kto w żadnym miejscu nie jest u siebie.
Czy po 1989 r. mięliśmy własny dom, czy mamy go teraz?
Czy jesteśmy u siebie?
Trudno nie zgodzić się, przynajmniej w części, z następującą wypowiedzią, którą można znaleźć na portalu „Nieporawni.pl”: „Myślę jednak, że to nie Polaków cechuje mentalność niewolnicza, lecz polską elitę, która w tym przypadku jest błędnie utożsamiana z Polakami. Mentalność niewolnicza jest częścią tradycji wyrosłej z PRL-u polskiej elity.
Dopowiedziałbym to zdanie w tej sposób.
„Polska elita”, również ta „prawicowa” nie przekazała Polakom prawidłowego rozumienia wolności, nie budziła w nich jej głodu. Wręcz przeciwnie dezorientowała w tej materii Polaków, pracowała usilnie przez wszystkie te lata nad tym, by mentalność niewolniczą Polakom wszczepić i utrwalić ją w ich świadomości. I w bardzo znacznej mierze to im się udało.
Można tu jeszcze zauważyć, że w ramach takiego działania wbijano Polaków systematycznie w kompleks niższości, wmawiano im różne winy i wady, wręcz odpowiedzialność czy współodpowiedzialność za zbrodnie, które popełnili inni. Obrzydzano systematycznie wszystkie praktycznie zrywy narodowe i powstania przekonując, że zbrojna walka o wolność nie sensu, że namawiali nas do niej wrogowie Polski lub była ona efektem nieracjonalnych emocji, pozwalano na to ( i nie reagowano na to), by na polskiej świadomości dokonywano różnych antypolskich (godzących w naszą wolność) manipulacji, by to, co dziś nazywa się przemysłem rozrywkowym wchłaniało polskie dusze, rozbierało je na części i składało na nowo w taki sposób, by nie było w nich nawet miejsca dla myśli o wolności.
Dodajmy: Kościół polski pozostawał w zasadzie bierny wobec tego zjawiska.

4. Brak wolności w perspektywie politycznej

Elementem tego, co „elity polskie” wmawiały Polakom po 1989 r. był „etos demokracji”. Z jednej strony wmawiano nam, że to jedna z najważniejszych wartości, z drugiej strony przekonywano nas, że ją mamy. Słyszeliśmy, co prawda, głos św. Jana Pawła II, który przypominał, że „demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”, ale spływało to po nas chyba „jak po gęsi”.
Wolność polityczną w Polsce zniszczono przez ordynację wyborczą do sejmu. Po 1989 r. nie stworzono w Polsce w tej perspektywie podstawowej sytuacji umożliwiającej społeczeństwu wybór na posłów swoich faktycznych reprezentantów i pełną nad nimi kontrolę. Nie można było glosować tylko na konkretne osoby, wybierać posłów niezależnych i nie można było odwołać posła. Glosowało się na partie, ewentualnie komitety wyborcze, na osoby, które zostały wskazane przez inne osoby (liderów komitetów czy partii politycznych). Początkowo, gdy jeszcze nie wprowadzono progu wyborczego, społeczeństwo miało większą możliwość wyboru i większe szanse na wybranie tych, z którymi wyborcy mogli się w pełni utożsamiać. W sejmie I kadencji znalazło się ponad 20 ugrupowań. Następnie politycy zaczęli się domagać wprowadzenia progów wyborczych, „bo to jest lepsze dla Polski”, „bo państwo będzie wtedy silniejsze”, „bo rząd i sejm będą bardziej efektywne”. Zaczęto wprowadzać kolejne zmiany i nowe sposoby ustalania liczby miejsc w sejmie dla poszczególnych ugrupowań, które się w nim znalazły.
Jakie były tego ostateczne owoce?
Doprowadziło to do sytuacji, w której głosuje się w Polsce na lidera (czy jak kto woli na „firmę”), a on (lub wąska partyjna elita) wybiera kandydatów na posłów. Ktoś, kto głosuje na daną osobę musi mieć świadomość, że głosuje też na inne osoby (na partię) i że efektem jego głosowania na tę osobę może być wybór innej osoby lub utrata głosu. Politycy skłonili, w praktyce, wyborców do tego, by nie kierowali się swoim „politycznym sumieniem”, swoimi poglądami i ocenami, ale przyjęli „postawę pragmatyczną” („zagłosuję na tamtych, bo oni wejdą do sejmu”, „zagłosuję na tych, bo w ten sposób zagłosuję przeciwko tamtym”).
Zastosowane przeliczniki powodowały, że formacja, która otrzymywała np. trochę ponad 30% głosów miała w sejmie ponad 50% posłów i rządziła samodzielnie, a więc nie była w sejmie kontrolowana czy powściągana przez kogokolwiek.
W ten sposób doprowadzono do tego, że Polską rządziły niepodzielnie grupy, które w istocie miały poparcie jedynie kilkunastu procent wyborców (gdy połowa wyborców w ogóle nie poszła na wybory).
Demokracja w Polsce, w efekcie, przekształciła się w rządy oligarchiczne. Kilkadziesiąt osób w Polsce określa kto będzie na listach wyborczych, a potem kilka (lub w najlepszym wypadku kilkanaście) osób decyduje o tym jak ci posłowie, których głosy będą rozstrzygać mają głosować. We wszystkich klubach poselskich wprowadzono przecież obowiązek dyscypliny klubowej i surowe kary za jej złamanie (karą może być usunięcie z klubu, ale w istocie największa kara polega na tym, że ta osoba nie znajdzie się na listach kandydatów do sejmu w kolejnych wyborach).
Są tacy, którzy mówią, że jest to zwycięstwo „prymitywnego partyjniactwa”, które prowadzi do tego, że „partie polityczne traktują posłów jak swoich etatowych pracowników”. Prawnicy twierdzą zaś, że dyscyplina klubowa jest sprzeczna z konstytucją, ponieważ konstytucja stanowi w artykule 104 punkcie 1, że posłowie są wyłącznie przedstawicielami Narodu, a nie np. lidera partii („Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców”).
To wszystko, z kolei, doprowadziło do tego, że w Polsce wiele środowisk nie ma żadnej reprezentacji w parlamencie, a prym w nim faktycznie wiodą dwie grupy oligarchiczne, które wymieniają się przy władzy. Świadomość społeczna zostaje tu tak zmanipulowana, że ludzie się z tym godzą, uznają to za „stan naturalny” i rezygnując z wpływu na kształt państwa, gospodarki, finansów, szkolnictwa, polityki zagranicznej itd. poddają się woli partyjnych liderów.
Wolność w tej perspektywie zanika całkowicie i pozostają tylko puste hasła, a mentalność niewolnicza się ugruntowuje i poszerza swój obszar.

5. Zostaliśmy oddani w ręce lichwiarzy

Nowa Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej została uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe w dniu 2 kwietnia 1997 r., przyjęta przez Naród w referendum konstytucyjnym w dniu 25 maja 1997 r., podpisana przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 16 lipca 1997 r. Weszła w życie w dniu 17 października 1997 r.
Jakoś nikt (ani politycy, ani Kościół, ani społeczeństwo) nie zwrócił głośno uwagi na to, że nie reguluje ona w sposób wyraźny jednej z najważniejszych kwestii w funkcjonowaniu państwa i życiu społeczeństwa: kształtu ustroju finansowego i ustroju bankowego.
W konstytucji tej znalazły się dwa artykuły dotyczące cząstkowo tej kwestii: jeden, który powinien wszystkich przerazić i drugi, który miał, w innej perspektywie, ich uspokoić.
Ten przerażający (art. 220, 2.), godzący w podstawowe interesy państwa i wszystkich Polaków brzmiał: „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa”.
Znaleźli się posłowie, politycy i dziennikarze (warto by sporządzić ich imienną listę), którzy uspokajali (skutecznie) innych posłów i polityków (którzy w tej dziedzinie się nie orientowali) oraz opinię publiczną tak tłumacząc ten artykuł „To jest artykuł w interesie nas wszystkich, bo uniemożliwi nieograniczoną emisję złotówki przez państwo i co za tym idzie inflację, która by w nas wszystkich boleśnie uderzyła. I tylko o to chodzi”.
Wiadomo było, że deficyt budżetowy będzie wciąż olbrzymi. Rząd zmuszony był teraz do pokrywania go przez zaciąganie wysokooprocentowanych kredytów w bankach komercyjnych (a więc w istocie w zachodnich, i na dodatek masońskich, bo tylko one mogły pożyczyć tak znaczne sumy). Banki te w początkowym okresie pożyczały często najpierw te pieniądze od NBP na symboliczny procent.
Prawda o tym artykule konstytucji była więc taka: „Skutkiem obowiązywania tego zapisu będą niekończące się długi Polaków. W długach pogrążą się: rząd, władze lokalne, przedsiębiorstwa, szpitale, uczelnie itd. W konsekwencji będziemy za wykonaną pracę otrzymywali mniej i będziemy płacić coraz większe podatki. Prowadzone przez nas firmy i przedsiębiorstwa nie rozwiną się w pełni. Wszyscy bezpośrednio lub pośrednio będziemy niewolnikami nielicznej grupki bankierów” (cytat za: http://niepoprawni.pl/blog/3977/oszustwo-w-polskiej-konstytucji).
Ten drugi artykuł, który miał nas uspokoić to był Art. 227. 1.: „Centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza”.
Uspokoił on jednak tylko tych, którzy nie znali ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o Narodowym Banku Polskim. Zauważmy, że ustawa ta, została uchwalona przez sejm nim konstytucja weszła w życie (sama ustawa weszła jednak w życie dopiero, jak głosi to jej art. 76 z dniem 1 stycznia 1998 r.).
Artykuł 4 tej ustawy brzmi: „NBP przysługuje wyłączne prawo emitowania znaków pieniężnych Rzeczypospolitej Polskiej”.
Istnienie tego artykułu, niezgodnego ewidentnie z konstytucją, zmieniało całkowicie sytuację finansową Polski godząc w bezpieczeństwo finansowe państwa i społeczeństwa, powodując, że państwo polskie utraciło kontrolę nad polskim pieniądzem oraz sprawiając, że znaczna część dochodów tak państwa jak i społeczeństwa zaczęła być zagrabiana przez banki zachodnie. W perspektywie finansów (a co za tym idzie i gospodarki) utraciliśmy wolność.
W artykule konstytucji jest mowa o „pieniądzu”, a w artykule ustawy o NBP o „znakach pieniężnych”. Jaka jest między nimi różnica?
Definicje pieniądza i znaków pieniężnych są bardzo precyzyjne.
Możemy o tym przeczytać choćby w Wikipedii: „Rozwój bankowości doprowadził do oddzielenia pojęcia pieniądza (jako abstrakcyjnego miernika zasobów kapitałowych) od pojęcia znaku pieniężnego, którego fizyczne posiadanie oznaczało posiadanie określonej ilości pieniędzy. Współczesna doktryna mówi, że na pieniądz składają się trzy elementy: jednostka pieniężna, suma pieniężna oraz znak pieniężny. Ten ostatni jest materialnym nośnikiem jednostek pieniężnych”.
Znakami pieniężnymi są zatem banknoty i monety. Pieniądz może również jednak, jak wszyscy to wiemy, występować w formie elektronicznej.
Z konstytucji wynikałoby zatem, że tylko Narodowy Bank Polski może wytwarzać pieniądz papierowy, metalowy i elektroniczny.
Gdyby tak było banki zachodnie mogłyby udzielać kredytów w bardzo ograniczonym zakresie, ponieważ mogłyby korzystać wyłącznie z pieniędzy zgromadzonych na lokatach klientów. Pieniądze, w szerokim zakresie, mógłby pożyczać bankom komercyjnym, i ewentualnie, obywatelom (gdyby w ustawie o NBP był zapis na to zezwalający) NBP kreując pieniądz elektroniczny.
W świetle jednak ustawy o NBP prawo do kreacji pieniądza elektronicznego mają inne banki (NBP ma monopol tylko na pieniądze papierowe i metalowe), a NBP może udzielać kredytów tylko bankom.
Komercyjne banki zachodnie wykreowały tyle pieniędzy, sprzedając je najczęściej za ich dwukrotną wartość, obywatelom Polski, polskim firmom i państwu, że już w 2014 r. (to są ostatnie dane, które podał NBP) monety i banknoty, stanowiły jedynie 13% środków rozliczeniowych funkcjonujących w polskim systemie finansowym.
Tak więc 87% pieniądza w Polsce to pieniądz, którego nie wyemitowało państwo polskie, pieniądz, który sprzedali nam za „ciężkie pieniądze” (i za owoce naszej pracy) prawem kaduka obcy i który, choć teoretycznie jest w naszych rękach, może zniknąć w jednej chwili jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (wystarczy wyłączyć serwery w kilku największych bankach).
Zauważmy, tak na marginesie, że prawdziwie polski sejm i rząd dobrej woli mogłyby w kilka dni doprowadzić do tego, że pieniądze elektroniczne kreowałby tylko NBP (zmieniając nieznacznie jeden jego artykuł tak, aby był w duchu konstytucji). Po tej zmianie wszystkie banki komercyjne musiałyby pożyczać złotówki od NBP (a nie same je kreować). NBP mógłby pożyczając im pieniądze postawić warunek np. taki: „My pożyczymy wam na 3%, a wy nie możecie pożyczać polskim firmom i obywatelom na więcej niż 5%. W ten sposób dochody państwa gwałtownie by wzrosły a dostępność nisko oprocentowanych kredytów spowodowałaby rozwój polskich firm i zmniejszenie kosztów życia obywateli. Dodatkowo umieszczone przez obywateli lokaty w bankach natychmiast zaczęłyby być wysokooprocentowane, co przynosiłoby obywatelom dodatkowe dochody. Banki bowiem udzielałyby kredytów w pierwszym rzędzie w oparciu o długoterminowe lokaty (bo parzcież nie mogłyby kreować pieniędzy).

6. Gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy?

Nasze rolnictwo gwałtownie się kurczy i upada, traci swoje niepowtarzalne w Europie zalety. Wsie się wyludniają. Ich mieszkańcy zasiadają do niewolniczej pracy przy kasach w zachodnich supermarketach lub emigrują za chlebem. Polska zalewana jest zewsząd żywnością kiepską i trującą.
A moglibyśmy w tej mierze być samowystarczalni, moglibyśmy budować swój dobrobyt karmiąc całą Europę, dostarczając jej ekologicznej żywności.
Płody rolne przetwarzane są w Polsce przez obce, wielkie firmy, które poddają je wywołującym raka i inne choroby technologiom, których wyroby mają w sobie więcej chemii, niż natury.
Nasze zakłady przetwórstwa spożywczego należą do wielkich ponadnarodowych koncernów takich np. jak IK Investment Partners (jest on, między innymi właścicielem firm: „Łowicz”, „Fortuna”, „Fortuna Karotka”, „Tarczyn”, „Kotlin”, „Włocławek”), Nestle (przejęła znaczną część rynku kawy, czekolady, płatków, śniadaniowych, odżywek dla dzieci przejmując polskie firmy takie jak np. „Winiary”, stała się też, miedzy innymi właścicielem wody mineralnej „Nałęczowianka”).
Nasze zakłady przetwórstwa spożywczego są już holenderskie ( np. „Kruszwica” produkująca między innymi olej „Kujawski”; Holendrzy mają 64,22% udziałów), amerykańskie (np. „Kruszwica” produkująca między innymi olej „Kujawski”; Amerykanie mają 25,26% udziałów; „Pudliszki”, „Kamis” – przyprawy, musztardy, itp., „Galeo” – przyprawy), szwajcarskie (np. „Wawel”), chińskie (np. „Krakus”, „Morliny”), koreańskie (np. „Wedel”), duńskie i szwedzkie (np. „Sokołów”), izraelskie (znaczna część rynku produkcji kawy należy do izraelskiej firmy Strauss; koncern produkuje między innymi takie kawy jak: „Pedro`s”. „MK Cafe”, „Sahara”, „Optima”, „Fort”, „Mildano”).
Całe przetwórstwo owoców miękkich zostało przejęte przez obce firmy. Polskie mleko jest w znacznej mierze przetwarzane przez międzynarodowe koncerny. Prym wiedzie tu koncern „Danone” założony w Barcelonie przez greckiego Żyda oraz wywodzący się Niemiec koncern „Zott”.
Zalewają nas niezliczone ilości wyrobów z Chin, głównie tandety, bo jak nam mówią „są tańsze”, a „my jesteśmy biedni”. Jesteśmy biedni, bo niczego już nie produkujemy, bo zalewają nas niezliczone ilości wyrobów z Chin. Moglibyśmy wszystko to wytworzyć sami w małych i średnich firmach. Pewnie te nasze wyroby były droższe, ale byłyby zdrowsze i o wiele lepszej jakości. Bylibyśmy bogatsi i w istocie mniej by nas kosztowały niż chińskie badziewie.
Handel, który przecież nie wymaga większych nakładów i żadnych „nowoczesnych technologii”, znalazł się większości w rękach międzynarodowych koncernów, a małe sklepy spożywcze uciekają przed bankructwem poddając się zagranicznym korporacjom takim jak „Żabka” (słowacko-czeskie przedsiębiorstwo zarejestrowane na Cyprze), „Odido” (firma niemiecka), „Lewiatan” (firma portugalska).
Również hurtownie artykułów spożywczych są w znacznej mierze w rękach zachodnich firm (np. niemieckiej Makro Cash and Carry).
Przemysł, w tym również lekki, zdominowany jest przez wielkie korporacje, które wypychają z rynku małe i średnie polskie przedsiębiorstwa. W pierwszej setce największych przedsiębiorstw tylko 17 „należy do kapitału polskiego”. Ten „polski” kapitał ma takie powiązanie i tak wymieszany jest z obcym kapitałem, że trudno dociec, kto jest faktycznym właścicielem, kto podejmuje decyzje i gdzie trafiają jego zyski.
Banki zachodnie, powiązane z Rockefellerami i Rothschildami, trzymają dosłownie za gardło polskie państwo, polską gospodarkę, polskie społeczeństwo. Zadłużenie wszystkich jest tragiczne i wciąż i to lawinowo wzrasta. Jesteśmy o krok od totalnego bankructwa, jesteśmy zakładnikami. Nasz los jest w ich rękach.
„Polskie” prawo to w znacznej mierze prawo, które powstało poza Polską (i przeciwko Polsce). Te, które uchwalił „polski” sejm ma taki charakter, że jest obce cywilizacyjnie (jest charakterystyczne dla cywilizacji bizantyjskiej) i tylko coraz bardziej wiąże nam ręce i sprzyja obcym (np. bankom).
Polacy coraz bardziej biedują. Miliony, szczególnie młodych, emigrują. Polska wyludnia się i wymiera, ale również ateizuje i poganizuje.
W Polsce po 27 latach „wolności” nie ma już wolności. Nie ma wolności w życiu państwa i społeczeństwa, brakuje jej w życiu jednostek. Nie ma jej też w umysłach i ludzkich sercach. Nie ma przywiązania do niej. Nie ma miłości do niej. Nie ma jej głodu. Nie ma nawet jest rozumienia.
Nikt jej nie uczy. Nikt o niej prawie nie mówi. Słowo wolność pojawia się, co prawda, szczególnie w rocznicowych przemówieniach, jako słowo sygnalizujące coś o co Polacy kiedyś walczyli albo sygnalizujące coś, co w sposób oczywisty i niejako naturalny już od dawna posiadamy. Najczęściej pojawia się jednak jako słowo określające zupełnie coś innego, coś, co nie ma nic wspólnego z prawdziwą wolnością, wolnością, którą pisze się przez duże w: jakąś amoralną i aspołeczna postawę – swobodę bez żadnych ograniczeń, swobodę taką jaką proponował szatan.
Mieliśmy wolność w zasięgu ręki. Mięliśmy ją już praktycznie w ręku. Nie zapłaciliśmy za nią daniny krwi. Nie tylko nie chcieliśmy dla niej, poza nielicznymi jednostki jak ks. Popiełuszko i inni mu podobni, umierać, ale nie zamierzaliśmy również, poza nielicznymi wyjątkami, dla niej cierpieć czy cokolwiek ważniejszego jej poświęcać.
Nie zabiegaliśmy o nią, nie dbaliśmy o nią, nie służyliśmy jej, nie broniliśmy jej, nie próbowaliśmy jej zdobywać i rozszerzać.
Przehandlowaliśmy ją, roztrwoniliśmy, zamieniliśmy na judaszowe srebrniki.
Wolność w Polsce od 1989 r. to były „skrzypce”, na których zagrali „słabi gracze” i teraz słychać „tylko pisk, zgrzyt, płacz”.
Mieliśmy w zasięgu ręki ten „diament do oszlifowania” i mógł w Polsce „zabłysnąć blaskiem nie do opisania”. Wyrzuciliśmy go na śmietnik.
Zabrakło w Polsce „odporności serc, by na złą drogę nie próbować zejść” i zeszliśmy na złą drogę.
Ci, „którzy w wolności cud potrafią wmieszać swoich sprawek brud” poprowadzili nas.
Nie staliśmy się ptakami „płynącymi sobie, aż po nieba kres”. Staliśmy się kurami zamkniętymi w klatkach, owcami bez pasterza, które „ostrzyc” (a niekiedy i „zarżnąć”) może byle zbój (i zbóje to robią).
Brak nam wolności w perspektywie czasu, przestrzeni, finansów.
Niewola jest coraz większa. Perspektywy żadne.
Jakie są nasze polskie, wielkie „najpiękniejsze sny, marzenia”?
Czy w ogóle jeszcze się rodzą?
Gdzie jest nasza nadzieja?
Czy „pniemy się w słońce każdy w swoją stronę”?
A może tylko pełzamy w pyle?
Gdzie jest w Polsce ten „radosny ludzi śmiech, którzy wolność swą zdobyli na obronę – zwycięstwa, mądrości, prawdy i miłości, spokoju, szczęścia, zdrowia i godności”?
Czy żyjemy „wśród mądrych ludzi” i „widzimy dobroć w oczach ich i szczęście”?
Gdzie jest w Polsce to „królestwo dobrych słów, mądrych myśli, pięknych snów”?
Gdzie jest ta „wiara w ludzi”?
Skłócono nas, podzielono, zatruto Polskę jadem niechęci i nienawiści, zatruto ją arszenikiem partyjniactwa, wmówiono nam, że inaczej nie może być, że tak jest najlepiej.
Kilkanaście lat temu ostro i zdecydowanie broniliśmy Polski, występowaliśmy przeciwko jej wejściu do Unii Europejskiej, przeciwko utracie przez nią niepodległości, przeciwko demoralizacji, zeświecczeniu, kultowi złotego cielca.
W ostatnich wyborach zagłosowaliśmy na tych, który zasiadali przy Okrągłym Stole i którzy nas do tej Unii namawiali i do niej wprowadzili i którzy dziś krytykują Wielką Brytanię za to, że ją opuściła.
Dziś cieszymy się, że rodziny wielodzietne w Polsce dostają po 500 zł na każde dziecko, 500 zł wyjęte z naszych kieszeni, z kieszeni emerytów, których nie stać na lekarstwa, a w tym samym czasie masońscy lichwiarze za nasze pieniądze, za pozwoleniem naszych władz, budują sobie kolejne domy ze złotymi klamkami.
W wolnej Polsce te 500 zł te wielodzietne rodziny dałyby na tacę w kościele albo do ręki żebrakowi przed kościołem.
Nasze dzieci zabija się, zgodnie z naszym „prawem”, w łonach matek, gdy są kalekie (ponad 1000 rocznie). Państwo polskie nie staje w ich obronie. Polski Kościół chowa głowę w piasek.
Gdy są zdrowe wywożone są kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów, do naszych sąsiadów, którzy je zabijają (zapewne dziesiątki tysięcy rocznie). Państwo polskie nie staje w ich obronie. Polski Kościół chowa głowę w piasek.
Atmosfera jest taka, że te matki, które zamordowały z zimną krwią swoje dzieci niekiedy opowiadają o tym nawet w telewizji, bo wiedzą, że nie ma na nie w Polsce kary, bo wiedzą, że nie dotknie ich bolesne, społeczne potępienie.
Coraz więcej Polaków pozbawionych jest ziemi, mieszkań, środków utrzymania, bo kiedyś dali się namówić, by wziąć 100 tys. zł kredytu („ale tylko we frankach szwajcarskich”), a dziś lichwiarze każą im spłacić jeszcze milion. I nikt na to nie reaguje. Nie reaguje na to „polskie” państwo, które przecież ma Polaków chronić przed rozbójnikami. Milczy Kościół, nie burzy się społeczeństwo.
Wszędzie, gdzie się ruszyć pełno „ludzi rozsądnych” i „ciur”, konformistów, karierowiczów, obrzydliwych lizusów, denuncjatorów i zdrajców.
Dziś w Polsce „karłowacieją myśli”, „gasną serc wulkany”, „nasze dzieje już nie brzmią hymnem wiary archanielskim” i „tabor ciurów rozpasany, opycha brzuch”, „wali się posągowy piękna świat – oplwany pogardą ciżb, dla których każdy kwiat jest zielskiem, a laur wydaje plon żołędzi pożądany”.
Przegraliśmy. Polska przegrała.
Ale to była tylko pierwsza runda.

7. Ku wolności

Ale przecież dalej jesteśmy w Polsce. Ta Polska jeszcze w nas żyje. Nie zginęliśmy. „Drogi kamień – jak powiedział Prymas Tysiąclecia – nie przestaje być sobą nawet wtedy, gdy spadnie w błoto i zabrudzi się”.
Jesteśmy faktycznie tylko jak lawa, tylko „z wierzchu brudna i plugawa”, a „w środku ogień nadal płonie”. Śpimy.
Obudź się Polsko!
Komunizm nas osłabił, zdemoralizował, otumanił i ogłupił. Dlatego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych popełniliśmy tyle błędów, zaniechań i grzechów, za które od lat płacimy i to coraz wyższą cenę.
Zbliża się jednak znowu taki czas, w którym pojawi się nowa szansa dla nas. Ten wrogi nam świat, który nas otacza i który nas tłamsi umiera. Będą wielkie zmiany, wstrząsy, kryzysy i krachy.
Nasza Królowa Matka Boża nie pozwoli nam zginąć. Jej Syn, który wciąż czeka na intronizację w Polsce nie pozwoli nam zginać. Jeszcze nie spełniliśmy roli, która Bóg przeznaczył nam w swoim planie.
Mamy wiele do zrobienia. Czeka nas wiele pracy nad sobą i wiele pracy dla Polski.
W pierwszym rzędzie musimy przypomnieć sobie o tym jak ważna jest dla nas Wolność, ponownie ją zrozumieć, poczuć jej głód, zacząć jej pożądać, zacząć ją kochać, zacząć tworzyć jej obszary, początkowo w naszych umysłach, sercach, w naszych duszach.
Trzeba obudzić polski Kościół, przypomnieć biskupom i kapłanom ich obowiązki wobec Polski, spowodować, że Kościół zacznie uczyć o Wolności, którą „wymyślił dla nas Bóg”, zacznie przypominać wskazania Kościoła dotyczące sprawiedliwości, państwa, gospodarki, finansów.
I wreszcie trzeba zacząć o Wolność zabiegać, zacząć o nią walczyć z determinacją taką, jaką mieli żołnierze niezłomni.
Gdy zaczniemy osiągać Wolność wszystko inne, ważne, piękne, wielkie, mądre, dobre, sprawiedliwe i święte, polskie, zacznie się wraz nią pojawiać.
Potrzeba nam teraz wielkich „marzeń i snów”, „mądrych myśli”.
Potrzeba nam wielkości i szlachetności, determinacji i ofiary.
Musimy sobie też wreszcie uświadomić, że żadne korekty i reformy tej niepolskiej „Polski”, którą dziś mamy, niczego w istocie nie zmienią, nie naruszą fundamentów struktury, „która jest usankcjonowaniem wszelkiej podłości, zła i zdrady”.
Trzeba tę strukturę odrzucić i zburzyć, i od podstaw zbudować wielką Polskę naszych marzeń i snów.
I wiedzmy, że niedługo przyjdzie czas, że to będzie możliwe i trzeba wierzyć w to, że nam się uda.

Reklamy