94 dni szczęścia: dzień 94 – 31 sierpnia

Budzę się z poczuciem depresji. Już dziś trzeba wyjeżdżać. Gdy wychodzę do ogrodu to poczucie na szczęście mija. Kawa. Patrzę na zieleń, na niebo, ostatnie nałęczowskie szczęściątka. Pakujemy resztę rzeczy. Znowu siadamy w ogrodzie. Kot jest wyraźnie zaniepokojony. Trzyma się nas. Odchodzi na krótko i zaraz biegiem wraca. Czuje, że wyjeżdżamy i coraz bardziej obawia się, że zostanie. Gdy przyjeżdża Łysy i kręcimy programy w altance, kot nie schodzi mi z kolan. Przyjeżdża pomocnik i w przyszłości zastępca Łysego. Łysy go szkoli, a my wynosimy rzeczy przed dom. Żegnamy się jeszcze z gospodynią, na chwilę przysiadamy w altanie przed domem. Kot zamknięty w domu coraz bardziej się niepokoi. Samochód wypełniony jest dosłownie po dach. Leżaki i ogrodowy stolik zabiera pomocnik Łysego. Odda nam za jakieś 10 dni. Rower musi zostać. Ruszamy przed 15.00. Kochany Nałęczowie będę za tobą tęsknił.

Następne odcinki to będzie podsumowanie i zdjęcia.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 93 – 30 sierpnia

Budzimy się po 9.00. Upał. Pijemy kawę w ogrodzie tak powoli, że nagle się okazuje, że jest 10.30. Ubieramy się szybko i idziemy do kościoła.
Po powrocie siedzimy do późnego wieczora w ogrodzie. Nie czuć w nim tego upału. Cień i przewiew robią swoje. Na obiad robię makaron (włoskie, czarno białe kokardki z sosem z pomidorów, małży, smażonych pokrojonych w kostkę kabaczków i czosnku). Wieczorem idziemy na długi spacer. W jego trakcie odwiedzamy ogrodnika. Żegnamy się z nim, jego żoną, córkami i ich mężami. O 21.30 jest jeszcze 25 stopni. Kot zjada kolacje i wychodzi. Pierwszy stres. Już północ (23 stopnie; najcieplejsza chyba noc tych wakacji) a kota nie ma. Wreszcie przychodzi. Ulga. Siedzimy w ogrodzie. Rozkoszuję się tak ciepłą nocą i coraz bardziej mi żal. To już koniec moich radości nałęczowskich, choć pocieszam się, że jutro też będzie nałęczowski dzień.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 92 – 29 sierpnia

Wstajemy późno. Powoli popijamy kawę w ogrodzie. Żona czyta książkę ja pakuję już niektóre rzeczy do Warszawy. O 13.00 znajomy zawozi nas do Kazimierza i zostawia. Włóczymy się po miasteczku. Zaglądamy na bazarek. Jest festiwal muzyki ludowej i tam same ludowe wyroby. Idzie odsapnąć do restauracji gruzińskiej. Zona pije kawę i je gruziński chłodnik z ziarnami granatu. Ja biorę szaszłyk, ale tylko z chlebkiem gruzińskim. Dzwoni najmłodszy syn Piotr. Okazuje się, że jest z kolegą i koleżanka w Kazimierzu. Wychodzę po nich na rynek. Siadają z nami do stołu pija kawę, jedzą. Rozmawiamy. Umawiamy się, że wpadną do nas w niedzielę żeby zabrać część rzeczy (nocują gdzieś pod Kazimierzem).

Wychodząc po syna spotykam dzieci naszych dobrych znajomych z Siedlec – Goławskich: syna Michał, jego żonę w ciąży i dwoje małych bliźniaków (ich dzieci). Umawiamy się w kawiarni. Jemy tam ciastka rozmawiamy z 2 godziny. Przyjeżdża po nas znajomy.

W domu jesteśmy po 17.00. Dzwonię do Pani Majki i Pana Jacka i zapraszam ich na 18.00 na „przyjęcie” pożegnalne. Siedzimy w ogrodzie pijemy kawę, jemy ciastka i lody. Goście wychodzą, gdy robi się już ciemno. Siedzimy z żona w ogrodzie i wsłuchujemy się w ciszę. Późnym wieczorem pakuje jeszcze parę pudeł na powrót do domu.

Opublikowano 94 dni szczęścia | 2 Komentarze

94 dni szczęścia: dzień 91 – 28 sierpnia

Kot od rana szaleje ze szczęścia. Biega po ogrodzie. Wychodzi z domu i wchodzi. Wreszcie wolny „jak ptak”. Od rana zaczynam pakowanie książek do wysyłki, wzywam kuriera, jadę na pocztę. Pakuje część rzeczy, które zawiezie do Warszawy mój syn najstarszy Tomek (przyjeżdża po swojej dzieci). Żona w tym czasie idzie z wnukami na basen kryty.
Przyjeżdża syn. Pakujemy rzeczy do samochodu. Po mnie przyjeżdża samochód z Kurowa, gdzie miejscowy Dom Kultury zorganizował spotkanie ze mną na temat savoir vivre. Spotkanie odbywa się w ogrodzie biblioteki przy rynku. Trwa ok. 2 godz. Odwożą mnie do Nałęczowa. Siadamy z żoną w ogrodzie. Rozmawiamy, wąchamy maciejkę. Patrzymy na niebo.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 90 – 27 sierpnia

Budzi nas o 8.15 deszcz. Ubieramy się i pakujemy resztę rzeczy. Śniadanie w restauracji hotelowej. Deszcz pada nadal. Kot siedzi w pokoju. O 11.00 przyjeżdża Pan Jacek. Po drodze zatrzymujemy się w najlepszej restauracji po drodze do Nałęczowa – zajeździe Jana i w jednym ze sklepów po zakupy. Na miejscu jesteśmy po 14.00. Kawa, karmienie kota, odpoczynek w ogrodzie.

Na obiad jemy pizzę (dzieci) i dorsza (my) i idziemy na długi spacer. Po drodze odwiedzamy ogrodnika, zamawiamy owoce, odwiedzamy kotki.
Wieczorem siedzę w ogrodzie, wdycham zapach maciejki i myślę już o najbliższej przyszłości.

Nie byłem szczęśliwy nad jeziorem Białym. Dlaczego? Nie ten krajobraz, nie ci ludzie. Nie ta kultura. W Nałęczowie nic mnie nie irytowało, nie denerwowało, nie stresowało. Przez 3 miesiące nie słyszałem ani jednego wulgarnego słowa. W Okunince słyszałem je kilkadziesiąt razy dziennie.
Narzekaliśmy w Nałęczowie na restauracje. Ich poziom jest jednak wielokrotnie wyższy niż tych w Okunince. Okuninka, w tym trzygwiazdkowy hotel „Sanvit” to przykład jak demokracja dokonuje zrównania w dół, swoistej proletaryzacji i wszystko wraca do epoki wczesnego Gierka. W Okunince nieprzebrane tłumy „bezdomnych” (tak wyglądali i się zachowywali). W Nałęczowie ruch tylko w soboty i w niedziele ludzi, którzy jednak w zdecydowanej większości trzymają polski (żeby nie powiedzieć europejski) poziom. W tygodniu cisza, spokój, sielanka.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 89 – 26 sierpnia

Po śniadaniu żona z dziećmi idzie się kapać, a ja po wyprowadzeniu kota na spacer (tym razem chodził po terenie hotelowym) idę na grzyby. Krążę po lesie jakieś 2 godziny. Zero wyników. Wracam. Żona z dziećmi akurat wróciła z plaży.

Odpoczywamy i idziemy do Kościoła na 16.00 (dziś święto Matki Bożej). Kościół jest po drugiej stronie Okuninki (jakieś 4-5 km). Idziemy brzegiem jeziora. Upał. Dziesiątki ośrodków, setki domków, dziesiątki plaż, tłumy. Po jakiś 2 km zaczynają się tez budy z pasiatkami, lodami itd. Im dalej tym tych bud więcej i gęstnieją tłumy. Przechodzimy na główną ulicę. Tam same restauracje i sklepy (w namiotach). Dochodzimy do kościoła. Okazuje się, że Mszy św. nie ma (w internecie była informacja, że Msze Św. są o 16.00 w święta, ale chyba im chodziło o święta wolne od pracy; ten kościół to nie parafia, lecz filia). Niebo zaciąga się chmurami. Wynajmuję melexa, który odwozi nas do hotelu.

Jemy obiad i rozpętuje się burza i ulewa typu największe oberwanie chmury. Po godzinie wychodzę z kotem na spacer, ale szybko wraca, bo wciąż jednak pada. Po następnej godzinie kot staje przed drzwiami i bardzo stanowczo domaga się spaceru. Idziemy z nim, zona i ja. Tym razem włóczy się wzdłuż brzegu jeziora, choć deszcz kropi. Resztę wieczoru spędzamy z książkami.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 88 – 25 sierpnia

Znowu budzi nas ulewa. Idziemy przed 10.00 na śniadanie do restauracji hotelowej. Po śniadaniu już nie pada. Idę na spacer z kotem. On jest na smyczy, ja idę za nim. Wyprowadza mnie z terenu hotelu. Przekracza szosę i wchodzi do lasu. Biegnie głęboko w las. Po jakimś czasie go zawracam. W pokoju hotelowym jesteśmy po godzinie. Nadal jest chłodno i pochmurno. Jedziemy wszyscy taksówką do Włodawy. Urokliwe miasteczko. Odwiedzamy granice państwa (po drugiej stronie Bugu jest już Białoruś), włóczymy się po uliczkach centrum. Zwiedzamy parusetletni (przepiękny) kościół paulinów. W kawiarni w centrum miasta jemy sałatki, placki ziemniaczane, desery. Dzieci piją czekoladę na gorąco, my herbatę. Wracając taksówką do domu odwiedzamy jeszcze punkt widokowy na Bugu oglądając panoramę Białorusi. Gdy dojeżdżamy do Okuninki następuje oberwanie chmury. Jemy obiad. Godzinę odpoczywamy. Żona z wnukami idzie się kąpać, a ja idę z kotem do lasu.
Odpoczywamy w pokoju. Wieczorem wychodzimy na „wybieg” hotelowy. Ja chodzę za kotem, który tym razem zwiedza cały hotel od wewnątrz i z zewnątrz. Po 22.00 pada zmęczony wrażeniami, a my czytamy książki.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 87 – 24 sierpnia

Po 8.00 budzi nas (mnie i kota) szum ulewy. Reszta śpi. Siadamy z kotem na ganku, ja na fotelu, kot na leżaku i wpatrujemy się w deszcz. Gdy budzą się pozostali pakujemy się. Z ilości bagażu wynikałoby, że jedziemy na miesiąc, a jedziemy na 3 dni. Przygotowuję książki do wysyłki (te na pocztę wyślę już z Włodawy) i wzywam kuriera. Deszcz przestaje padać o 11.30 i kot wychodzi. Po 12.20 zaczynamy się niepokoić, bo o 13.00 przyjeżdża po nas Pan Jacek. Kot wraca, głodny, o 12.40. zjada śniadanie, a my wynosimy bagaże przed dom. Pan Jacek przyjeżdża punktualnie. Po drodze zatrzymujemy się tylko na stacji benzynowej, gdzie Pan Jacek pije kawę, a dzieci jedzą zapiekanki. Na miejscu jesteśmy o 15.40 i przeżywamy szok. Okuninka przypomina nadmorski kurort: restauracja obok kawiarni i restauracji itd., buda obok budy (pamiątki, gofry, lody itd. ) i tak kilka kilometrów. Dalej hotel przy pensjonacie, camping przy zbiorowisku domków campingowych, ośrodek wypoczynkowy przy domach zajmujących maleńkie działki i tak przez cała linię brzegową jeziora Białego. Nasz hotel szczęśliwie leży w najspokojniejszym miejscu. Z tyłu stary las, który ciągnie się kilometrami. Jemy obiad razem z Panem Jackiem. Dzieci i żona się kapią i plażują. Kot wyprowadzony na spacer panikuje, boi się wszystkiego, ale jednak dzielnie dokonuje rekonesansu okolicy (oczywiście na smyczy). Potem idziemy na długi spacer szosą wzdłuż jeziora. Dochodzimy do pierwszych barów i restauracji (ok 2 km). Dzieci jedzą frytki, żona pije herbatę. Wracamy do hotelu już po ciemku.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 86 – 23 sierpnia

„Zrywam się” o 8.45. Wszyscy jeszcze śpią. Leje jak z cebra. Jest 18 stopni. Robię kawę i siadam z nią na ganku. Obok ustawiam leżak. Siada na nim kot. Razem patrzymy na deszcz. Przed 10.00 robię dzieciom śniadanie – gofry i cheeseburgery.

Idziemy w deszczu do kościoła. Idziemy dużo wcześniej, by dostać się do środka. Nie udaje się nam. Stoimy na zewnątrz pod parasolami (w tym kościółku nie mieści się więcej niż 40 osób).

Siedzimy w domu i pod zadaszeniem przed domem czekając aż deszcz przestanie padać. Przestaje o 13.00. Robię obiad: dla dzieci i dla mnie pierś z kaczki i malutkie opiekane kartofelki, dla żony polędwica z dorsza z tymi samymi kartofelkami. Po obiedzie idziemy do mini zoo. Jest tam pełno kaczek, kur i gęsi z całego świata, inne ptaki, azjatyckie świnie, angielskie krowy, kozy i barany, króliki, wiele innych gryzoni. Po całej posesji szwendają się kury zarośnięte jak hipisi i niezliczona ilość kotów i kotków. Dzieci są zachwycone. Nam też się podoba. Długo rozmawiamy z właścicielem. Idziemy do domu. Chwile odpoczywamy i idziemy na kawę do Pana Jacka (jakieś 3 km). Przy stole zasiada jego żona i jeden z synów. Rozmawiamy o sytuacji w Szwajcarii, Niemczech i Polsce. Zwiedzamy ich dobra. Oglądamy gęsi, indyki, kury i niezliczoną ilość kotów, w tym pięknego brytyjczyka. Dzieci szaleją z młodymi kotkami. Nie chcą opuszczać tego domu. Jemy pyszne ciastka własnego wypieku (piekła je żona Pana Jacka). W tym najlepsze ciasta z krainy niemieckiej, z której pochodzi żona Pana Jacka. Gdy się ściemnia Pan Jacek odwozi nas do domu. Jemy kolację (my ślimaki po burgundzku; dzieci nie chcą ich nawet spróbować), pijemy koktajl z jeżyn i zsiadłego mleka oraz śmietany. Siadam w ogrodzie. Niebo jest zachmurzone. Cisza. Wdycham maciejkę.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 85 – 22 sierpnia

„Zrywam się” o 9.00, kończę porządki i pranie. Jadę na rowerze do ogrodnika po jeżyny. Przygotowuję śniadanie. Dla dorosłych (dla żony, najstarszego syna Tomka i mnie) frankfurterki plus opiekany chleb z masłem plus pomidory, pieczarki marynowane, papryczki nadziewane feta. Dla dzieci (syn i córka najstarszego syna): zapiekanki.
Jemy śniadanie w ogrodzie, rozmawiamy. Jest ponad 30 stopni. Syn wraca do Warszawy, żona idzie do sypialni się przespać. Ja z wnukami idziemy na wycieczkę. Po drodze sprawdzam czy znają nazwy drzew, krzewów i roślin. My w ich wieku wiedzieliśmy w tej perspektywie sto razy więcej. Zwiedzamy do końca odkryty przeze mnie onegdaj dziki wąwóz i przez plantację czarnej porzeczki przechodzimy do szosy. Szosą docieramy do ogrodnika. Nikogo nie ma w domy, ale wchodzimy do warsztatu, by zobaczyć kocięta urodzone kilka dni temu. Dzieci próbują się bawić z dwoma młodymi kotami, które leża na fotelach przed domem ogrodnika. Nie da rady. Kotki są wprost sparaliżowane upałem. Gdy przewracam je na plecy, leżą nieruchomo. Potem zwiedzamy ogród. Pokazuje im różne gatunki śliw. Zjadamy dojrzałe spadłe owoce. Po powrocie do domu chwile odpoczywamy i już razem zona idziemy szlakiem turystycznym przez jeden z wąwozów do restauracji „Energetyk”. Dzieci zamawiają pizzę (Filip) i nugety z kurczaka (Weronika), żona chłodnik, jak ozorka w sosie chrzanowym. Zaczyna się dancing. Pary tańczą do starych przebojów. Kelner nakazuje nam (również dzieciom) podpisać specjalne oświadczenia w sprawie koronawirusa. Po obiedzie spacerujemy po Nałęczowie, przechodzimy przez park zdrojowy, jemy lody. Pusto. Koniec lata czy strach przed koronawirusem? Nadal jest wieki upał. Zmęczone dzieci idą szybko spać, a my jeszcze długo czytamy książki. Trochę spoglądam na gwiazdy i wącham maciejkę. Dziś usłyszałem pierwszego „świerszcza”. Pisze to słowo cudzysłowie, bo fachowo to się chyba nazywa szarańcza. Duży, zielony, wygląda jak konik polny.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz