94 dni szczęścia: dzień 37 – 6 lipca

Budzę się przed 10,00 Od rana upał. Piję kawę w ogrodzie. Poruszając się jak mucha w smole przygotowuje książki do wysyłki i robię wielkie pranie. Wybieram książki z internetowego katalogu miejscowej biblioteki (nie wolno do niej wejść; przez szybę składa się zamówienie, a książki otrzymuje się przez specjalną dziurę – paranoja). Biblioteka przypomina, że czasy nie są normalne. Jest otwarta do 15.00. Patrzę na zegarek. Zbliża się 15,00. Jadę więc tylko na pocztę i po zakupy do małego sklepiku (kupuję w nim z przyczyn ideowych). Po powrocie jem na prędce kiełbasę smażoną z cebulką, a gdzieś po dwóch godzinach makaron z parmezanem. Kończę pranie i księgowanie (księgowania zostaje mi jeszcze na jutro, a może i pojutrze). Wszystko to w ślimaczym tempie. Wciąż wychodzę do ogrodu i integruję się z drzewami, ptakami, kwiatami i niebem. Z tego powodu nie odczuwam uciążliwości tych prac. Kot wpada na chwile dwa razy, by zaspokoić głód. O 18.00 słyszę huk. Zerwała się wichura i zmiotła z trzewnego parapetu sypialni wazon z różami, który rozbił się w drobny mak. Drzewa prawie dotykają koronami ziemi, ale deszcz zaczyna padać dopiero przed 21.00 zaganiając kota do domu. Temperatura gwałtownie się obniża z 29 na 16 stopni. Kot zjada kolejny posiłek i zdeterminowany wypada w deszcz. Zmoknięte ptaki śpiewają jak gdyby nigdy nic.

Po gościach zostało sporo owców (wiśnie, czereśnie, jabłka). Sam ich nie zjem. Robię z nich dżem. Wyszedł świetny. Część zawekuję, a część będzie na bieżące jedzenie).

0 20,00 robię sobie przerwę i zjadam lody. Potem piję parzoną w czajniczku herbatę Golden Ceylon Greenfield. Kończę pranie. Słucham jazzu.

Wszędzie pełno moich przyjaciółek mrówek. Malutkie i bardzo ruchliwe. Niezwykle inteligentne. Żona je przeganiała. Ja się z nimi przyjaźnię i żyje w symbiozie (sprzątają okruszki). Najbardziej lubią mięso kota (odstraszają muchy, które na nim składają swoje jaja – wtedy kot mięsa tego już nie je) i miód. Cukier tak sobie. Początkowo, gdy mnie widziały uciekały w popłochu. Teraz już na mnie nie zwracają uwagi. Gdy mi przeszkadzają zrzucam je na podłogę. Pojawiają się w określonych porach.

Czuje się zmęczony. Robię sobie czekoladę na gorąco (jedna czytelniczka przysłała mi świetną czekoladę z Niemiec – dziękuję).

Piję czekoladę oglądając w internecie moją ulubioną komedie z 1940 r. pt. „Sklep na rogu”.

Kot wrócił przed 22.00. Łapy jak sople lodu. Mokry i spragniony pieszczot. Położył mi się na klatce piersiowej i zaczęło się kizi mizi (głaskanie, mruczenie, ocieranie pyszczka o „pyszczek”). Po kwadransie poszedł do łóżka.

Na dzisiejszy dzień przypadają jedne z moich ulubionych Psalmów – 84 i 96. Tyle w nich poezji: „Wróbel znalazł sobie dom, a jaskółka gniazdo, gdzie chowa swoje pisklęta, ja zaś znalazłem Twoje ołtarze”; „Niechaj cieszą się pola i wszystko co jest na nich, a potem niech radośnie krzyczą wszystkie drzewa leśne”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 36 – 5 lipca

Idziemy do kościoła na 11.00. Z rama zatem tylko kawa (wstajemy przed 10.00). Po kościele wałkonimy się w ogrodzie. Przygotowuję obiad. Około 14.00 przyjeżdża Krysia z synem. Ja poznałem ją w 1976 w trakcie egzaminów wstępnych na Akademię Teologii Katolickiej (wybrała filozofię przyrody, ja metafizykę). Moja żona (wtedy nieznana mi dziewczyna) po skończeniu polonistyki w Torunia rozpoczęła studia z zakresu etyki na ATK i przyszła do nas od razu na II rok (studiowała naraz na I i na II roku). Poznała mnie i Krysię. Zamieszkały razem z Krysią (obie były spoza Warszawy).
Obiad robię wystawny bo powitalny dla Krysi, a pożegnalny dla żony: jagnięcina pieczona, kluski gnocchi z parmezanem, duszone warzywa (młode cukinie i kabaczki, papryka, pomidorki koktajlowe, fasolka szparagowa). Do tego żółte pomidory. Wino riesling kabinet (winogrona zbierane w październiku), lody, czereśnie prosto z drzewa, koktajl truskawkowy, kawa i tiramisu. Potem siedzimy i gadamy. Dochodzi gospodyni z winem Z własnej winnicy (przed domem). Jest upał, ale w ogrodzie się go mało czuje. Z nami siedzi pies Fifi i nasz kot. Pies ma używanie, bo w jagnięcinie jest sporo kości.
O 20,00 daje hasło do spaceru. Jest rozkosznie. Słońce dotyka ziemi. Wszystko pachnie. Idziemy polno-leśną drogą, a potem prosto w zachodzące słońce. O 22.00 podaje kolację i zostaję sam.

Siedzę w ogrodzie, patrzę w gwiazdy i słucham ciszy.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 35 – 4 lipca

Od rana siedzimy w ogrodzie i słuchamy śpiewu ptaków pijąc kawę, koktajle owocowe, soki.

Wreszcie o 13.00 decyzja: idziemy do Wojciechowa. Od nas to jest, wybrana przeze mnie trasa ponad 8 km. Dzień zaczyna się jako chłodny. Gdy okrążamy Nałęczów i wychodzimy z cienia wąwozów i lasów okazuje się, że jest upał. Przysiadamy co kilometr na ocienionych ławkach. Jest tu ich wszędzie pełne i wszystko wskazuje na to, że nikt na nich nie przysiada, ze postawiono je tu tylko dla nas.

Wchodzimy do starego ciemnego i chłodnego lasu. Wychodzimy z niego do rozgrzanego pieca łąk i pól. Zostało nam jeszcze ok. 4 km do kościoła w Wojciechowie (pierwszy piątek). Według strony internetowej parafii Msza św. miała być o 17.00. Dochodzimy do kościoła o 16.45 i Msza św.jest wyraźnie w połowie. Przed kościołem stoi kilkadziesiąt osób, mężczyźni w czarnych garniturach, kobiety w sukniach wieczorowych (elegancja Francja; można ją jeszcze spotkać chyba tylko na wsi). Wchodzimy do kościoła: oczywiście ślub.

Kościół pełen eleganckich ludzi. Niektóre suknie zaskakują dobrym smakiem. Był to ślub motocyklisty. Po Mszy Św. motory urządzają koncert silników. Pytamy się w kościele co z Mszą Św. na godz 17.00. Odpowiada nam organista: została przeniesiona na godz. 7.00 rano. Organista mnie rozpoznaje. Schodzi do nas, rozmawiamy. Odwozi nas samochodem do domu. Zapraszamy go na kawę. Na późny obiad robię pieczoną pierś z kaczki z żurawiną i fasolką szparagową (plus pieczywo). Odpoczywamy w ogrodzie. Noc zapada powoli.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 34 – 3 lipca

Cały dzień spędzamy w ogrodzie. Potem kościół (pierwszy piątek miesiąca). Po kościele obiad. Przygotowuję placki z cukinii (pół na pół z młodymi ziemniakami) z duszonymi podgrzybkami. Żona robi kompot z czereśni. Ja robię dżem z truskawek (I etap).

Idziemy na spacer. Prawie wpada na nas samotna kuropatwa, ale to jeszcze nic. Kilkaset metrów dalej dwa metry od nas ze zboża podrywa się z krzykiem wielki bażant samiec ze wspaniałym ogonem. Żona o mało nie dostaje zawału.

Siedzimy w ogrodzie. Zmierzch zapada i słyszymy z oddali miauczenie kota. Znajdujemy go na gałęzi drzewa. Boi się zejść. Zona bohatersko ustawia się po gałęzią. Kot skacze na nią i po krzyku (obyło się bez ran). Późnym wieczorem żona prowadzi babskie rozmowy z gospodynią w ogrodzie przed domem, a ja robię księgowość i słucham mojego ptaszka. Wielkie szczęściątko: pojawiają się w mroku dwa świetliki. Księżyc jest już w pełni i psy do niego wyją. Wielki wóz widać wyraźnie.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 33 – 2 lipca

Od rana kropi. Pakuję paczki. Zamawiam kuriera. Kot jest jakiś nadaktywny. Wychodzi jednymi drzwiami, wraca drugimi. Biega jak szalony, podkrada się do nas i ucieka, wbiega na drzewa. Wreszcie znika, a deszcz pada. O 11.00 przyjeżdża samochodem Pani Majka. Godzinę rozmawiamy w trójkę przy kawie i ciastkach. Jadę z nią na pocztę i po zakupy. Po powrocie zjadamy lody. Pani Majka odjeżdża. Żona, znowu z bólem głowy idzie spać. Ja zabieram się za księgowość. Koniec miesiąca. Trzeba przygotować dokumenty dla księgowej. Kropi. Słucham „przy robocie” radia Swiss Classic. Następnie przygotowuję obiad: pierś z gęsi pieczona, smażone bakłażany gotowane młode kartofle i rzodkiewki (w tym samym garnku). Wieczorem idziemy na długi spacer w kierunku zachodzącego słońca. Po spacerze wpadamy do ogrodnika. Zamawiamy więcej czereśni (na kompot) i ogrodnik obiecuje nam ostatnie truskawki.
Wieczorem słuchamy koncertu tego samego ptaszka.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 32 – 1 lipca

Ranek jest chłodny. Przyjmuję od kuriera 6 pak książek i je rozpakowuję. Przygotowuje do wysyłki 7 paczek. Wychodzimy do Nałęczowa o 13.00. zrobił się upał, ale cały czas idziemy w „klimatyzacji” lasu i parku zdrojowego. W parku udzielam wywiadu telefonicznego dla telewizji Wrealu. Chodzimy po sklepach, zachodzimy do biblioteki. Jest zabarykadowana. Książki można otrzymać przez mały otwór. Trzeba z góry wiedzieć jakie. Obiad zjadamy w „Przepióreczce” (wątróbka z gęsi i gołąbki z cielęciną). Trzeba tu będzie przyjść na pieczone przepiórki. Żona znowu z bólem głowy idzie spać na godzinkę. Ja sprzątam, piorę, pakuję kolejne paczki do wysyłki. Kot pojawia się i znika. Wieczór zimny, ale gwiaździsty. Mój mały ptaszek koncert zaczął już o 16.00 kończy go około 21.00. Gdy zmrok zapada odwiedzamy ogrodnika. Kupujemy czereśnie, Gwarzymy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 31 – 30 czerwca

Dzisiaj chłodniej. Jedziemy na wycieczkę do Kazimierza nad Wisłą. W Kazimierzu nawet sporo ludzi. Część sklepów i restauracji jednak zamknięta. Coraz gorzej znoszę takie wyjazdy. Turyści nie stanowią ozdoby pięknego miasteczka. Większość z nich wygląda jak bezdomni albo margines społeczny. Większość restauracji, barów sklepików stara się trafić pod ich gusta. Wszystko się proletaryzuje. Trafiamy na obiad do „Filmowców’. Jakiś sensowny człowiek prowadzi tu restauracje. Menu od sasa do lasa. Dla każdego coś miłego, w tym klasyka: zrazy po nelsońsku i płonące naleśniki suzette. Idziemy do końca ulicą, która ciągnie się wzdłuż Wisty (w kierunku Sandomierza). Tutaj wiele pięknych starych rezydencji i trochę nowych z reguły zbudowanych ze smakiem.
Wieczór spędzamy w ogrodzie. Na krzaku metr ode mnie siada niewielki ptaszek. To mistrz operowy. Płuca ma jak miechy, choć nie jest większy od wróbla. Nagrywam go. Gdy zapada ciemność widzę jednego świetlika. Kot wraca po 22.00 i natychmiast zasypia.
Akt strzelisty na jutrzejszy dzień: „Boże mój, oświeć moje oczy”.

Opublikowano 94 dni szczęścia | 2 Komentarze

94 dni szczęścia: dzień 30 – 29 czerwca

Od rana upał. W ogrodzie, do którego wychodzimy się go nie czuje, choć na termometrze jest 28 stopni. Jest przyjemny, chłodny wiaterek i cień starych brzóz. Wystarczy jednak wyjść przed dom. Tam termometr pokazuje 29 stopni w cieniu, nie ma wiatru i cienia. W słońcu jest jak w piecu.

Na śniadanie jemy parówki, marynowane borowiki, pomidory malinowe i ogórki kiszone, tosty z pieczonymi kulkami z sera, papryczki nadziewane serem feta. Na koniec deser włoski Profiteroles.
Żonę potwornie boli głowa. Daje jej proszki i przygotowuję miejsce do spania na leżaku. Zasypia. W tym czasie wystawiam faktury i pakuje książki do wysyłki kurierem i na pocztę.

Na obiad piekę dwa uda z kaczki. Do tego gotowane rzodkiewki i tosty z masłem.

Do wieczora siedzimy w ogrodzie.

Wieczorem burza. W ciągu kilkunastu minut temperatura spada o 11 stopni.

Zmęczeni upałem zasypiamy wcześnie.

Akt strzelisty na jutro: „Królu mój i Boże”.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 29 – 28 czerwca

Jest godzina 22.20. Wyszedłem na chwilę do ogrodu, usiadłem na fotelu, by popatrzeć na księżyc (dużeje) i wtedy zobaczyłem jego. Już nie pamiętałem, ze istnieją. Ostatni raz widziałem ich kilka dobrych parę lat temu w Nałęczowie. Pamiętam, że chyba w 1995 roku, gdy spędzaliśmy 3 miesiące wakacji w Kosewku koło Pomiechówka był ich wysyp. Uwielbiam je. Nadleciał nagle. I to był on: świetlik. Był niezdecydowany. Małe światełko leciało tam i z powrotem. Wreszcie przeleciał powoli kilka centymetrów nad moją głowa i zniknął gdzieś w ciemnościach. Może będzie ich więcej.
Żona przyjechała wczoraj wykończona. Pociąg spóźni się ponad godzinę. Powitałem ja różami, kawiorem kieta i szampanem (a precyzyjnie prosecco). Potem był już tylko koktajl truskawkowy.

Istnieje kilkanaście rodzajów kawioru czerwonego i czarnego. Niektórzy się od niego uzależniają. Jest wspaniały. W Polsce jest bardzo tani, bo mało kto go kupuje. Znam tylko dwa miejsca w Warszawie, gdzie jest w stałej sprzedaży. Najlepszy czerwony z kiety (kulki wielkości grochu) kosztuje tylko 400 zł kg, a to oznacza, że jedna kanapka z kawiorem kosztuje grosze. Najlepszy czarny z bieługi kosztuje w Polsce „tylko” ok. 25 000 zł kg (z hodowli ok. 20 000). Nie zdecydowałem się go kupować (jest w sprzedaży również w opakowaniach po 50 g).
Kawior to wielkie szczęściątko, szczególnie w połączeniu z kieliszkiem musującego wytrawnego białego wina dobrej jakości.

Dziś rano (czyli przed 11,00) poszliśmy do kościoła. Potem śniadanie na trawie – jajko po kapucyńsku w modyfikacji Krajskiego, czyli na gorącą grzankę posmarowaną masłem kładzie się plasterek wędzonego łososia, a na niego jajko sadzone. Do tego pomidory bawole, oliwki duże, marynowane małe borowiki i indyk w galarecie. Dzień spędzamy w ogrodzie. Jest upał, a w niedzielę i tak nie warto nigdzie iść czy jechać, bo wszędzie tu (Nałęczów, Kazimierz, Firlej itd) pełno ludzi. Obiad w dwóch etapach. Pierwszy etap: ślimaki po burgundzku i szparagi. Drugi etap chłodnik z kartoflami. Kolacja to tylko chleb ze smalcem (mojej roboty) i ogórki kiszone (roboty mojego czytelnika z tych okolic). Po drodze lody.

Gdy robi się chłodniej moją żona zasiada z gospodynią pod jaśminem i przy białym winie (produkcji gospodarza z własnej winnicy) bawią się babską rozmową. Towarzyszę im milcząco i donoszę zakąski (w tym włoskie ciasteczka z migdałami, które warto jeść tylko po zamoczeniu ich w winie – wtedy są wyborne).
Słucham teraz : MÚSICA ROMÁNTICA DE LA GUITARRA ESPAÑOLA – Flamenco Apasionado Español. Dobre nie tylko na wieczór i jako dyskretne tło spoglądanie na rozgwieżdżone niebo.
Patrzę na winnicę (widzę ją w świetle półksiężyca) wypatrując świetlików. Żadnego nie widać. Gdzieś w oddali szczekają psy.
Kocham księżyc (w tym półksiężyc). Wielki wpływ kiedyś wywarło na mnie opowiadanie Marii Kuncewiczowej „Dwa księżyce”. Dałem temu wyraz w książce pt. „Świat Michała”. Czuję się człowiekiem tego drugiego księżyca.
Akt strzelisty na jutro: „O Panie, zbaw”.

Opublikowano 94 dni szczęścia | Dodaj komentarz

94 dni szczęścia: dzień 28 – 27 czerwca

Tutaj nie jest gorąco, choć jest 27 stopni. Kawę poranną pije w ogrodzie siedząc w szlafroku. Potem duże zakupy (truskawki, poziomki, czereśnie białe i czerwone, pomidory żółte, malinowe i bawole, lody). W domu robię dżem z truskawek, ostatnie sprzątanie. Żona przyjeżdża przed 19,00. Rozkładam po wazonach 200 róż (wczoraj przywiózł je ogrodnik).

Mam dużo czasu, siedzę w ogrodzie, myślę, na przemian słucham śpiewu ptaków, Nohavicy i muzyki poważnej.

Kot pojawił się na krótko dopiero o 16,00. Nie chciał nic jeść z czego wnoszę, że cały czas spał (znalazł sobie jakąś „norę”, której nie mogę odnaleźć).

Dlaczego dzisiaj nikt nie rozmawia o szczęściu. Ludzie rozmawiają o tym co dla nich najważniejsze. Słowo szczęście nie pada. Najczęściej ludzie rozmawiają o zdrowiu, pieniądzach i polityce. Wciąż mówią: „to zdrowe”, „to niezdrowe”. Co to za kategoria? Dobre kategorie to: „doskonałe”, „wspaniałe”, „zachwycające” lub choćby tylko „bardzo smaczne”. Szczęściątka kulinarne są często niezdrowe (choć bywają i bardzo zdrowe). Gdyby najbardziej zdrowa była trawa to ludzie jedliby trawę?

Gdy jestem w ogrodzie regularnie co godzinę nawiedza mnie pies gospodarzy Fifi. Ma dziwne gusta kulinarne. Najbardziej smakowało mu spaghetti z masłem i żółtym serem (Włoszki, które jadły makaron przez całe pokolenia teraz ich już nie jedzą; są przeraźliwe chude, a kiedyś były co najmniej przy kości). Wciąga makaron profesjonalnie po jednej nitce. Uwielbia też tort bezowy. Nie dawałem mu go. Pół tortu zostawiłem na chwilę na stoliku w ogrodzie i poszedłem po sok. Po 15 sekundach nie widziałem już tortu. Za to widziałem uciekającego Fifiego.
Fifi nie lubi potraw prymitywnych. Gardzi psim żarciem. Kulturalny pies. A co z ludźmi? W Warszawie widzę co ludzie, szczególnie młodzi, stojący przede mną w kolejce do kasy kupują. Widzę dużo liści w torebkach (hiszpański, które nie widziały ziemi ani słońca), kefiry i jogurty 0% tłuszczu, różne ziarenka. Fifi by tego nie kupował. Jeśli kupowałby jogurt to ten z największą zawartością tłuszczu (prawdziwie naturalny).

Ludzie tracą pół życia, by przedłużyć sobie życie (a może wegetację?). Kiedyś powiedziałem studentom (było to ze 30 lat temu), że Amerykanie żyją o wiele krócej niż Polacy. Nie uwierzyli mi. Domagali się dowodów. A zatem im je przedstawiłem wyliczając ile czasu Amerykanie poświęcają na bieganie, mycie zębów (10 minut sama nicią dentystyczną), różne ćwiczenia i zabiegi (czy to można nazwać życiem). Odjąłem to od ich średniego wieku i wyszło mi, że Polacy dłużej żyją, bo zamiast tego modlą się, flirtują, gadają („Nocne Polaków rozmowy”) piją wino (wtedy piwo pił tylko margines społeczny).

A teraz co? Ile Polacy żyją, a ile się zaharowują, spędzają w drodze (do pracy i z pracy), poświęcają zdrowiu (i nieustannym rozmowom o nim, i poszukiwaniu cudownych recept na nie w internecie)?

Opublikowano Aborcja | Dodaj komentarz